fbpx

NM 11: Jump For The Planet – projekt z sercem. Rozmowa z Tomaszem Kozłowskim

  • 01:07:22
  • 25 lutego 2020
  • 94,922 MB

Jump for the planet – skok spadochronowy z 45 km i zbieranie funduszy na rzecz ofiar katastrof klimatycznych – na pierwszy rzut oka projekt Tomka może się Wam wydać nierealny. Ale jak sam Tomek mówi: „Możliwe od niemożliwego różni się tylko poziomem determinacji”. Ja to kupuję.

Bo wierzę, że marzenia same się nie spełniają, tylko się je spełnia. Dlatego zaprosiłam Tomka do rozmowy, by dowiedzieć się jak – jako psycholog, mówca motywacyjny, ratownik górski, mąż, ojciec i skoczek spadochronowy w jednym – pokonuje swoje lęki i odważnie sięga po to, czego nikt jeszcze nie zrobił.

W odcinku z Tomaszem Kozłowskim rozmawiamy o tym:

  • Czym jest projekt Jump For The Planet;
  • jaki ma pomysł na pomoc ofiarom kataklizmów na całym świecie;
  • czym różni się lęk od strachu i jaka jest ich rola;
  • jak radzić sobie z lękiem w trudnych sytuacjach;
  • w jaki sposób został skoczkiem spadochronowym;
  • jak swoimi skokami pomaga innym;
  • w jakie sposób organizuje i planuje swoje projekty;
  • w jaki sposób przygotowuje się do pobicia rekordu w skoku;
  • co napędza i inspiruje Tomka do osiągania celów;
  • jak możemy pomóc w jego projekcie?

 

Możliwe od niemożliwego różni się tylko poziomem determinacji. I mówi to zawodowy skoczek spadochronowy, który zaczął skakać w wieku 38 lat. A teraz zamierza pobić rekord świata w wysokości skoku ze spadochronem, zwracając tym samym uwagę świata na rosnące problemy klimatyczne.

Swoją postawą udowadnia, że kluczowe w spełnianiu marzeń nie jest doświadczenie i zasobny portfel, ale postawa i chęć zrobienia czegoś więcej dla siebie, lub dla świata.

Tomek jest wyjątkową osobą i jak każdy z moich gości ma w sobie wewnętrzny ogień, którym ogrzewa wszystkich wokół. Życzę, żeby i Tobie udzieliła się jego motywacja i determinacja, i mam nadzieję, że po odsłuchaniu lub zobaczeniu tego odcinka ruszysz spełniać swoje marzenia.

jump for the planet

Osoby i miejsca wspomniane w odcinku:

Więcej o Tomaszu Kozłowskim znajdziesz tutaj:

Podcast Napędzani Marzeniami dostępny jest też:

A jeśli spodobał Ci się ten odcinek, będę wdzięczna za komentarz i podzielenie się tym odcinkiem z innymi osobami, którym jego treść może być przydatna. Będzie mi też miło jeśli poświęcisz chwile i zostawisz krótką ocenę podcastu w iTunes – dzięki temu inne osoby łatwiej dotrą do tego podcastu.

Przeczytaj transkrypcję odcinka:

Cześć Tomek!

Cześć!

Jestem pod mega wrażeniem Twojej osoby.

Bardzo dziękuję, choć pewnie niezasłużenie.

Ja myślę, że zasłużenie, ale nie brnijmy w tę dyskusję. Przygotowałam sobie taką ściągę, z której skorzystam na początek, żeby Ciebie przedstawić. Później jestem przekonana, że ta nasza rozmowa popłynie. Na starcie chciałabym powiedzieć o pewnych ważnych rzeczach. Chciałbym Cię po prostu przedstawić, kim Ty jesteś. Wynotowałam kilka informacji. Myślę, że kolejność nie jest tak bardzo ważna.

Więc tak, jesteś tatą dwójki dzieci, jesteś mężem, jesteś psychologiem, jesteś ratownikiem wysokogórskim, specjalistą interwencji kryzysowych, jesteś skoczkiem spadochronowym, mówcą motywacyjnym. Masz na swoim koncie rekordy związane ze skokami spadochronowymi. Jesteś dobroczyńcą, człowiekiem, któremu zależy na tym, żeby pomagać innym ludziom. Jesteś autorem książki i jesteś człowiekiem, który zainicjował niezwykły projekt „Jump for the Planet”.

Długa lista. Naprawdę niezwykła lista. Naprawdę, aż trudno uwierzyć, że to się mieści w życiorysie jednej osoby. Chciałbym, żebyś na początek przedstawił naszym słuchaczom, naszym widzom, czym jest projekt „Jump for the Planet”?

Trudno to określić, nawiązując do tego, co powiedziałaś. Jest to projekt związany z pomaganiem, jest to projekt związany z inspirowaniem jakieś grupy osób. Niedawno ktoś mi zadał pytanie, kim ja jestem? Czym się zajmuję? Ja już nie potrafię określić, kim jestem, ponieważ moje życie się zmieniło od jakiś 7 lat. Spowodowało to, że w tym moim życiu pojawiły się szalone projekty, które zmierzają do tego, żeby pomagać ludziom. Nie jest to tak, że ja dramatycznie cierpię. Ja po prostu uwielbiam to, co robię. Realizuję swoje marzenia i swoje pasje i uważam, że niepomaganie w takiej sytuacji, jest po prostu marnowaniem potencjału.

Moja historia jest taka, że 5 lat temu wykonałem najwyższy skok spadochronowy w Europie z kolegami. Skoczyliśmy z balonu z prawie 11 km. Dwa lata przygotowań do tego projektu były dla mnie koszmarem po prostu. Takim związanym z lękami. Żeby było jasne, różnica między strachem a lękiem jest taka, że lęk jest nieadekwatny do bodźca, którego wywołuje. Ja sobie wytworzyłem w głowie czarne wizje tego wszystkiego. Wynikało to w dużej mierze z tego, że nie wiedziałem, jak ten projekt się potoczy. Nie miałem też doświadczenia w tego typu projektach. W wyniku tego, że moje lęki się nagromadziły i przelałem je na papier, powstała książka. To nie jest książka o skoku, tylko to jest książka o mnie, o bojącym się człowieku. Nazwałem ją „Historia tysiąca lęków”. Oczywiście, tych lęków tam były tysiące. Ja sobie wtedy pomyślałem, że jeżeli tylu ludzi do mnie napisało informację o tym, że moja książka im pomogła, że pokazałem, że skoczek spadochronowy się boi, to wtedy zrozumiałem marnowanie potencjału przy takich wydarzeniach.

Postanowiłem, że jeżeli zrobię cokolwiek ekstremalnego w życiu, to pomogę ludziom. Powstał Projekt 48, w którym skoczyłem 48 razy w jeden dzień i zebrałem 200 tysięcy złotych. Rok później skończyłem 100 razy w 1 dzień i zebrałem pół miliona złotych. I to jest ten mój pomysł na życie i realizację siebie. Pomyślałem, dlaczego nie zrobi tego w skali globalnej? To jest to taka sama maszyna do zarabiania pieniędzy. W cudzysłowie zarabiania, bo ja zarabiam pieniądze dla innych. Można to zrobić po prostu, tylko w większej skali na skalę globalną. Pomyślałem, że spróbuję przykuć uwagę całego świata, tak jak zrobił to Baumgartner, który skoczył z 39 km i spróbuję skoczyć z 45 km. Jeszcze jest ważne, że między nami jest Alan Eustace, do którego należy obecny rekord świata w skoku 41 km. Skok Baumgartnera przyniósł ogromne pieniądze firmie. Alan Eustace na tym skoku nie zarobił nic. Ja chcę po prostu to połączyć. Projekt Jump for the Planet jest wynikiem właściwie całego mojego życia i pomagania ludziom, bo to jest dla mnie fajne. Jest też doświadczaniem siebie w sytuacji tworzenia bardzo dziwnych i trudnych rzeczy.

