Waldemar Malina: Rowerem przez świat po 40stce |NM 99

  • 00:39:26
  • 19 marca, 2024
  • 90.23M

Z pewnością znasz określenie „Kryzys wieku średniego”. To zjawisko, które dotyka wiele osób – zarówno kobiety jak i mężczyzn w okolicy 40stki.  Zdarza się, że kryzys wieku średniego może być czymś, najlepszym co nas w życiu spotyka. Jeśli zdamy sobie sprawę, że jesteśmy w okolicy półmetka życia, uświadomimy sobie, co tak naprawdę sprawia nam radość, jakie są nasze marzenia. I zaczniemy działać, aby je urzeczywistniać – to ta druga połówka życia będzie… magiczna!

Tak właśnie jest w przypadku mojego dzisiejszego gościa – Waldka Maliny. Z zawodu tokarz, a do 40stki jego główną pasją były gry komputerowe. Po 40stce, Waldek kupił rower w komisie za 300 zł. I to był początek jego rowerowej, a potem górskiej przygody, która trwa do dziś i którą zaraża świat. Mam nadzieję, że Ciebie również!

W odcinku „Waldemar Malina: Rowerem przez świat po 40stce |NM 99” usłyszycie o tym:

  • Jak wyglądał tryb życia Waldka przed 40stymi urodzinami
  • jak się zmienił w dniu urodzin
  • gdzie wybrał się na pierwszą wyprawę
  • jakie kraje odwiedził rowerem
  • jaką jeszcze pasję ma Waldek
  • jak udało mu się zarazić pasją syna
  • co go ogranicza

Po tej rozmowie cisną mi się na usta słowa: Waldek, jesteś super! Uwielbiam gości, którzy emanują taką pozytywną energią. Ona mi się bardzo udziela i mam nadzieję, że Tobie również.  Niejednokrotnie zadawałam sobie pytanie, czy to pozytywni ludzie robią takie niesamowite rzeczy, czy fakt, że ludzie robią niesamowite rzeczy sprawia, że są super. Po blisko 100 rozmowach wiem, że to działa w obie strony. Bo jesteśmy tym co robimy, a robimy to , na co się zdecydujemy. Ja zdecydowałam, że w tym roku będę bardziej aktywna fizycznie. Idzie mi całkiem nieźle, a takie rozmowy mnie pozytywnie nakręcają. A jak to jest u Ciebie? Daj znać!

 

Dodatkowe linki:

Więcej o Waldku znajdziesz tutaj:

Podcast Napędzani Marzeniami dostępny jest też:

Cześć, Waldek!
Witam ślicznie.
Wielkie dzięki za przyjęcie zaproszenia do podcastu Napędzani marzeniami, bo Ty tych marzeń masz bardzo dużo, wiele z nich już spełnionych. Będę Cię też pytać o to, jakie jeszcze przed Tobą, ale tak zupełnie na start chciałabym, żebyśmy cofnęli się w czasie o 15 lat. Spróbuj sobie przypomnieć taki swój zwykły dzień.
Przychodzisz z pracy, wracasz do domu, I co wtedy?