W każdym z tych projektów byłem przekonany, że nie dam rady. Dzisiaj już jestem nauczony tego, że sam się nauczyłem. To nie ma znaczenia, co ja sądzę na temat tego, że to, że nie dam rady. Ja mam robić swoje, po prostu. Jak dowiem się, że nie dam rady, jeżeli rzeczywiście za 10 lat nie dojdzie do tego skoku. Ale ja to organizuję wszystko w taki sposób, żeby ostatecznie zebrać na świecie pieniądze dla dzieci, które są ofiarami zmian klimatycznych i budować dla nich domy z recyklingu.

Moim pomysłem jest to, żeby w momencie, kiedy gdzieś na świecie wioska zostanie zmieciona przez tajfun i ludzie nie będą mieli gdzie żyć, wtedy chciałbym, żeby w 24 godziny dostarczono im domy. Chcę zrobić skupiska tych domów na całej planecie i spowodować, żeby ONZ je dostarczył. ONZ wie: komu, gdzie, w jakiej ilości, jakie jest prawdopodobieństwo występowania tych kataklizmów. Chcę, żeby im to po prostu dostarczono. Życie pokazuje, że tego typu wydarzenia jak właśnie najwyższy skok spadochronowy, przykuje po prostu uwagę ludzi. Dzisiaj naprawdę trzeba zrobić coś niezwykłego, żeby ludzie zwrócili na to uwagę.

Do wielu rzeczy, o których mówisz, będę wracać w trakcie naszej rozmowy. W pigułce powiedziałeś właśnie, czy dotknąłeś tych tematów, o których chciałbym porozmawiać. W pewnym momencie padło słowo szalony. Przyznam Ci się do czegoś. W pierwszej chwili, jak usłyszałam o Tobie, o Twoim projekcie, to pomyślałam: „No szalony człowiek. To się nie uda”. To była taka absolutnie pierwsza myśl. Druga myśl (trochę tłumaczę się z tej pierwszej) była skierowana do mnie samej: „Jak to jak Ty możesz w ogóle tak myśleć, że to się nie uda?”.

Prowadzisz podcast „Napędzani Marzeniami”. Chcesz inspirować, pokazywać ludziom, że marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia, że jak potrafisz jakieś marzenie w swojej głowie stworzyć, to tak naprawdę potrafisz tego dokonać. Trzeba wysiłku, pracy nad tym i że to się na pewno uda. Trzeba Tomkowi kibicować, trzymać za niego kciuki, wspierać. Do tego też wrócimy, jak właśnie można Cię wspierać. Dlaczego o tym mówię? Jak rozmawiam z innymi osobami o Tobie, to nie byłam w tym odosobniona, że ta pierwsza myśl jest właśnie taka: „Kurczę, no to po prostu brzmi nierealnie”. Dzisiaj chciałam zapytać, jako psychologa teraz bardziej. Jak to się dzieje, że my wiemy, że ta technologia jest, że ktoś już niedawno skoczył z podobnej niższej wysokości, ale dokonał tego, a jednak taka pierwsza myśl, to wydaje nam się, że może być trudno.

Ja myślę, że to wynika z tego w dużej mierze, że my oceniamy świat przez nasz pryzmat. Przez pryzmat naszych możliwości spostrzegania siebie. Może nie przez pryzmat naszych możliwości dokładnie, ale postrzegania siebie jako osoby ewentualnie stojącej przed tego typu wydarzeniem. Jeżeli ktoś sądzi: „Nie dałbym rady skoczyć albo zainicjować takiej akcji”, to mówi: „To jest niemożliwe”. Wystarczy, że usiądziemy przed telewizorem i włączymy program informacyjny i mówimy: „Ten ma rację, a ten nie ma racji”. To jest dokładnie tak. Krytykujemy ludzi bardzo często: jak on jeździ, ten jedzie za szybko, to wariat, ten jedzie za wolno itd. Tylko my jedziemy dobrze. Więc my według własnych kryteriów to oceniamy. Ludzie mówią: „To się nie uda. On tego nie zrobi”. Widzą tylko i wyłącznie ten czubek góry lodowej. Czyli to, że ja chcę skoczyć. Nie widzą, że tak naprawdę ten proces trwa 7 lat, a samo przygotowanie pomysłu i praca, którą ja włożyłem w ten projekt, to już jest ponad 2 lata.

Na ten pomysł wpadłem, przygotowując się do Projektu 48, czyli zanim zrobiłem pierwszą swoją akcję pomocową. Postawiłem wtedy mocno na ciało. Przygotowywałem się do tego, biegając, pływając. Chciałem tylko i wyłącznie przygotować ciało, bo wiedziałem, że do wykonania 48 skoków w jeden dzień potrzeba siły fizycznej. Ja niespecjalnie lubię biegać, bo ma bardzo chory kręgosłup i bieganie mnie po prostu boli. Biegając, starałem się zająć czymś myśli. Pamiętam moment przy takiej kłodzie, pomyślałem sobie: co ja chciałbym w życiu zobaczyć. Jeżeli chodzi o to, co ja chciałbym zobaczyć, to naprawdę chciałbym poprzez zobaczenie czegoś, poczuć. Chciałbym zobaczyć Ziemię z perspektywy planety.

Chciałbym zobaczyć księżyc. Zrozumieć, jaka jest odległość, poczuć tę odległość. Poczuć to, jak duża jest ta planeta, bądź jak mała — zależy od perspektywy. To mi przeleciało przez głowę i tyle. Ale już przed Projektem 100, po Projekcie 48, wróciłem do myślenia o dużej akcji. Myślałem sobie: „Dobrze, Projekt 100 jest fajny i on mi trochę pokaże, jak to jest”. Rzeczywiście to było takim papierkiem lakmusowym, bo w Projekcie 100 był łatwiejszy cel. Było 100 wózku inwalidzkich, facet skacze, trzeba wpłacić pieniądze. W Projekcie 48 było 48 różnych kampanii pomocowych.

To też pokazuje, że tak naprawdę osoby, które mówią „On da radę” albo „Nie da rady”, myślą tylko i wyłącznie o samym skoku i o tym, co jest na wierzchu. Ale cała motywacja i to, co kieruje człowiekiem do robienia czegokolwiek, jest zupełnie inną historią.

Ja jestem do tego zmotywowany nie jako skoczek spadochronowy. Jak rozmawiałem na początku z Amerykanami na temat wysokiego skoku, to oni mnie zapytali, czy ja chcę pobić Alana Eustace’a. Ja powiedziałem, że nie. Oni się spytali „To ile? 37 km Ci wystarczy?”. Mówię im: „Spokojnie, bo ja chcę zwrócić uwagę ludzi na świecie na problem”. Potem doszliśmy do wniosku, że jeżeli podnosimy rękę na duży skok, to spróbujmy skoczyć wyżej. Skoro jest szansa na uzyskanie takiej możliwości technicznej. Cały ten projekt to nie jest projekt skoczka spadochronowego, tylko to jest projekt człowieka, który chce pomagać innym poprzez robienie szalonych rzeczy. Wystarczy wyjść na zewnątrz i przejść się po chodniku 30 m. Jeżeli ktoś będzie miał z tego satysfakcję, to znaczy, że ten projekt jest dla niego szalony.

Ja mam tak, że jeżeli coś jest warte zachodu, to znaczy, że za tym stoi wysiłek, za tym stoi niepewność. Moja „Historia tysiąca lęków” i historia wszystkich lęków mojego życia nauczyła mnie dzisiaj jednego. Jeżeli czegoś się boisz, to po tej drugiej stronie świata jest coś fantastycznego. Dla mnie dzisiaj lęk jest drogowskazem.

Jeżeli ktoś mi podaje jakiś pomysł i mówi: „Zrób to w taki i taki sposób” i ja się tego boję, to jest na pewno taka rzecz, którą trzeba przemyśleć. I parę takich rzeczy już w tym projekcie było. Na przykład pewna Pani namówiła mnie do tego, żebym otworzył fundację i robił to sam, tylko jako ja. Czując się bardzo słaby (oczywiście w kwestii globalnej) zacząłem do tego angażować Greenpeace, UNICEF, WWF itd. Te organizacje okazały się bardzo skostniałe i trudne do elastycznego myślenia i wchodzenia w projekt. Oni mają swoje pomysły na życie i pomaganie.

Pewną panią, którą poprosiłem o to, żeby odeszła z projektu, bo za dużo chciała w nim ustawiać klocków, powiedziała: „Czemu nie zrobisz tego sam, jako Ty? Żebyś Ty był twarzą tego projektu?”. Pomyślałem: „Ja taką twarzą takiego projektu? Sam?”. Pamiętam, że przeszedł mnie lęk. Wtedy myślę: „Kurcze, to jest warte zastanowienia”. To, co ludzi hamuje, zatrzymuje i powoduje, mówi im: „Nie rób tego. Uciekaj, bo to jest niebezpieczne” pojawiło się u mnie. Wiele razy wystawiłem się na takie sytuacje, w których z całą pewnością bym przegrał. Dzisiaj to mi pokazuje: „No okej, najwyżej przegram”.

Fascynujące. Nie wiem, za który wątek złapać, ale złapię za ten ostatni. Czyli to, o czym mówisz, że ten lęk, strach (rozróżniamy już troszkę) jest drogowskazem. Mówisz to właśnie na pewno z własnego doświadczenia, bo takie podałeś przykłady. Ale czy to jest takie coś uniwersalne? W sensie dla innych ludzi. Czy to jest tak, że w Twoim przypadku właśnie tak się okazało, że ten lęk, strach pokazuje Ci, że warto spróbować przejść na tę drugą stronę? Czy z tego psychologicznego punktu widzenia to jest taka prawidłowość? W przypadku większości, wszystkich ludzi tak jest.

Z psychologicznego punktu widzenia jest tak, że lęk, strach, czy obawa jest czymś, co jest nam bardzo potrzebne. Nie przetrwalibyśmy na tej planecie, gdyby nie uciekanie przed drapieżnikami albo np. sygnały, które płyną z ciała, kiedy boli nas w okolicach wyrostka robaczkowego. To jest proste. Jeżeli budzi w nas to niepokój, to idziemy do lekarza i dzięki temu żyjemy.

Uważam, że właśnie z psychologicznego punktu widzenia powinniśmy być świadomi tego, że mamy mnóstwo słabości. Ale te słabości są do pokonania. Bardzo często się zatrzymujemy w naszym życiu, ponieważ uznajemy, że te słabości są nie do pokonania, bo one budzą w nas negatywne uczucie.

Tak, negatywne uczucia są dla nas takim samym drogowskazem, jak ból w okolicy wyrostka. Powinniśmy coś z tym zrobić, żeby móc na przykład biegać, żeby móc dojść do fajnej kondycji. Dla wielu ludzi istotny jest wygląd. Oni będą cierpieć na tej siłowni, podnosić, zrywać sobie mięśnie itd. po to, żeby fajnie wyglądać. To jest motywacja. Nie każdy robi to dla zdrowia, żeby żyć dłużej, żeby ich dzieci miały dłużej rodziców. Nie każdy tak robi, ale jeżeli znajdzie się wewnętrzną motywację, to te lęki, strachy i trudności stają się tylko i wyłącznie zadaniami.

Uważam, że ta granica jest bardzo cienka. Bardzo cienka, bo to tak naprawdę przestawienie nazewnictwa z lęku, na drogowskaz. Na to, co pokazuje nam obszary do rozwoju albo na to, co pokazuje nam hamulce, które nie pozwalają nam się rozwinąć. Każdy z nas tak ma. Są nawet statystyki, że każdy z nas ma przynajmniej 4 razy w życiu super pomysł na zarobienie miliona, czy jakiegoś świetnego projektu, tylko wtedy siadamy i mówimy tak jak Ci ludzie: „To jest niemożliwe”. Ja jestem trochę w tym dziecinny, bo nawet nie wiem, że to jest niemożliwe. Tak, jak dziecko. Dziecko nie wie, że czegoś się nie da i dlatego to robi.

Ja sobie nie wyobrażam, jak może zadziałać Organizacja Narodów Zjednoczonych w tym projekcie. Albo przecież, kto wpadłby na to, żeby Lech Wałęsa był patronem projektu? Jak ja o tym powiedziałem znajomym, to się śmiali ze mnie w twarz: „Co Ty chłopie wymyśliłeś?”. Trzy miesiące później byłem u prezydenta Wałęsy w gabinecie. Możliwe od niemożliwego różnią się tylko poziomem determinacji. Trzeba robić swoje. Nie przejmujmy się otoczeniem? Przede wszystkim nie przejmujmy się nami. Otoczenie pozostaje poza ścianami, ale jeżeli my sądzimy: „Nie da się, dobra, wiem, że się nie da” to siadaj do komputera, rób, szukaj, spotykaj, dzwoń. Bez względu na to, jak się z tym czujesz. U mnie tak jest.

Czy do tego doszedłeś samodzielnie, czy już jako mały Tomek? Właśnie, jaki był mały Tomek? Czy mały Tomek miał takie podejście?

Mały Tomek był inny zawsze. Zresztą każde dziecko jest inne, ale mały Tomek to brat bliźniak Marcina. Miałem jeszcze starszego brata. Oni zawsze byli porządni i są, ale było tak, jak dobrze pamiętam, takie sceny z mojego życia, że wtedy się nosiło podkolanówki. Ja te podkolanówki opuszczałem. Jak mieliśmy nosić szelki, to ja chciałem pasek. Zawsze jakoś inaczej. Ja miałem mnóstwo kłopotów. Pierwsze 20 lat mojego życia — to były same kłopoty. W szkole, w przedszkolu, gdziekolwiek, bo zawsze myślałem inaczej. Ale to myślenie jest dzisiaj dokładnie takie samo.

Ja się nie potrafię podporządkować systemom. Nie chodzi mi tutaj o dużej systemy. Ja nie umiem pracować od 7:00 do 15:00. Choć czasami mi się wydaje, że to by było fajnie wyłączyć o 15:00 sprawy z pracy. Iść i na przykład oglądać jakąś Ligę Mistrzów. Ja się nie znam na piłce nożnej, ale wiem, że ludzi to pasjonuje. Pode mną mieszka człowiek, który lubi chyba Legię. Codziennie, jak wracam do domu, to widzę, że w pokoju jego syna jest zawieszona siatka od  bramki i są wszędzie emblematy. Mam nadzieję, że to dziecko też jest tak zafascynowany tą piłką. Może fajnie, oni mają taką pasję, że oglądają piłkę, a ja muszę mieć do tego 3D i wysokość. Tak mam.

Teraz z psychologicznego punktu widzenia jest tak, że są osoby, które mają taki typ osobowości, że nie mogą się trzymać poręczy. Jak jest tam poręcz, to po prostu muszę się odsunąć, bo mają większe zapotrzebowanie na stymulacje. Ze mną po prostu tak jest. Chociaż ja pamiętam, że jak byłem ratownikiem górskim, właściwie, zanim byłem ratownikiem, jak chodziłem jako dziecko, moim marzeniem, taką potrzebą silną było zobaczenie gór w minutę. Żeby przelecieć nad nimi tam 20-30 km, które ja przechodziłem cały dzień idąc z grzbietem Karkonoszy, to chciałem przelecieć i zobaczyć to szybko. Skoki dają coś takiego. To jest taki kop, który ma miejsce w ciągu minuty, że tego się po prostu nie da zastąpić. To jest narkomania. Oczywiście lepsza adrenalina niż amfetamina, ale to jest wewnętrzna motywacja. Są też motywacje zewnętrzne. Mnie imponowała grupa elitarnych ratowników górskich i skoczków spadochronowych. Badania pokazują, że człowiek się dostaje tam, zostaje zaakceptowany przez grupę i tym samym przez siebie samego, to zaczyna i rywalizować i rozwijać. Tylko my nie dajemy sobie absolutnie szansy na to, mówiąc: „Nie, to mi się nie uda”. Ja zaczęłam skakać w wieku 38 lat.