Ja bardzo dobrze taki dzień pamiętam, bo 15 lat temu to tylko gry, komputer, gry, Xbox. To było moje życie, więc łatwo mi jest się cofnąć te 15 lat, bo pewnie było tak, że przychodzę sobie z pracy o 14, jem obiad, odpalam konsolę, wrzucam jakąś gierkę, która dzień wcześniej została skończona, no i zaczynam grać. I tak sobie gram do jakiejś 22, potem idę spać, idę do pracy, wracam z pracy, wrzucam gierkę, gram, i tak sobie to leciało. I tak praktycznie było codziennie.
Pewnie wiele osób tak wciąż ma, a u Ciebie w którymś momencie to się zmieniło. Czy to była taka zmiana za pstryknięciem palca z dnia na dzień? Czy to był proces?
Praktycznie tak, bo to był ten impuls takiego czterdziestolatka, mnóstwo facetów, no może nie tylko facetów, aczkolwiek jest coś takiego, że przychodzi te 40 lat i jest takie myślenie jakby: kurczę, coś by pasowało jeszcze zrobić, dokonać, czegoś nie zrobiłem, czas mi ucieka i w ogóle już tego czasu coraz mniej, takie jakieś dziwne myśli chodzą po głowie. I u mnie było podobnie, bo to był dosłownie ten jeden wieczór, jakaś kolejna gra, jakiś kolejny browarek, bo wiadomo, jak się tak grało, to się jakieś piwko wypiło, i ten fakt, że ta czterdziecha, że dzisiaj kończę lat 40 i praktycznie nic nie zrobiłem w tym swoim życiu ciekawego.
Czyli to było dokładnie dzień Twoich urodzin?
Tak. Jakiś wieczór sobie siedziałem, grałem w ten dzień tych urodzin. Dzieciom przykładu nie daję, bo ja gram w dużym pokoju, dzieci grają w małym pokoju. Bo jak ojciec gra, to jest fajne, to my też to róbmy. Tym bardziej że nie zabrania, więc dlaczego nie korzystać. I taki impuls spowodował praktycznie zmianę całego mojego życia. Czyli te 14 już lat w zasadzie robi się całkowicie co innego.
Nie mam zamiaru wracać. Od tej pory ani razu się nie dosiadłem do żadnej gierki, nawet na komórce do jakiegoś Tetrisa. Nie interesuje mnie to kompletnie. Poszło to w dobrym kierunku, bo poszło w kierunku podróży. I to bym powiedział takich podróży ekstremalnych. Pod kątem czy tych rowerowych wypraw, czy tych wspinaczkowych jakichś górskich. I to mnie teraz kręci, to mnie pasjonuje. Czyli to jest tak jakby przejście z jednego uzależnienia w drugie. Tylko bardziej aktywne i bardziej takie cieszące.
Wracając do tego dnia, do dnia Twoich urodzin, do tego wieczoru… Przyszła ta myśl, dobra, 40 lat, trzeba coś zrobić ze swoim życiem i na tym skończyłeś tego wieczoru, czy już się urodził jakiś konkretny pomysł?
Ja się intensywnie zastanawiałem, co mogę zrobić takiego, żebym coś sobie udowodnił, żeby to było coś mega trudnego do wykonania dla mnie, a żeby to była taka pamiątka, że w tą czterdziestkę coś takiego zrobiłem, co nigdy bym się nie spodziewał, że jestem w stanie to zrobić. I tak myślałem, myślałem, myślałem i wpadłem na pomysł, że może bym tak na rower wsiadł i na tym rowerze pojadę sobie z Sosnowca, bo z Sosnowcu mieszkam, do Świnoujścia nad morze, tam akurat mieszka rodzina, i wpadnę do tego Bałtyku z tym rowerem, się wykąpię i dla mnie to jest taki mega wyczyn, bo przejechać praktycznie całą Polskę na rowerze, jak na tym rowerze nie jeździłem, nie wiem, od dwudziestu paru lat, bo się jeździło za młodzieńca. I tak się jakby uczepiłem tego pomysłu, że to jest fajna myśl i to będzie taka wisienka dla mnie na torcie, na tą czterdziechę, i zrealizowałem. Udało się.
Kiedy masz urodziny?
16 maja.
A kiedy wyruszyłeś w drogę?
Wydaje mi się, że dopiero latem, kilka miesięcy później, bo to jeszcze trzeba było nabyć rower, którego nie miałem, jakoś ten rower przygotować, troszeczkę jednak potrenować to jeżdżenie. Może nawet nie kondycyjnie, bo tak szybko kondycji się nie złapie. Aczkolwiek tam już była ta wola walki. Ja pamiętam, jak się bardzo zdziwiłem, że w pierwszy dzień, jak wyjechałem z tego Sosnowca, to zrobiłem 160 kilometrów na rowerze. Ja nigdy w życiu nawet nie zrobiłem, nie wiem, pięćdziesięciu wcześniej. A tu nagle jechałem, jechałem, jechałem, licznik nam pokazywał, pokazywał, 160. Wow, no to kurczę, nie jest źle, nie? Więc to ciągle było to, że w głowie coś człowiekowi się działo, że coś do czegoś dążył i tak mam w zasadzie do dzisiaj.
Konsultowałeś się z kimś przed tą wyprawą? Bo jednak 700 km, nie jeździłeś 20 lat. Jak rozumiem z tą aktywnością…
No słabiutko, słabiutko.
Właśnie. Poza tym sama taka wyprawa… Bo wiem, że jechałeś z sakwami, prawda? Czyli tak jakby wszystko we własnym zakresie, namiot.
Wtedy jeszcze bez namiotu, jeszcze nie byłem taki hardkorowy. W ogóle nie miałem też takich sprzętów. Nie miałem żadnego śpiwora, namiotu. Bo po co mi to było, jak życie inaczej jakby tam sobie przebiegało. Tak że spałem, tak gdzieś po jakiś, pamiętam, po jakichś hotelach, po jakichś hostelach, po czymkolwiek. Coś tam wieczorem mi się udało ogarnąć, ale też nie było to jakby poplanowane, że już sobie robiłem jakieś rezerwacje wcześniejsze. No nie. Był gdzieś dojazd pod wieczór i szukanie jakiegoś noclegu. Czyli tak to wtedy wyglądało.
Pod kątem treningów, czy tam rozmowy z kimś bardziej doświadczonym, owszem, kolegę pamiętam, podpytałem, który wiem, że też dojechał nad morze, jak, co spakować właśnie, jakie tam sakwy nabyć, czyli coś takiego, ale pod kątem jakimś, żeby robić jakąś kondycję specjalną, to nie, bo ja w zasadzie do dzisiaj gdziekolwiek wyruszam, to jakby no, nie robię jakby specjalnych treningów pod ten wyjazd. Ciągle zakładam, że mam mocną psychikę i to jest dość istotne dla mnie i to jest ważne.
A jak wyjeżdżałeś, to wiedziałeś, że to będzie pierwsza podróż z wielu? Czy zakładałeś, że okej, 40 lat, zrobię sobie taki prezent, a potem wracam do mojego dawnego życia?