Właśnie o to chciałam zapytać. To było relatywnie późno. Co było tym momentem, że pomyślałeś o tym pierwszym skoku? O tym, że chciałbyś spróbować?

O pierwszym skoku pomyślałem jako sześciolatek. W Bolesławcu, gdzie mieszkałem, była Kompania Specjalna. Zobaczyłem za miastem właśnie lądujących spadochroniarzy. W tym samym roku też zamarzyłem, żeby być ratownikiem górskim. Spotkałem ratownika, jak pierwszy raz pojechałem na narty. Od razu mi się spodobało to, żeby robić więcej. Facet jest w górach i jeszcze w dodatku ratuje ludzkie życie. I tak po prostu się stało. 20 lat później zostałem ratownikiem górskim, czyli też dość późno.

Ale będąc ratownikiem, już miałem drugi stopień. Przygotowywałem się do kursu instruktorskiego, mieliśmy zajęcia z żołnierzami GROM-u jeszcze przed ich wyjazdem do Afganistanu w 2001 roku. Lataliśmy przez kilka dni razem na śmigłowcach. Robiliśmy ćwiczenia związane z ratownictwem górskim, czy w trudnym terenie, przy użyciu śmigłowców, pokazywaliśmy nasze doświadczenia. Jednym z nich był właśnie skoczek spadochronowy. Utrzymywaliśmy cały czas kontakt, gdy on był w Afganistanie. Kiedy wrócił, zaprzyjaźniliśmy się mocno. Pewnego dnia powiedział „Dobra, musisz sobie skoczyć sam”.

Skończyłem ten kurs, skoczyłem 6 razy. Potem podniosłem sobie poprzeczkę do 12, bo trzeba po męsku stawiać czoła. To było pokonanie siebie i realizacja dziecięcego marzenia, które kompletnie nikomu nie jest potrzebne.

Uważam, że powinniśmy robić te rzeczy, które światu nie służą. W takim sensie, że nie robią mu krzywdy. Jak człowiek robi coś dla siebie, to jest po prostu szczęśliwszy. Pomaga w ten sposób fajną postawą swoim dzieciom i rodzinie. Ja chcę więcej.

Chcę zrobić coś, co jest bardzo trudne. Jak zacząłem realizować ten projekt i on zaczął mieć sens, to znaczy zobaczyłem, że to jest możliwe. Wtedy zobaczyłem, że to ma głęboki sens nie tylko dla tych ludzi — oczywiście dla nich też, którym chcę pomóc — ale również dla mnie. Mam poczucie, że jeśli ja to zrobię, moje życie będzie w 100% spełnione, potrzebne, wartościowe. Pamiętam jak, w Projekcie 48 mój wówczas 15-letni syn Adam, powiedział, że on się zajmie jedną z kampanii. Ja chciałem, żeby ktokolwiek się nią zajął od 10 tysięcy. Taki próg ustaliłem i wpłaciłem 10 tysięcy na jeden ze skoków.

To może dodajmy, że ten projekt polegał na tym, że to było 48 skoków, każdy był osobną kampanią gromadzenia pieniędzy.

Tak, na różnych chorych ludzi z najgorszymi chorobami, jakie ten świat wymyślił. Ja wpłaciłem na jedną z tych kampanii 10 tysięcy złotych. Pomyślałem, że to będzie dobre, bo  miałem nadzieję, że gdyby biznes się tym zainteresował, to nie będzie tak, że biznes wpłaci 1000 złotych, stanie się patronem i będą mogli mówić: „My wspieramy ten projekt”. Rzeczywiście, jeden z banków wpłacił 30 tysięcy na pomoc dziewczynie ze stwardnieniem rozsianym. Adam powiedział: „Ja nie mam 10 tysięcy, ale mam tysiąc. Ja uzbieram te 10 tysięcy”. On jako pierwszy zakończył kampanię.

Uzbierał 12 tysięcy złotych na wózek inwalidzki dla Mateusza. Ten wózek kosztował mniej więcej 10 tysięcy złotych. On dostał wózek od producenta za 6 tysięcy, bo to tego producenta poruszyło. Jeszcze kupił mu gorset. To potem wpłynęło na to, że w kolejnym projekcie kupowałem wózki. Do czego zmierzam? Ja sobie pomyślałem wtedy, że ja mogę naprawdę już odejść. To takie dziwne uczucie, ale ja pomyślałem „Dobrze, Adam ma zbudowany kręgosłup”. Paradoksalnie chodziło o kręgosłup Mateusza. Ma zbudowany kręgosłup i jest takim człowiekiem, że sobie w życiu poradzi. Jak ja o tym mówię, to trudno mi powiedzieć, co to było takiego.

Takie przekazanie pałeczki może.

Takie spełnienie, tak. Zrobiłem swoje, choć nie miałem żadnego planu na to, jakim być ojcem, czy jaki ma być mój syn. Ten człowiek, ta osobna jednostka jest gotowa do tego, żeby żyć w tym świecie i jestem spokojny, że z taką postawą, jaką ma do ludzi, oni mu pomogą w trudnej sytuacji.

Zanim pojawił się pomysł na projekt i sam Projekt 48 i potem Projekt 100, to był też projekt, nie wiem jak go nazwać, wiem, czy on był. Chodzi mi o pobicie rekordu Europy, jeśli chodzi o wysokość skoku. W tym sensie nie wiem jak go nazwać, bo nie wiem, co było celem. Czy celem był właśnie rekord, czy celem było pewne przełamanie lęków, słabości? Jak Ty ten cel sobie definiowałeś?

Celem był rekord, ponieważ Tomek Witkowski, który to wymyślił, chciał pobić rekord. On chyba chciał zrobić bardzo wysoki skok. Wymyślił to, żeby skoczyć z balonu. Znalazł człowieka, z którym chciał skoczyć i zaprosił właśnie do tego Arka Majewskiego, który był wtedy czynnym żołnierzem GROM-u. Bardzo dobry skoczek, bardzo silny psychicznie, który jest ze mną we wszystkich projektach i też będzie ze mną w Stanach, jak będę skakał teraz ten duży skok. Tomek też zapytał mnie o to, czy ja bym nie pomógł w tym projekcie, żeby zdobyć patrona medialnego, ponieważ ja mam pewne kontakty w mediach.

Czasami tam się pojawiam i on uznał, że to może być korzystne. Ja go poprosiłem, żeby wziąć udział w tym projekcie i zdobyłem patronat medialny. Zdobyłem też pieniądze na to, bo to było trudne. Po prostu wziąłem w tym udział. To był ten projekt, którego się tak potwornie bałem. Po tym właśnie zrozumiałem. Nie wiedziałem, że ten projekt dla mnie będzie tym, żeby zrozumieć, że lęk jest potrzebny. Że lęk jest lękiem, czyli, że był potwornie przerysowany i cała ta książka moja to jest po prostu… Niektórzy pisali, że ekshibicjonistycznie się odsłoniłem. Ale jestem zwykłym człowiekiem. Bałem się potwornie tego wszystkiego i to pisałem. Sam się śmieję czasami, jak sobie przypominam, co tam pisałem.

Ja chciałam ją przeczytać, ale nie ma jej w żadnej księgarni.

Księgarnie, w których były zapominają o jednej prostej rzeczy. Że za produkt trzeba zapłacić. Ja sam wydałem tę książkę. Zdobyłem na nią pieniądze, sam ją pakuję w koperty i sam ją wysyłam.

Czyli od Ciebie się da.

Tak. Na stronie https://historiaskoku.pl/ Po prostu pakuję to w kopertę i wysyłam.