To miała być jednorazówka. Dam radę, dojadę, będę z siebie dumny, przełamałem coś. Wpadnę do tego morza, ucieszę się, potem wsiądę w pociąg, wrócę do domu, odpalę w kolejny dzień tę konsolę i będę sobie dalej grał, bo przecież to jest piękne, fajne i w ogóle przewspaniałe życie. Po co mi jakaś tam aktywność?
Tylko nagle to wpadnięcie do morza spowodowało całą zmianę myślenia. Już sama ta podróż przez tą Polskę, rozmowa z ludźmi, spotykanie jakichś różnych sytuacji, że ja sobie musiałem radzić z tym. Kurczę, mi się tak wszystko spodobało, że zostało to kontynuowane, bym powiedział nawet jeszcze bardziej, bo potem przyszedł świat, przyszła zagranica, przyszły jakieś tam bardziej konkretne podróże.
Właśnie, ja tutaj mam całą listę Twoich zagranicznych podróży. Pierwsza była Ukraina.
Ta Ukraina to troszeczkę tej Ukrainy, bo chciałem trochę liznąć zagranicy, czyli w ogóle, żeby przejechać sobie przez granicę, zobaczyć, jak ja sobie tam dam radę, czyli Lwów, okolice Lwowa, pokręciłem się kilka dni, wróciłem i uznałem, że no okej, tylko to trochę jeszcze załatwię wszystko, no bo co to taka przejechać przez granicę i tam się gdzieś pokręcić, więc fajnie by było gdzieś lecieć, czyli samolot, pakowanie roweru, rower z sobą zabrać, zwiedzić jakiś kraj typowo na rowerze.
Druga była Gruzja?
Tak.
Gruzja, koryguj, Armenia, Mongolia, Czeczenia.
Azerbejdżan jeszcze. Po Armenii był Azerbejdżan.
Armenia, Azerbejdżan, Mongolia.
Przy okazji Czeczenii tam jeszcze odwiedziłem Inguszetię, Dagestan, czyli te też takie republiki byłego Związku Radzieckiego. I o ile pamiętam jeszcze Kazachstan, Bajkał. Bajkał mi się zawsze marzył, żeby rozbić namiot nad Bajkałem i tak spać nad tym jeziorem. Jak się ludziom w ogóle mówi o Bajkale, to sporo ludzi mówi: Też bym chciał to jezioro zobaczyć. I też się udało.
I zrobiłeś to. I ostatnio Wietnam.
Zmiana troszkę kierunku, bo tak się skupiłem na tych dawnych republikach Związku Radzieckiego, bo dobrze się tam czuję. Przyjaźni ludzie, przyjazne nastawienie, fajna kultura, fajne klimaty, aczkolwiek strasznie podobne trochę do siebie. Po jakimś czasie przyuważyłem, że czy to jest Kazachstan, czy Uzbekistan, czy jakiś inny kraj, to jest już podobne, że ja już to widziałem jakby, że ja już spałem w tej jurcie, ja już jadłem te potrawy i to już tak przestało mnie bardzo ekscytować. Ja pomyślałem, że ten świat jest przecież przeogromny, jest tyle innych krajów. Wybór padł na Wietnam i mówiąc szczerze, jestem bardzo zadowolony, że akurat tam trafiłem.
To zanim do tego Wietnamu, ja bym chciała Cię poprosić, pewnie to będzie trudne pytanie i takie troszkę spłycające, bo chcę Cię poprosić, żebyś każdą z tych wypraw takim jednym zdaniem jakoś spróbował scharakteryzować, bo nie starczy nam czasu, żeby o wszystkich opowiedzieć, ale taka, co masz w głowie, jak przypominasz sobie Ukrainę? Powiedziałeś krótko, powiem, pokręciłeś się, nie wiem, początki, tak, pewnie?
Może ta pierwsza styczność w ogóle z zagranicą, bo ja wcześniej nigdzie też nie wyjeżdżałem, więc tutaj taka, no, troszeczkę tej zagranicy, ale już coś innego, tak, już musiałem sobie tam językowo po rosyjsku sobie przypomnieć, jak się rozmawia, już tam styczność z tymi, no, z innymi ludźmi, tak, z inną trochę nacją, więc może coś w tym stylu.
Zdobywanie doświadczeń, odwagi, pewności siebie?
Że się dało, że człowiek przekroczył tę granicę, przejechał. Później ta Gruzja. Gruzja to już w ogóle taki przełom, początek, bo fajnie, że wybór padł na Gruzję całkowicie przypadkowo. Gruzja nie jest strasznie przyjaźnie nastawiona do Polaków i to jest tak do dnia dzisiejszego. I od tego czasu ten Kaukaz mi się bardzo spodobał, bo przepiękne góry, przepiękne widoki, przyjaźni ludzie. Ja się czułem, jakbym był u siebie w Polsce, a nawet być może lepiej, więc uznałem, że ten Kaukaz jest właśnie takim moim jakby przeznaczeniem.
A potem sąsiedzi, czyli Armenia, która graniczy z Gruzją. I teraz, jak się jest u sąsiadów, to przeważnie jest tak, jak my mamy jakby złe zdanie o Niemcach, czyli o naszych sąsiadach, więc bardzo podobnie jest tam, że Gruzini niezbyt fajnie się wypowiadają o Ormianach. O, fajnie, że jesteś u nas, my jesteśmy tacy super, lubimy Polaków, ale do Armenii nie jedź, tam nie lubią Polaków, tam może ci się coś stać. I już człowieka kręci, czemu ja mam im wierzyć? Ja sobie tam pojadę i sam się przekonam. Po czym jedziesz i się okazuje, że Ormianie są tacy sami jak Gruzini. Tak samo przyjaźni, otwarci, uśmiechnięci, jest super. Ale źle mówią o Azerach. Czyli znowu kolejny impuls, dobra, jedźmy do Azerbejdżanu, zobaczymy, co tam jest grane.
Później ta Mongolia… Czyli jakby chciałem sobie podnosić tę poprzeczkę zaraz wyżej. Wiedziałem, że Mongolia to pustka, dzicz, stepy i to wszystko. Trzy miliony mieszkańców w kraju pięć razy większym od Polski, więc spotkanie potencjalnego kogoś to nie będzie takie proste. Pojechałem, przejechałem tę Mongolię, jakąś część Mongolii, no wiadomo, aczkolwiek przeżyłem, super wyprawa, super fajnie, i tak poleciało, to co teraz po Mongolii, no może Czeczenia, przecież tam jest tak groźnie, przecież ci terroryści, zarośnięci, no to coś dla Waldka idealnie. Jedź, przekonaj się na własnej skórze, co się stanie. No nic się nie stało, piękny kraj. Teraz wiadomo, wojna i te sprawy, więc niedostępny dla nas, ale 2017 jak najbardziej.
I tak to po kolei potem leciało. W każdym kraju jakieś przygody, w każdym jakieś rzeczy, które można potem opowiedzieć, bo dla mnie najgorsze co jest, to że nic się nie będzie działo, że ja tam dotrę i to będzie taka zwykła przejażdżka, no nic się nie dzieje, jadę, pedałuję, nikt mnie nie zaczepia, z nikim nie rozmawiam, nie wiem, jakieś zwierzę mnie atakuje, cokolwiek, nikt mnie nie chce porwać. To taka nuda totalna, nie? Ja potem wrócę i co ja będę tym ludziom opowiadał? No bez sensu, nie?

I teraz, jak się jest u sąsiadów, to przeważnie jest tak, jak my mamy jakby złe zdanie o Niemcach, czyli o naszych sąsiadach, więc bardzo podobnie jest tam, że Gruzini niezbyt fajnie się wypowiadają o Ormianach. O, fajnie, że jesteś u nas, my jesteśmy tacy super, lubimy Polaków, ale do Armenii nie jedź, tam nie lubią Polaków, tam może ci się coś stać. I już człowieka kręci, czemu ja mam im wierzyć? Ja sobie tam pojadę i sam się przekonam. Po czym jedziesz i się okazuje, że Ormianie są tacy sami jak Gruzini. Tak samo przyjaźni, otwarci, uśmiechnięci, jest super. Ale źle mówią o Azerach. Czyli znowu kolejny impuls, dobra, jedźmy do Azerbejdżanu, zobaczymy, co tam jest grane.

A jednak się działo.
Zawsze coś tam się kręci, zawsze coś się dzieje.
Wszystkie te wyprawy już były wyprawy z namiotem?
Tak, wszystkie już kolejne, czyli od Gruzji, już zrobiłem się taki bardziej ekstremalny. Namiocik jest mega super rozwiązaniem, bo się jest niezależnym kompletnie od niczego. Czyli jeżeli masz rower, pedałujesz, masz środek transportu, jest namiot, śpiwór, gdzie się rozbijesz, tam śpisz, w tych krajach nie ma żadnego problemu.
No właśnie, czyli nie pole kempingowe, tylko gdzieś tam po drodze?
Przy domu, przy wiosce, w lesie, na pastwisku, gdziekolwiek. A często gęsto to się kończy w ten sposób, że człowiek rozbija ten namiot. Ktoś go wypatrzy z daleka. O, ktoś tam z namiotem, coś już. Przychodzą ci ludzie. Kto ty jesteś? Skąd przyjechałeś? No, z Polski podróżuję. A czemu ty tutaj śpisz? Bo chcę się przespać. No, ale to jak pod namiotem? Taki gość z dalekiego kraju. Zwijaj ten namiot, chodź do nas do domu. My cię tu ugościmy. I wielokrotnie tak się kończą takie rozbijania namiotów, że się idzie potem i poznaje ludzi, co też uwielbiam.
Właśnie, o to chciałam Cię spytać, o to jak nawiązujesz te kontakty z miejscowymi, ale to rozumiem, że sposobem jest to, żeby rozbić namiot w miejscu, gdzie jest jakaś tam chata w zasięgu wzroku i z dużym prawdopodobieństwem ktoś po prostu podejdzie?
Może się tak stać, ale to też nie jest tak, że ja to robię z zamysłem, chcąc, żeby tak się to wydało. Nieraz bym powiedział nawet, że chcę mieć trochę tego spokoju po całym dniu pedałowania. Dni są różne. Może być jakiś dzień, że się jedzie cały czas w ulewę. Może być jakiś upał, czterdzieści parę stopni i masz dość wszystkiego. Chcesz się walnąć w tym namiocie, przespać do rana. Nie da rady, bo ktoś przychodzi. I ty przecież jesteś otwarty. Nie możesz tak odmówić, że jak to przyjechał, zapraszamy, a on tak odmawia, bo coś tam. Więc trzeba się sprężyć, iść i zawierać te znajomości. Czasami na siłę.
Na siłę początek, ale słyszę…
Potem już się rozkręca i już nie ma tego na siłę. Zawsze jest tak, że jestem mega zadowolony, że w tym miejscu się znalazłem z tymi ludźmi. Mamy teraz internet, jest teraz Facebook, są te media społecznościowe, i te kontakty są utrzymane, mijają lata, a dalej my się gdzieś tam obserwujemy, dalej jakieś tam wiadomości, co, gdzie, jak u nas, co się dzieje. Ja wiem, że też bym teraz gdzieś tam kiedyś pojechał, do któregoś z tych krajów bym wrócił, to mam do kogo jechać, są znajomi.
I skąd Wietnam? Dlaczego zmiana rejonu świata?
Wyzwanie. W Wietnamie jest taka pętla poprowadzona przez góry, w sumie taka droga, ok. 400 km, na wysokości ok. 2000 m. Jeżeli wpiszecie w internecie pętla [Ahazan? 16:39 ], to jest to opisane jako najciekawsze miejsce w Wietnamie, jeśli jesteś w Wietnamie, to musisz to zobaczyć, musisz to przejechać, musisz to zwiedzić. Generalnie na skuterkach, na motorkach, bo pętla jest poprowadzona przez te wszystkie przełęcze i to na tym polega, że codziennie masz podjazdy, zjazdy, podjazdy, zjazdy, podjazdy, zjazdy i tak przez te 400 km.
Więc na rowerze to jest niszowa, żeby tam ktoś sobie na tym rowerze się męczył i pedałował. Dla mnie na skuterku nie byłoby to żadne wyzwanie. Ja bym w ogóle nawet nie brał pod uwagę, że ja tam pojadę i sobie na skuterku przejadę i trzy dni lajcik, ale na rowerze, na tym moim starym rowerze, z tym obciążeniem, z którym podróżuję i kurczę, już mi to wsiadło w głowie, że fajnie by było to zrobić, przynajmniej się zmierzyć z tym wyzwaniem. I udało się. Osiem dni zaliczona, zamknięta.
Ile to jest przewyższeń, bo tak mierzymy, prawda?
Ciężko mi jest się określić, bo nie mogę znaleźć nawet w internecie tych informacji. Ja jestem taki trochę staromodny i ja sobie nie śledzę tej trasy na komórce.
Właśnie, albo zegarka?
Nie, nie mam czegoś takiego, czyli zwykła mapka, licznik rowerowy i nie jest to dla mnie takie mega ważne. Mam te zdjęcia, są, nie wiem, te moje podjazdy, wszystko jest gdzieś tam udokumentowane, są jakieś filmiki, to jest dla mnie tam istotne, a tu nie do końca sobie zdaję sprawę, co tam w ogóle się działo.
Właśnie, bo nie powiedzieliśmy o historii Twojego roweru, teraz wspomniałeś, że na tym swoim starym rowerze, bo to też jest ciekawa historia i taki element bardzo ważny Twoich podróży, prawda? Na czym jeździsz? Co to za sprzęt?
To miała być taka jednorazówka, czyli chodziło o to, że nad to morze, jak już miałem zamiar się wybrać, a nie miałem roweru i też nie miałem zbytnio pieniążków, finansów, żeby tam nie wiadomo co kupić, no to kup sobie w komisie, Waldek, jakiś stary rower. Więc idziemy do komisu z kolegą, stoi jakiś stary rower. Ile za ten rower? 350 zł. Za dużo. Trzy stówki mogę dać. Dobra, dawaj trzy stówki i bierz. Ten rower za trzy stówki, pokancerowane koła, pordzewiały cały, jeszcze go tam trochę do naprawy, żeby go podrasowali, bo to na jeden raz, na jeden raz i wystarczy, nie?
Po czym ten jeden raz, jakby, tak jak wspomniałem, się wszystko pozmieniało w tym moim myśleniu, i uznałem, że ten rower mi przyniósł szczęście. Jeżeli gdziekolwiek mam dalej podróżować, to w takiej symbiozie z taką rzeczą, żebyśmy to robili razem. I on w jakiś sposób taki metalowy przedmiot, a mi się odwdzięcza, bo mimo tego, że już troszkę modyfikacji tam nastąpiło, bo z czasem niektóre elementy, wiadomo, się psuły, trzeba było zastąpić innymi, aczkolwiek on jest bezawaryjny. My gdzieś ruszamy, czy to w step, czy w góry, czy gdziekolwiek i jedziemy, przejeżdżamy, robimy trasy.
Nie mam zamiaru go zmienić, nawet gdyby się okazało, że nie daj Boże, ktoś mi go skradł, ukradł, coś się z nim stało, to ja chyba bym stracił sens tych moich wyjazdów i ja sobie siebie nie wyobrażam na jakimś pięknym gravelu, że Waldek sobie pedałuje na lajcie. Nie, na tym rowerze, jeżeli mam czegoś dokonać, to jeszcze na nim.
Ile przejechałem na nim kilometrów, to też sobie tego nie zliczam. W tych podróżach ogranicza mnie urlop, więc te podróże nie są jakieś mega długie. Trzy tygodnie to jest max. Nie jestem w stanie, bo jeszcze oprócz tego inne rzeczy robię, więc to nie jest tylko rowerówka. Po jakieś tysiąc, tysiąc dwieście kilometrów, to jest wszystko.
Bo też na początku starałem się gonić, bo myślałem, że te kilometry są mega ważne, że jak pojadę na taką wyprawę, to ja muszę tam natrzaskać 1500, żeby potem przyjechać i pokazać, ile ja tych kilometrów przejechałem. I sporo rzeczy mi uciekało. Ktoś mnie zatrzymywał, nie, ja jadę, bo dzisiaj muszę zrobić limit dzienny 100 ileś. Tu jakiś piękny kościół, nie, bo kurczę, już jest 16, nie zdążę gdzieś tam dojechać. Tu jakiś zamek, nie, nie zatrzymuję się. Potem uznałem, że to jest całkowicie bez sensu. Te kilometry nie mają dla mnie większego znaczenia. Ta podróż to poznawanie, oglądanie i ten luz też taki. Bo przecież tu się człowiek goni – pracą, tym wszystkim, tym życiem codziennym. I teraz tam mam jechać i znowu się gonić? No nie, no bez sensu. Tam mam wyluzować.