Dobra to nadrobię.

Tak to jest. Gdybym był samochodem, to bym chętnie dał Ci tę książkę, ale staram się jeździć jak najwięcej komunikacją miejską, bo mi głupio. Jak się zacząłem interesować tym, co się dzieje, to po prostu zacząłem jeździć komunikacją miejską. Nie mówiąc o tym, że mogę sobie poczytać albo coś obejrzeć.

Tak, ale wybiłam Cię chyba z rytmu, bo rozmawialiśmy o książce.

Tak, o Adamie, o lękach, o pierwszym projekcie.

Dokładnie. Wtedy Ty się przełamałeś, zrozumiałeś pewne rzeczy.

One zaczęły do mnie docierać. To nie było tak, że ja po projekcie nagle doznałem olśnienia i zrozumiałem, że lęk jest ważny. To przyszło do mnie dopiero w zeszłym roku. Proces odkrywania tego się rozpoczął. To też jest ważne z psychologicznego punktu widzenia, że to nie jest tak, że my doświadczymy nagle czegoś, jak uderzenie piorunem i my wiemy. To dochodzenie do rozumienia siebie samego jest jak bieszczadzki szczyt. Wchodzi się i wchodzi, tego szczytu nie widać, a nagle okazuje się, że już jesteśmy po drugiej stronie, tylko tego nie wiemy. Mamy oczekiwania, że nagle przejdziemy na drugą stronę. Każdy by chciał tak nagle się dowiedzieć: „Dobra, to ja już rozumiem”. Nie. To trzeba podjąć decyzję taką: „Dobra, to, co ja mam, to już mi wystarczy”.

Nawet opisałem w książce nawet rozmowę ze sponsorem projektu. Ciekawym, bardzo mądrym, dynamicznym człowiekiem. On mi powiedział kiedyś, że jak rozmawialiśmy, czy ja jestem gotowy do tego dużego skoku. Ja mu odpowiedziałem, że nie, że się boję, że czasami uważam, że jestem gotowy, czasami, że nie. On mi powiedział: „Jeżeli będziesz w 100% gotowy, to znaczy, że jesteś drugi”. Tu nie chodziło o wyścig, tylko o to, że będziesz się przygotowywać całe życie to tego jednego wydarzenia, skoku i ono się nagle skończy. Chodzi o to, że jak całe życie spędzisz na przygotowaniach, to już ten skok nie będzie potrzebny.

Zmiana pracy, założenie rodziny, odejście z toksycznego związku czy cokolwiek. Rzymianie tak mówili: „Jeżeli masz wątpliwości, to znaczy, że nie masz wątpliwości”. Jeżeli coś się budzi w Twojej głowie, to znaczy, że trzeba iść. Jeżeli myślisz o tym, żeby sobie skoczyć w tandemie, to znaczy, że trzeba skakać teraz. Nigdy nie będziesz do tego gotowy. Największą satysfakcją jest pokonanie siebie. Im bardziej się boisz, tym lepiej, bo po wylądowaniu ta satysfakcja jest nieprawdopodobna. Ja mam ok. 800 skoków zrobionych jako kamerzysta. Czyli wtedy, kiedy obserwowałem ludzi, lecąc z nimi. To jest fantastyczne, to jest nawet atawistyczne i surowe, bo ja obserwowałem tylko radość. Tylko uśmiech tego człowieka na twarzy. I to jest piękne przeżycie, bo oni lądują. Tylko w jednym przypadku facet się wycofał, ale wszyscy używają zawsze jednego słowa ZAJEBIŚCIE i część mówi: „Jeszcze raz!”.

To jeszcze przede mną. Na razie taki najwyższy skok, jaki za mną, to skok na linie. To było chyba 15 metrów. Też nie wiem, czy to można nazwać lotem. To były może 2-3 sekundy. Pewnie nie. Ale to wrażenie po… W ogóle decyzję było podjąć bardzo trudno. A decyzja polegała na tym, żeby postawić jeden krok w przód. To było naprawdę trudne.

Ciekawą rzecz poruszasz, bo ludzie skaczą np. na 15-30 metrach z jakichś wież, czy zjeżdżają na kolejkach tyrolskich, ale mówią, że skok spadochronowy jest bardzo niebezpieczny. Natomiast to wynika z nieświadomości i niewiedzy, ponieważ skoki spadochronowe są dyscypliną sportową, która ma najniższą śmiertelność. To wynika z tego, że są obwarowane bardzo ścisłymi rygorystycznymi wymaganiami i przepisami. Jeżeli cokolwiek się stanie, to nie masz szans na żadną reakcję. Żadną. Nie ma drugiej szansy. Czy tak jak w jeździe na motorze, nie ma po prostu. Miałem sytuację, w której nie otworzył mi się spadochron, po prostu przesiadasz się na kolejny i już. Jeszcze w dodatku w przypływie adrenaliny nic się nie czuje. To jest tak, jak przekłada się kartkę i tak to działa. Ale wyobrażenie jest ekstremalne.

Tak, masz rację. Teraz tak sobie myślę, że może to nie do końca było takie racjonalne. Ale z drugiej strony na miejscu, w którym skakałam, było miejscem profesjonalnym, więc myślę, że prowadzący zadbali maksymalnie o bezpieczeństwo.

Ja nawet tego nie umniejszam, bo po 17 latach bycia ratownikiem i zajmowaniem się linami, kolejkami itd., rozumiem to. Ale wiem też, jak może puścić jakiś punkt itd. Też z drugiej strony, będąc słabym człowiekiem, poszukiwałem tego, jak obronić siebie przed strachem w tych skokach. Po prostu zacząłem grzebać w statystykach. To nie jest tak, że my wszyscy to wiemy. Ja po prostu, bojąc się, szukałem pomocy w tym, żebym mógł dalej skakać.

W tej sferze racjonalnej. Właśnie w tych informacjach danych.

Powiedzieć sobie: „Nie. To jest niemożliwe. To jest niebezpieczne. Nie rób tego”.

Był skok właśnie z prawie 11 kilometrów, a potem Projekt 48. Ten projekt różnił się od tego wcześniejszego tym komponentem dobroczynności. Tutaj już celem nie był rekord (chociaż to był rekord, bo ustanowiłeś wtedy rekord Polski w liczbie oddanych skoków w ciągu jednego dnia), ale celem było zgromadzenie funduszy. Skąd Ci się wzięła ta myśl w tym momencie, że można w ten sposób gromadzić fundusze i pomagać ludziom?

To się wzięło z tego, że ja zobaczyłem ogromny potencjał w Projekcie Stratosfery, który został wygenerowany tą książką. Ja dostałem 1,5 tysiąca listów od ludzi. Właściwie co druga, trzecia osoba, która do mnie napisała, że to im pomogło, że dziękują, że oni postrzegali wszyscy skoczków jako takich ludzi, którzy kompletnie się nie boją. Myślę, że gdyby ludzie, którzy by się kompletnie nie bali, to by nie skakali, bo po co? Jeżeli w tym nie byłoby żadnych emocji. Przed projektem, zanim w ogóle zostałem zaproszony do Projektu Stratosfery, miałem taką myśl, że jak będę miał 50 lat, to skoczę 50 razy w 1 dzień ze spadochronem. Miałem wtedy 42 lata, więc luźno się myśli o tym, co można zrobić za 8 lat: „Dobra, zacznę się przygotowywać za 4 lata”. Potem pomyślałem sobie, to było na przełomie 47/48, że to jest bez sensu, że ja będę czekał 3 lata, z powodu 2-3 skoków. Stwierdziłem, że to jest bez sensu i robię Projekt 48, czyli w 48 roku życia skoczę te 48 razy. Ale teraz muszę komuś pomóc.

Zacząłem szukać różnych osób. Na początku chciałem pomóc rodzinie komandosa GROM-u, który zginął wtedy na Pomorzu na ćwiczeniach. Chciałem jeszcze pomóc zebrać na Inkubator dla Szpitala MSW, gdzie urodziła się moja córka, która mało, co nie umarła zaraz po porodzie. Pękły jej płuca i była na OIOM-ie przez tydzień, co było najtrudniejszym moim tygodniem w życiu. Potem zacząłem dokładać do tego kolejne osoby. Początkowo chciałem kilka skoków zadedykować. Ostatecznie Bartek Węglarczyk, mój najbliższy przyjaciel, który też jest w tych wszystkich moich projektach. On mówi: „Zrób wszystkie”. Ja też wtedy pomyślałem: „Ale jak wszystkie? Zrobię jak najwięcej”. On mówi: „Nie, nie. Zrób wszystkie”. Rzeczywiście on mi też pokazał taką rzecz, która dla mnie była niemożliwa. Jak zdobędę 48 osób?

Szedłem w lesie z córką i myślę: „Kurczę, trzeba się za to wziąć”. Ona spała w wózku, wziąłem po prostu telefon i nagrałem filmik. Nagrałem, że podejmę taką inicjatywę, że chcę pomóc ludziom. Że mogą się zgłaszać i tak dalej. Po prostu tak to powstało. Ja też te obietnice, że będę pomagał ludziom, złożyłem trochę sobie. Nagrywając z tym filmik i wrzucając to do sieci. On miał prawie 70 tysięcy wyświetleń. W ogóle w głowie się nie mieści. Ale to też pokazuje, że takie prawdziwe rzeczy, oddolne, one się gdzieś poniosą. Ja mam też taką nadzieję, że ten projekt Jump for the Planet robiony przez zwykłego Janusza po prostu może się udać. Znaczy, on teraz już jest w takiej fazie, że to jest tylko kwestia niezepsucia tego. Bo on jest w fazie realizacji, więc to nie jest tak, że dramatycznie coś się nie dopełni.

Właśnie ten projekt Jump for the Planet to jest ogromne przedsięwzięcie pod względem każdym. Logistycznym, organizacyjnym funduszy, umiejętności, kompetencji, technologii, pewnie można wymieniać jeszcze dalej.

Tak z 30 obszarów w tym jest, jak liczyłem.

W momencie, kiedy już pomyślałeś: „To teraz jest ten czas, żeby realizować ten projekt”, bo tak jak mówiłeś wcześniej, tak samo myśl przyszła kilka lat wcześniej. Jak rozumiem, nie wiem kiedy, może to nie jest takie super istotne.

17 września, 2 lata temu podjąłem decyzję. Znaczy wykonałem pierwszy krok.

No właśnie i wtedy jak wykonać pierwszy krok, to czy Ty te 30 obszarów rozpisałeś? Zrobiłeś tego plan projektu?

Nie. To się tworzy cały czas. Ja doszedłem teraz do takiego momentu, w którym nie dam już rady sam. Na całe szczęście przyłączyli się do mnie ludzie, właściwie agencje na całym świecie. Jest jedna agencja międzynarodowa , która to spina i są agencje na całym świecie, na każdym kontynencie, które będą prowadzić teraz kampanię informacyjną na ten temat. Oni też zajmują się właściwie wszystkim tym, czym ja bym się nie zajął. To jest jedna rzecz związana z informowaniem świata. Druga rzecz wiąże się z tym, że ja wpadłem na pomysł, że ogłoszę na całym świecie konkurs na rozwiązanie dla tego domu. Jak to będzie wyglądało? Chcę, żeby dom był w 80% z recyclingu, żeby miał ramę z kontenera morskiego i był wypełniony plastikiem w środku. Tylko jak ja to zrobię? Warsztat otworzę?

To opowieść na pół godziny. Przypadkowo dotarłem do osoby, która jest w zarządzie Polskiego Towarzystwa Architektów. Oni zajmują się zrównoważonym rozwojem. Mają do tego certyfikacje, kwalifikacje, kompetencje i wiedzę. Oni przeprowadzą ten konkurs na świecie. Spadli mi z nieba.

Coraz lepsi specjaliści i naukowcy przyłączają się do mnie. Zrozumiałem już, że muszę pewne rzeczy scedować, bo też powstaną takie, których ja nie wiem. Wiele rzeczy w moim projekcie nie da zrealizować.  Są na przykład 3 segmenty, które chcę zrobić, ale na wczorajszym spotkaniu powiedziano mi: „To trzeba skręcić w 1 segment i potem skaskadować na innych”. Są ludzie, którzy zajmują się realizacją projektów. Oni wiedzą, jak wszystko ma strukturalnie wyglądać. To są to rzeczy, których ja nie wiem.

Ja mam w każdym projekcie takie rzeczy, przez które się wycofuję i mówię: „Nie dam rady”. Najbardziej zawodzą ludzie. 99% rzeczy, które mnie przygniatają, to jest to, że ludzie obiecują złote góry, a potem nie odbierają telefonu. To nie chodzi o to, że oni tych złotych gór nie przyniosą, bo ja też mam swój rozum i widzę, co, kto może załatwić. Jak bardzo te obietnice są możliwe do spełnienia. Są takie osoby, w których wierzę i oni nie odbierają telefonu. Mogą powiedzieć: „Tomek, nie interesuje mnie, nie dam rady, mam ważniejsze sprawy”, ale to ja muszę to od nich wyciągać. Wiele razy klękałem, zawsze moja żona Paulina mnie podnosi.

Dwa miesiące temu miałem sytuację, że przyszedłem do domu, po 10 spotkaniach, na które nikt nie przyszedł, siadłem w przedpokoju i myślę sobie: „Koniec tego. Nie dam rady, Nie dam rady, chociaż daleko zaszedłem. Nie dam rady”. Tak siedziałem, patrzyłem w błoto, które wyleciało z moich butów. Patrzyłem na to błoto i myślę: „Dobra i tak przyjdzie Paulina i mnie podniesie”. Wstałem, usiadłem do komputera i wtedy zacząłem odtwórczą pracę. Na przykład szukam dostępu do znanej osoby, kombinuję rzeczy, do których nie muszę mieć twórczego napędu. Jest dużo takiej roboty. Taki projekt to jest jak orka, ostatecznie jest to fajne. Gdy po tych 100 nieudanych spotkaniach przychodzi ta jedna osoba. 100 kontaktów, 2 spotkania, 1 biznes i gdzieś tam na końcu to się okazuje, że tak, to jest możliwe.

Jak Ty to robisz? Tych technologii, których potrzebujesz, to są technologie kosmiczne. Tak one się po prostu nazywają. Nie kosmiczne, że nie można sobie wyobrazić, tylko kosmiczne, bo dotyczące kosmosu. Więc pewnie Stany, pewnie wysoce specjalistyczne firmy, takie, które pracują z NASA.

Tak, dokładnie firma, która pracuje z NASA. A propos 17 września, czyli w dzień moich urodzin. Po Projekcie 48 zrobiłem 15-stego, bo akurat wypadał w piątek. Zrobiłem swoje urodziny połączone z podziękowaniem dla bardzo różnych ludzi, którzy się włączyli do projektu np. Bartek Węglarczyk, który dał swoje nazwisko, Państwo Czerkawscy, dowództwo GROM-u, w którym byli jeszcze aktywni dowódcy, bo ten teraz są zmienieni. Tam było kilka bardzo fajnych nazwisk jak Figurski. Zrobiłem dla nich taką imprezę. Posiedzieliśmy i potem w niedzielę rano przyjechaliśmy odebrać samochody, bo wypiliśmy po parę piw.

Pomyślałem sobie: „Dobra, trzeba rozpocząć Projekt 100”. Wiedząc, że jest taka zasada, że przez jedną czy przez 6 osób można dotrzeć do jakiejś osoby, poprosiłem Bartka, żeby pomyślał, w jaki sposób ja mogę dotrzeć do Alana Eustace’a. Chciałem z nim porozmawiać, na temat tego kombinezonu, który miał. Tę rozmowę uznaje za rozpoczęcie działań (to było już konkretne działanie), bo Eustace skoczył w bezpiecznej technologii. Ja byłem przekonany, że on, będąc inżynierem, że wszystko wymyślił sam.