Bo też na początku starałem się gonić, bo myślałem, że te kilometry są mega ważne, że jak pojadę na taką wyprawę, to ja muszę tam natrzaskać 1500, żeby potem przyjechać i pokazać, ile ja tych kilometrów przejechałem. I sporo rzeczy mi uciekało. Ktoś mnie zatrzymywał, nie, ja jadę, bo dzisiaj muszę zrobić limit dzienny 100 ileś. Tu jakiś piękny kościół, nie, bo kurczę, już jest 16, nie zdążę gdzieś tam dojechać. Tu jakiś zamek, nie, nie zatrzymuję się. Potem uznałem, że to jest całkowicie bez sensu. Te kilometry nie mają dla mnie większego znaczenia. Ta podróż to poznawanie, oglądanie i ten luz też taki. Bo przecież tu się człowiek goni – pracą, tym wszystkim, tym życiem codziennym. I teraz tam mam jechać i znowu się gonić? No nie, no bez sensu. Tam mam wyluzować.

Dobrze, że to mówisz, bo widzisz, sama się złapałam, że pytam Cię o przewyższenia, pytam Cię o odległości, czyli właśnie pytam Cię o te liczby. Ja noszę zegarek i patrzę na tę liczbę kroków, na te odległości, a fajnie jest posłuchać właśnie takiego innego punktu widzenia, czyli co, ta droga, te widoki, ludzie, luz, wolność…
Chociaż trochę tej wolności, chociaż troszeczkę spróbować liznąć, i wrócić, naładować te akumulatory, bo zawsze wracam taki wow, że coś zobaczyłem, coś zrobiłem. Potem zaczyna to wow powoli spadać, bo wiadomo, a już jest kolejny wyjazd, już jest kolejne jakieś wyjście i znowu można jechać, znowu się doładować, znowu wrócić i tak się jakoś tam kula kręci.
Wiesz co, nawet mam tu takie pytanie, którego nie zadam, ale właśnie tak trochę jako ciekawostkę, bo mam takie pytanie o statystyki i o takie różne, najdłuższe, najtańsze, najdroższe, najtrudniejsze. To ja Ci tego pytania nie zadam.
Ciężko mi byłoby odpowiedzieć.
Teraz rozumiem.
Pod kątem gór to prościej.
No tak, bo tam góra ma konkretną wysokość.
Dokładnie, przynajmniej wiem, na co wchodzę. Tam już bym musiał się orientować.
Tak, do gór to za moment, a chciałabym jeszcze poruszyć ten aspekt finansów, bo dużo osób ma w głowach takie blokady, że nie zrobię tego, że przychodzi do nich jakieś marzenie, pomysł, cel, ale się pojawia: nie dam rady, bo to za drogo. Nie dam rady, bo nie wiem, nie umiem, bo się boję. To może od tego „za drogo” zaczynając właśnie. Jaki to jest rząd wielkości pieniędzy?
Wszystko jest kwestią, za ile dostaniemy bilet na samolot, bo to jest podstawa. Później już na miejscu, tak jak wspomniałem, namiot, rower, tanie jedzonko gdzieś w drodze kupowane, więc to na miejscu to już naprawdę można wszystko tanie ogarnąć. Przeloty, no różnie, trzeba polować. Najtaniej leciałem właśnie do Czeczeni, bo za czterysta bodajże dwadzieścia parę złotych, gdzieś tam jeszcze mam fotkę, miałem przelot tam i z powrotem z rowerem. Za cztery stówki, więc niech mi ktoś powie, że to są drogie jakieś tam podróże. No akurat taki kierunek i trafiła się fajna oferta.
Gruzję, Armenię, tutaj te kraje można zrobić w granicach do 3 tysięcy złotych za taką podróż, bo też bilet się dostanie w granicach 1000 zł, 1500 zł, no różnie to jest. Na miejscu już jest tanio. Też zależy, co kto oczekuje, bo jeżeli ktoś jedzie, będzie chciał spać w hotelach wypasionych z basenem, będzie chciał jakoś, nie wiem, wydawać te pieniążki na coś, co mu sprawia przyjemność, to wiadomo, że tych pieniążków wyda dużo więcej, a jeżeli jemu wystarczy kontakt z naturą, jeżeli on się cieszy tym, czym się cieszę ja, to co mi więcej do szczęścia potrzeba? Tylko żeby tam pedałować i podróżować.
Okej, czyli finanse…
Nie są aż takie istotne. Można to przeskoczyć.
A druga taka blokada, przed którą ludzie stają: boję się.
Kiedyś chyba też tak miałem na samym początku. Pamiętam w tej Gruzji, tak mi się ręce trzęsły, jak ten rower wyciągałem. Jestem w obcym kraju, oni do mnie po jakiemuś mówią, po gruzińsku, ja w ogóle nie wiem, co jest zgrane. I potem, kurczę, gdzieś to zeszło z człowieka. Jak ruszył, jak zaczął pedałować, zaczął kręcić tymi kołami, nagle ktoś rozmawia, zaczepia, gdzieś się ten kontakt łapie i nagle po tym jednym po tym jednym państwie już, zobaczyłem, że wcale nie ma czego się bać, że ci ludzie wszędzie są bardzo podobni, bo albo spotkasz ludzi dobrych, albo spotkasz ludzi złych i to jest bez względu na religię, bez względu na wiek, na cokolwiek, po prostu ktoś staje na twojej drodze i Ty nie masz pojęcia, z kim tutaj rozmawiasz. Ale jeżeli Ty jesteś otwarty człowiekiem, jeżeli Ty pokazujesz, że przyjechałeś tutaj, chcesz pozwiedzać, że szanujesz ten naród, to to oni też to tak odbierają.
I niejednokrotnie się tak zdarzało, że tak jak mówię, w różnych sytuacjach bywałem. Tutaj u nas w Polsce bym sobie nie pozwolił, powiedzmy, bo bym się bał, że mnie ukradną, coś mi się stanie. A tam się czułem całkowicie bezpieczny.