Gdybym lepiej potrafił szukać w komputerze, znalazłbym to po 10 minutach. Dotarcie ostatecznie do twórcy tej technologii, zajęło mi 1,5 roku. Dotarłem do niego też m.in. dzięki temu, że otrzymałem list od prezydenta Wałęsy. W latach 80-tych, gdy Lech Wałęsa budował swój ruch, człowiek, który to wymyślił [technologię kombinezonu] mieszkał w Brukseli. Jego ojciec był dyplomatą, dlatego uważnie przyglądał się polityce. Poza tym nawet w Stanach Zjednoczonych ludzie na nazwisko Wałęsa stają na baczność. To otworzyło mi wiele rzeczy

Oni mają 1000 gości, którzy chcą skończyć i użyć tej technologii, nie zdając sobie też sprawy z tego, jaki duży jest budżet. Ale on powiedział: „Dobrze, zrobimy to z Tobą, bo ten cel jest fajny”. Dodatkowo nie chciałem pobić Alana Eustace’a. Mnie zależy na fajnym wydarzeniu. Jaka jest różnica, czy zobaczysz atmosferę, będąc nad nią 6 km, czy 8 km? Ten widok jest niezwykły i zobaczenie kosmosu na żywo i zobaczenie Słońca na czarnym niebie, to co to za różnica, czy ja kogoś pobiję, czy nie?

Finalnie wspólnie zdecydowaliście, że to jednak będzie wysokość, która pozwoli na pobicie rekordu.

Nam chodziło głównie o ten aspekt, żeby ludzie zwrócili na to uwagę. Jeżeli my ogłosimy na całym świecie, że chcemy wykonać trzeci skok na świecie, to ludzie nie będą na to patrzeć. Natomiast na próbę pobicia rekordu, co jest możliwe, to przykuje uwagę ludzi, mediów i darczyńców, co jest też ważne.

Wspomniałeś o tym liście, od takim polecającym, jak rozumiem, od Lecha Wałęsy. To też nie było proste, żeby taki list uzyskać.

Tak. Ja pojechałem do prezydenta Wałęsy. Kilka razy już u niego byłem i to są niezwykłe spotkania. Ustaliliśmy, co w tym liście będzie napisane. Prezydent Wałęsa nie jest skłonny do tego, żeby każdemu podpisać taki list. W związku z tym, że przyjął patronat, to udało mi się go przekonać. Nie było też tak trudno, bo jemu się podobał ten projekt. W liscie widnieje taka treść: Mój rodak poprosił mnie o to, żebym z nim porozmawiał na temat projektu, który chce zrobić, a który zmierza do tego, żeby pomóc dzieciom, które są ofiarami zmian klimatycznych. Jeden człowiek z jakąś ideą, może mieć wpływ na zmiany życia innych ludzi. Zresztą kto wie o tym lepiej, niż on? Napisał, że po naszej rozmowie zdecydował się, że będzie patronem tego projektu, a na koniec dodał „Proszę Cię, poświęć miu też kilka minut swojego czasu”. Z takim założeniem, że to też przyniesie również efekty. Owszem i tak się stało.

I to otwiera drzwi.

Tak i Grand Anderson porozmawiał ze mną. Dzisiaj mam list intencyjny, rozmawiamy już na temat tego, kiedy zaczniemy budować kombinezon i tak to się dzieje. Wymyślasz sobie marzenie, jakiekolwiek, np. dotarcie do Leonardo DiCaprio i po prostu zaczynasz to realizować. Bo ludzie mówią, że to jest niemożliwe, żeby do niego dotrzeć. Jest możliwe, tylko po prostu trzeba rzeźbić i już.

Dokładnie tak. W pełni podzielam i zachęcam wszystkich do takiego myślenia.

Projekt. 30 obszarów. Wspominałeś o agencjach, które ten aspekty marketingowy komunikacyjny będą prowadzić. Kombinezon i dostawca technologii już jest. A co, jeśli chodzi o Ciebie? Pytam w kontekście takim, że  żeby dokonać takiego skoku, trzeba mieć pewne umiejętności, kompetencje, doświadczenie. Z całą pewnością już masę tych umiejętności masz, ale wyobrażam sobie, że trzeba nabyć jakieś nowe.

Tak. Ja muszę być zdecydowanie silniejszy fizycznie. Jestem raczej słabym człowiekiem fizycznie. Mam słaby kręgosłup — kręgozmyk drugiego stopnia. Na przykład zakładanie 40-sto kilogramowego spadochronu, z którym będę teraz skakał w tym sezonie, jest dla mnie trudne. Muszę dużo pracować z trenerem personalnym. Muszę bardzo wzmocnić kręgosłup, czy gorset wewnętrzny. Muszę się nauczyć medytować i relaksować. To bardzo ważne, bo przed samym startem, będę leżał w kombinezonie przez 5 godzin. Trzeba „wypłukać” azot z krwi w zależności od tego, jaka jest wysokość. To jest specjalna procedura oddychania tym tlenem. Wystarczy, że coś mnie zaswędzi (pomijam fakt, że to po prostu irytujące, ale jeżeli to będzie na przykład na wznoszeniu powodować irytację), ja nie będę umiał sobie z czymś takim poradzić, to będę szybciej oddychać i zużywać więcej tlenu.

Prosta sprawa. Tlenu muszę mieć tyle, żeby polecieć na 45 km. Gdybym się nie oderwał, cokolwiek by się stało (choć oczywiście każdy system jest zdublowany, zdublowany i zdublowany), to muszę tyle tlenu, żeby wrócić na dół podpięty do balonu. Ja ten sezon chcę poświęcić właśnie na skoki tandemowe. Żeby skakać z pasażerami, ale także z dużym ładunkiem. Również ładunkiem niewygodnym, ze skrzyniami. Będę miał treningi ze skrzynią w tunelu aerodynamicznym. Szukam firmy, która zbuduje makietę i imitację systemu tlenowego. Będę miał cały system tlenowy tutaj, co zaburza oczywiście równowagę, ponieważ środek ciężkości będzie dość nisko, więc lądowanie będzie trudne. Muszę się nauczyć lądować w nieprzyjaznych, trudnych warunkach w trudnym terenie.

Z mojego doświadczenia wynika, że tu nie chodzi o umiejętność, tylko chodzi o głowę. Żeby głowę przyzwyczaić do tego: „Tak, to będzie wymagające lądowanie”. Mam historię, która mi pomogła tak myśleć. W Projekcie Stratosfery testowaliśmy różne rozwiązania. Maja, czyli Arek Majewski, który ze mną pojedzie, on też wykonał najwyższy skok tandemowy na świecie. Mieliśmy już nowe spadochrony z trudnym systemem otwarcia spadochronu. Może on jest nie tyle trudny, co wymagający. Kupiliśmy ogrzewane rękawice z kablami w środku. Poleciałem zobaczyć, jak się w tym będzie otwierać spadochron, bo ta rękawica była dość śliska. Wylądowałem, otworzyłem ten spadochron i wylądowałem obok Mai. On pyta się:

— No jak tam?
— Wiesz co, no chyba trzeba to zmienić, bo trochę to jest śliskie. Trochę to jest takie…
— Tomek, otworzyłeś spadochron?
— Otworzyłem.
— To jest trudny skok. Zostawiamy. Otworzyłeś spadochron, działaj, jedziemy dalej.

I o to właśnie chodzi.

To jest trudny projekt, to będzie trudny skok, to będzie wymagające lądowanie. Tu nie chodzi, żebym ja lądował w każdej konfiguracji. Mnie wystarczy, że będę lądował pod słońce albo coś tam się stanie i może mi to zaburzyć. Chodzi o to, żebym ja przyzwyczaił głowę do tego, że to jest trudne lądowanie. Tak to się robi.