Ale powiedziałaś, że albo spotkasz ludzi dobrych, albo spotkasz ludzi złych. Spotkałeś złych?
Bo potencjalnie ci źli ludzie też gdzieś tam na pewno są. I to też niemożliwe, żeby przez tyle różnych przejechanych krajów, przez tyle jakichś dni spędzonych w różnych dziwnych miejscach kogoś złego nie spotkać. Ale być może ten zły człowiek nie miał powodu, żeby mnie coś osobiście zrobić. Przyjechał jakiś fajny koleś, fajnie tutaj gada, ma naszą flagę wystawioną na rowerze, bo też taka jedna drobna rzecz, tutaj wspomniałem wcześniej o albumiku, który ze sobą zabieram i też ten albumik jest fajną, wydaje mi się, rzeczą.
Poczekaj, o albumie to mi powiedziałeś jeszcze poza kadrem, to może też opowiedz o tym albumiku.
Dwie takie rzeczy, które coś świadczą o człowieku, a nie znając języka, można się jakoś fajnie pokazać. Czyli albumik, nie żaden jakiś wypasiony sprzęt, tablet czy coś, bo jedziesz do biednego kraju, głupio by było wyciągać jakieś takie cywilizacyjne wynalazki, że tu jakiś bogacz przyjechał. No nie, przecież ja jestem zwykłym hutnikiem, jestem zwykłym robolem fizycznym, więc taki jestem trochę jak oni, w sensie ci biedni ludzie. Więc taki albumik ze zdjęciami, zdjęcie z rodziną, żeby pokazać, że mam rodzinę, że mam żonę, że mam dzieci. Zdjęcie z psem, zdjęcie mojego mieszkania, zdjęcie jak na tokarce pracuję, przedstawiam się w ten sposób. Zdjęcia z jakichś poprzednich wyjazdów. O, ten facet tu był, w tym kraju był, o kurczę, w tym, a teraz jest u nas. Już to jest fajnie postrzegane.
I flaga. Zawsze w każdym kraju, w którym jestem, zawsze mam flagę tego danego kraju. Polska flaga, owszem, jak najbardziej. Ale flaga Mongolii, flaga tego Azerbejdżanu, czegokolwiek, tam, gdzie jestem, też to jest według nich, że ja szanuję ten naród. Że przyjechałeś ty do nas i ty nie masz tylko swojej flagi, skąd pochodzisz, tylko masz naszą. I to jest takie wow, że ty jesteś taki dobry człowiek.
To jest taka podstawa pokazania się, bo ja taki też jestem na co dzień. Ja tego nie udaję, to tak po prostu za mnie wychodzi, a mogę to jakby w ten sposób przedstawić.
A dochodziłeś do tego sam, czy też masz jakichś przewodników, tak to nazwijmy, ludzi?
Te dwie rzeczy akurat sam sobie wymyśliłem. Jakoś tutaj nie miałem tak wzorca. Tak do mnie dotarło, że byłoby to fajne, miłe i tak funkcjonuje do dzisiaj.
Byliśmy przy tych złych ludziach. Czy spotkałeś się faktycznie z jakąś taką trudną sytuacją, czy te, nazwijmy to, Twoje amulety Cię tutaj właśnie strzegą?
Zdarzały się sytuacje, które przeze mnie były źle postrzegane. Wszystko było okej, ale ja nie rozumiejąc tej danej sytuacji, co się tutaj dzieje dookoła mnie, nie znając jakiegoś języka, w którym oni tam między sobą rozmawiają, wydawało mi się, że coś się dzieje złego. Nie za bardzo wiedziałem, jak postąpić, po czym się okazywało, że nic się złego nie dzieje, że wszystko jest okej, wszystko jest w porządku, tylko ja sobie sam się wkręcam jakby w to, że coś tu za chwilę się wydarzy takiego no niefajnego, tak że tak stricte coś złego nigdy mnie nie spotkało. I mam nadzieję, że nigdy nie spotka.
A to też jest bardzo cenne, co powiedziałaś, bo wydaje mi się, że my w ogóle mamy, my jako ludzie, taką tendencję do tego, żeby sobie dopowiadać, dowyobrażać i to właśnie w tę stronę złą, w sensie, że mogą jakieś złe rzeczy się zadziać. To jest z jednej strony naturalne, bo to pozwala nam zapobiegać tym sytuacjom, ale z drugiej strony prowadzi gdzieś czasem właśnie na manowce tak naprawdę, więc…
Można jakąś taką sytuację źle odczytawszy, podjąć jakąś bardzo złą decyzję w ramach, nie wiem, obrony niepotrzebnej przed czymś, zrobić komuś krzywdę. Coś się może wydarzyć złego i to w kompletnie niepotrzebnej sytuacji. Więc ja zawsze tak staram się doczekać do końca. Tym bardziej że już wiem, że już, kurczę, kiedyś tak coś podobnego było i przecież nic się nie wydarzyło. To pewnie teraz jest podobnie. I tam mija jakiś czas, no faktycznie jest podobnie, wszystko jest okej. Schodzi to ciśnienie z człowieka i już jest normalnie.
Rozmawialiśmy o rowerze, a w którymś momencie do tego roweru doszła nowa aktywność i to też na takim poziomie ekstremalnym, myślę, że można powiedzieć. Góry. Skąd one się pojawiły?
Wydaje mi się, że to jest ciągle związane z tą naturą, czyli to, że ja kocham naturę, że kocham przyrodę, że jeżeli to jeszcze mogę wiązać z aktywnością, to jak najbardziej, czemu nie robić. Znowu chyba czysty przypadek, bo góry, no okej, gdzieś tam po tych górach zdarzyło się przejść z rodzinką, tak, standardowo nad Morskie Oko, człowiek kiedyś tam się przespacerował, czy gdzie indziej, czy gdzieś po Beskidach. Ale nigdy, żeby jakieś wysokie góry, nigdy, że zimą, bo przecież niebezpiecznie, bo przecież, nie wiem, lawiny schodzą, odmrożenia i tym podobne rzeczy.
I znowu wyjazd ze znajomymi. Jeden, jedyny wyjazd w Tatry Zachodnie, gdzieś namówili mnie, że jedź, zobacz, będzie fajnie, zobaczymy. Ja mówię, nie, kurczę, no w zimie. Jedź, przejedźmy się. Pojechaliśmy. Jedno wyjście, doszliśmy na Grzesia, potem na Rakoń. Była piękna pogoda, praktycznie zero turystów, czyli to, co też w górach jest ważne, ta cisza, ten spokój, te ośnieżone szczyty. I znowu ten jeden taki raz, że tak się rozejrzałem i mówię: kurde, stary, czemu ty przez te 45 lat swojego życia nigdy w Tatry nie pojechałeś zimą? Przecież tu jest tak pięknie, tak fajnie… I znowu pach, to teraz trzeba by było to robić, nadganiać, żeby zdążyć znowu jeszcze coś zobaczyć.
A potem to już szybko poszło. To jak w styczniu byłem pierwszy raz na tym Rakoniu, to już w marcu jechałem w Alpy. Już z jakąś ekipą się zgarnąłem. Już wchodziliśmy tam na jakieś 3000 m. Co prawda się nie udało, ale już dla mnie to było znowu jakby nowe doświadczenie. A potem to już poleciało.
Właśnie, teraz na pewno nie mam wszystkich tutaj Twoich gór wymienionych, ale z tych większych, czy właśnie takich naj pod pewnym względem, to mam Rysy, Mont Blanc, Kazbek, Pik Lenina i Aconcaguę. To najwyższa góra spośród dotychczasowych.
Najwyższy Pik Lenina. Te góry, które wymieniłaś, było tam trochę tego więcej, szczególnie tutaj w Europie, czy tam w Pirenejach, aczkolwiek to też nie są żadne takie… Ja znowu się nie uważam za jakiegoś mega człowieka obeznanego z tą górską wspinaczką, czyli to nie są może to takie szczyty bardzo wymagające. Ja nigdy się nie będę uważał za jakiegoś tam himalaistę, który gdzieś tam nie wiadomo, na jakie trudne góry będzie wchodził, aczkolwiek uważam, że te szczyty jeszcze są dla kogoś takiego jak ja, który ma trochę tej kondycji, troszeczkę już tam jakiegoś doświadczenia zdobył, że są do spróbowania przynajmniej, do zrobienia.
Ale ciągnie cię coraz wyżej.
Dokładnie, to tak jest, bo zrobisz te trzy, no to myślisz, cholera, dałem radę, no fajnie by było wejść na cztery. Marzenie życia na czwórce się skończy. Wchodzisz na tą czwórkę, kurczę, no ale lekko poszło, no łatwo i przyjemnie, no to może by piątkę zaatakować, no to jedziesz, i tak to się kręci, nie? Aczkolwiek, no jest ograniczenie, jest ograniczenie finansowe, bo o ile jeszcze tutaj te szczyty można w miarę fajnie finansowo zrobić, my też bez agencji, dogadujemy się sami, akurat wybieramy takie szczyty, które wymagają zezwoleń, ale tylko płaci się za pozwolenie i można sobie samemu działać. Jeżeli już by poszło gdzieś ośmiotysięczniki zdobywać, to obojętne jakie ośmiotysięczniki, to już są naprawdę bardzo duże pieniążki.
I ja też nie jestem fanem zakładania sobie jakiś tam zrzutek, tym podobnych rzeczy, żeby ludzie mi dawali pieniążki jakby na moje przyjemności, bo ja uważam, że nie wiem, zbieranie na chore dzieci, zbieranie na cokolwiek, to jest mega ważna rzecz, a nie moja przyjemność. Oczywiście ja nie neguję, każdy sobie robi, jak uważa, ale ja nie, więc nie jestem w stanie takich mega dużych kwot uzbierać, żeby atakować jakieś ośmiotysięczniki.
Ale są też niższe góry, które są też bardzo, bardzo trudne. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, to w tym roku, w maju będę atakowała na Alasce Denali, czyli najwyższy szczyt Ameryki Północnej. Szczyt wymagający, trudny. I wiem, że dostanę konkretny wpierdziel. To mnie już cieszy.
To trzymam kciuki właśnie za tę górę. Wiesz co, tak powiedziałeś, nawiązując do tych zrzutek, rozumiem to, o czym mówisz, a z drugiej strony Ty inspirujesz. Pokazujesz ludziom, że nieważne, co robią w życiu, tak na co dzień, mogą robić więcej i to nie po to, żeby po prostu zrobić więcej, nie po to, żeby nabijać te kilometry, te liczby, czy jakieś własne rekordy, ale po to, żeby żyć tą pełnią życia i kiedyś powiedzieć sobie: wow, ale to moje życie było naprawdę fajne.
Chociaż część tego życia. Większość ludzi ma jakieś marzenia. I teraz kwestia ruszenia, żeby spełnić te marzenia. Nie każdy jest w stanie się odważyć. I taki gość, mi się wydaje, jak ja, w jakiś sposób jest w stanie pokazać przez to, co robi, że nie jest to wcale takie trudne, że wystarczy naprawdę trochę chęci, trochę odwagi, i te marzenia można spełniać, a przynajmniej spróbować. I to też nie musi być od razu z wysokiej półki, atakowanie siedmiotysięczników, pomalutku, po kolei. Jedźmy, nie wiem, w Beskid Żywiecki pochodzić, przespać w jakiejś chatce, coś zobaczyć, w ogóle i tak kolejne etapy, kolejne etapy. Jeżeli to Cię wkręci, jeżeli to cię ciągnie, to pewnie będziesz osiągał różne fajne rzeczy, coś robił.

Większość ludzi ma jakieś marzenia. I teraz kwestia ruszenia, żeby spełnić te marzenia. Nie każdy jest w stanie się odważyć. I taki gość, mi się wydaje, jak ja, w jakiś sposób jest w stanie pokazać przez to, co robi, że nie jest to wcale takie trudne, że wystarczy naprawdę trochę chęci, trochę odwagi, i te marzenia można spełniać, a przynajmniej spróbować. I to też nie musi być od razu z wysokiej półki, atakowanie siedmiotysięczników, pomalutku, po kolei. Jedźmy, nie wiem, w Beskid Żywiecki pochodzić, przespać w jakiejś chatce, coś zobaczyć, w ogóle i tak kolejne etapy, kolejne etapy. Jeżeli to Cię wkręci, jeżeli to cię ciągnie, to pewnie będziesz osiągał różne fajne rzeczy, coś robił.

Ciebie można spotkać w różnych klubach, schroniskach, piknikach, gdzie opowiadasz o swoich poszczególnych wyprawach. Podlinkujemy do tej rozmowy Twój profil na Facebooku, bo tam rozumiem i widziałam, że ogłaszasz te kolejne prezentacje. Ja już tak zbliżając się do końca naszej rozmowy, pytam zazwyczaj gości właśnie o to, co mają dalej w planach, to rozumiem, że w Twoim wypadku to jest to Denali. Mega kibicuję, trzymam kciuki, będę obserwować.
Będzie bardzo zimno, ale tak ma być.
Czy coś dalej jest też na Twojej liście, czy raczej ta jedna wyprawa?
Jeśli chodzi o ten rok, to górki, czyli właśnie to Denali, czyli dla mnie jakby najtrudniejsze do tej pory wyzwanie, przynajmniej ja tak uważam, którego chcę się podjąć. I potem wrzesień, kolejna wyprawa rowerowa, bo to też nie może być tak, że ja się skupiam na górach, a rzecz, która jakby zapoczątkowała to wszystko, zostanie odstawiona do kąta, więc nie. I w tym roku, być może po raz pierwszy, bo zawsze samotne podróże, zawsze uważałem, że to jest moja podróż, że ja nie chcę tego dzielić z nikim, ja się mam sam cieszyć, ale jest syn, który też się aktywnie wciągnął, który jest dobry, jest, bym powiedział, nawet lepszy ode mnie na tym rowerze, więc uznałem, że fajnie by było go wciągnąć też w te podróże takie dalekie, dalsze, żeby on mógł przeżyć tę drogę, bo ja myślę, że jest w nim duży potencjał i on jeszcze nie jedno w życiu osiągnie i zrobi. Więc wspólny wyjazd.
Na razie w planach jest Tajwan. Być może ten Tajwan, tam jest taki super podjazd 120 km do góry z dużymi przewyższeniami. Tam już będę mógł się określić, jakie były te procentowo podjazdy, bo będę miał to rozpisane. Jeżeli nie ten Tajwan, bo coś się wydarzy, bo to w tym świecie teraz jest strasznie różnie. Nie można nic przewidzieć, zakładać, to został jeszcze Tadżykistan, został jeszcze Kirgistan z tych dawnych republik. Może tam uderzymy, zobaczymy.
W każdym razie pierwsza wspólna wyprawa. Sam jestem ciekawy i podekscytowany, bo różnica wieku, różnica w sprzęcie, jak w ogóle się dogramy, jak to nam wszystko pójdzie. Coś nowego.
A w przyszłości fajnie by było jeszcze znowu podnieść tę wysokość. W tym momencie ten Pik Lenina 7134 m, fajna wysokość, ale żeby, tak jak wspomniałem, żeby nie był to jakiś mega kosmos, kosmiczne pieniążki. W Chinach jest bardzo fajny szczyt, 7500 m, można go zrobić bez agencji, można go zrobić we własnym zakresie i być może w przyszłym roku będę próbował podnieść tą moją poprzeczkę trochę wyżej.
To też kibicuję, trzymam kciuki. I słuchaj, tak na koniec, ja pytam moich gości, że gdybyś miał taką władzę, żeby w umysłach naszych widzów i słuchaczy została taka jedna myśl z tej naszej rozmowy, bo tu padło wiele ważnych i wartościowych słów, ale taka jedna myśl, to co byś chciał, żeby, co to było?
Żeby każdy chyba w tym swoim życiu przeżył jakiś taki chociaż jeden, ja już nie mówię wiele momentów, ale jeden taki moment, o którym zawsze marzył, który wierzył, że można zrealizować, spełnić. I żeby wiedział na te swoje stare lata, jak tam już kiedyś przyjdzie odchodzić, że kurczę, no udało się, zrobiłem coś takiego, że łatwiej mi teraz już jakby odejść, tak? Że gdzieś się nie zawahałem, że gdzieś przekroczyłem jakąś granicę, której nigdy nie przepuszczałem, że przekroczę. Żeby tak chociaż jedno się coś takiego przydarzyło w życiu człowieka.
A pomagają w tym właśnie takie rozmowy i słuchanie i oglądanie, podglądanie właśnie ludzi, którzy robią takie inspirujące rzeczy, jak Ty. Więc ja bardzo Ci dziękuję za tę rozmowę.
Ja dziękuję, za zaproszenie i za rozmowę.
Wielkie dzięki. Mam nadzieję, że przynajmniej jedną osobę tutaj tak zainspirujemy do tego, żeby coś fajnego zrobić w swoim życiu.
Oczywiście. Nie muszą być setki. Wystarczy jedna, jedyna osoba, która posłucha i być może ruszy tam samą drogą.
Dzięki wielkie.
Po tej rozmowie cisną mi się na usta słowa: Waldek, jesteś super! Uwielbiam gości, którzy emanują taką pozytywną energią. Ona mi się bardzo udziela. Mam nadzieję, że Tobie również. Niejednokrotnie zadawałam sobie pytanie, czy to pozytywni ludzie robią takie niesamowite rzeczy, czy fakt, że ludzie robią niesamowite rzeczy, sprawia, że są super. Po blisko 100 rozmowach wiem, że to działa w obie strony, bo jesteśmy tym, co robimy, a robimy to, na co się zdecydujemy.
Ja zdecydowałam, że w tym roku będę zdecydowanie bardziej aktywna fizycznie. Spacery, rower, bieganie, joga i trochę treningu siłowego to mój plan. Jak na razie idzie mi całkiem nieźle, a takie rozmowy mnie pozytywnie nakręcają, więc myślę, że dalej będzie równie dobrze.
A jak to jest u Ciebie? Daj znać, jakie masz przemyślenia po dzisiejszym odcinku i do zobaczenia już wkrótce!

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Scroll to top