Jak się przygotowywałem do Projektu 100, to poszedłem na cały dzień na basen. Wskakiwałem do wody na główkę ze słupka. Pływałem kraulem jeden basen, potem dwa żabką, potem obchodziłem ten basen dookoła. Siadałem na niecałe 1,5 minuty, czyli tyle, ile się wznoszę i zrobiłem to 100 razy. 100 razy wskoczyłem na głowę do wody. Głowa zaczyna boleć. To się robi nieprzyjemne, ale ja to zrobiłem nie po to, żeby budować kondycję, tylko żeby zobaczyć, w którym momencie będę miał kryzysy. Jeżeli chodzi o siłę, zmęczenie, znużenie. I rzeczywiście to się powtórzyło w projekcie. Ja byłem na to gotowy i dałem radę. Dlatego słaby człowiek da radę, bo wie, że jest słaby i musi w tym momencie zaakceptować swoją słabość, zacisnąć zęby i jechać dalej.

To jest dobra wiadomość dla tych, którzy uważają się za słabych.

Tak jak ja. Bo tak jest. Tylko trzeba być tego świadomym. Myślę, że jeżeli ktoś sądzi, że jest absolutnie silny, to słabo.

Bardzo ciekawe jest to, co mówisz. Przetwarzam to. Pewnie będę długo przetwarzać. Chciałabym wrócić do tematu celu z punktu widzenia projektowego. Celem jest dostarczenie tych schronisk, domów dla osób, dla dzieci poszkodowanych w katastrofach klimatycznych. To można powiedzieć jest taki drugi, osobny projekt.

Bo sam skok i doprowadzenie do tego, żeby on się odbył, zebrać fundusze — to jest pierwszy krok. Drugi krok to jest potem wykorzystanie tych funduszy i sprawienie, żeby faktycznie te domy zostały zbudowane, rozlokowane w tych lokalizacjach, w których to jest najkorzystniejsze. Czy Ty planujesz, w ten etap (już po skoku) zaangażować się w takiej roli? Zaangażować na pewno, bo nie wyobrażam sobie inaczej. Zaangażować w roli takiej osoby, nazwijmy to główny dowodzący, prowadzący?

Tak. Ja myślę, że to pójdzie inercją. Moją intencją nie jest zebranie pieniędzy w dniu skoku albo zbieranie w dniu skoku, a potem wydanie tych milionów dolarów, bo takie mam ambicje. Ja bym chciał, żeby w momencie, kiedy uzbierają się pieniądze na pierwszy dom, ja chciałbym, żeby on natychmiast pojechał do ludzi. Kataklizmy są wszędzie. Rozwijanie tego projektu przez ponad 2 lata też mi pokazało, że on się zmienia. Ja nie wiem, co będę robił za 2-3 lata. Uważam, że zatrzymanie tak rozpędzonej lokomotywy nie wygląda tak, że włączymy hamulec i się zatrzyma. Będzie się to zatrzymywać długo. Być może zrodzi to kolejną ideę. Ja nie wiem. Po Projekcie Stratosfery mówiłem: „Koniec. Nic już nie muszę robić w życiu”. W Projekcie 48 było tak samo, w Projekcie 100 było tak samo. Teraz też tak myślę. Potencjał, który zbudujemy tym projektem, może da się wykorzystać, żeby wykorzystać inne projekty, żeby wspierać inne projekty.

Tak czy inaczej, na świecie jest mnóstwo ludzi, którym trzeba będzie pomagać. Może będzie tak, że jeżeli rozdamy mnóstwo domów, uda się otworzyć fabryki. Te fabryki mogłyby być przenośne, bo taki też był pomysł na początku, tylko został zabity przez bardzo prostą w rzecz. Nie będzie 360 V, czy 380 V prądu, żeby można było go dostarczyć w miejsce, gdzie domy mogłoby być budowane. Wiemy, że fabryka, która jest w stanie wytworzyć pięć domów dziennie i zatrudnia 50 osób kosztowałaby nieco ponad 900 tysięcy dolarów. Moglibyśmy rozlokować takie fabryki na świecie i dać ludziom pracę. Nawet gdyby mi zmiotło dom, to ja pracowałbym w takiej fabryce za darmo, wiedząc, że jeden z tych domów będzie dla mnie. Może wymyślimy coś takiego. Nie wiem. Może się uda za te parę lat rozwiązać to wszystko.

Druga ważna rzecz to jest sprzedaż sygnału i zarobienie pieniędzy. Chcę, żeby to był sygnał sprzedawany do mediów. Chcę, żeby były zbiórki crowdfundingowe. Chcę, żeby włączyły się w to biznesy typu MasterCard, Visa (wszystko to, co dostarcza systemów płatniczych), które może w dzień skoku lub przed skokiem przeznaczyłyby jakiś zysk. Chcę zaangażować do tego muzyków, którzy poświęciliby, czy zadedykowali koncerty naszemu projektowi. Myślę, że uruchamianie oddolnych inicjatyw i angażowanie ludzi z dołu, tak jak ja, jest w stanie wygenerować ogromny potencjał. Bardzo mi zależy na tym, żeby w projekcie był ONZ. On wie komu pomóc, gdzie pomóc, jak pomóc. Ma do tego logistykę i mechanizmy — przecież ja tych domów nie rozwiozę. Ostatecznie oni pewnie scedują na jakiegoś człowieka, który będzie zapalony do tego i powie: „Kurczę, znajdę tę firmę, która to wyprodukuje z tych śmieci i z tych kontenerów. Świat jest tym zaśmiecony”. Ja chcę tylko relokować te śmieci.

Tylko..

Tylko w dużej skali.

Tomek, wspomniałeś o wewnętrznej motywacji i ona jest przeogromna. Czy Ty masz coś lub kogoś, kto Ciebie z zewnątrz inspiruje, napędza? Tę motywację, wspiera?

Tak. Ja miałem taką historię, która połączyła Projekt 48 i Projekt 100. W Projekcie 48 była Marta. Jej był poświęcony 24 skok. Ja ją nazywam Marta 24. Ona miała nieoperacyjnego guza pnia mózgu. Jacyś ludzie mnie znaleźli i napisali do mnie. Mail przeleżał miesiąc w skrzynce, a oni chcieli włączyć tę Martę do projektu. Byli przekonani, że się to nie uda. Oczywiście się dało, bo te skoki były wolne. I dałem jej 24 skok. Dwoje ludzi zaczęło w Kwidzynie zbierać pieniądze, organizować akcję. Przyłączali kolejne, kolejne i kolejne osoby, bo ktoś z ich miasteczka potrzebował pomocy.

Marta przyjechała na skoki zaraz po tym, jak ja skończyłem dla niej. Bardzo fajne dziecko. Niezwykłe. Pisała bajki w wieku 3 lat, rodzice to spisywali. Kosmiczny geniusz. Jak akcja pomocowa wokół niej narastała, to ona sama też zaczęła wciągać w nią inne dzieci. Zaczęła dzielić się tym, co dostała, bo ludzie przysłali 1000 kartek, pluszaków i ona rozdawała je innym dzieciom z dużą świadomością. To nie było tak, że rodzice ją do tego namawiali. Zakumplowaliśmy się z jej rodzicami. Zaczęliśmy się odwiedzać, spotykać, dzwonić do siebie. Nawet było tak, że do nich jeździłem. Jak jeździliśmy, ja biegałem wokół ich domu, bo mieszkają przy lesie.

16 kwietnia 2018 roku, czyli przed Projektem 100 napisałem do jej mamy Justyny na Messengerze. Chcieliśmy odwiedzić Martę za niecałe 2 tygodnie. Ona mi odpisała: „Marta właśnie odchodzi, nie zdążycie. Nie ma szans”. Napisałem: „To w takim razie przyjedziemy rano”. Odpisała: „Próbujcie, ale i tak nie ma szans na to”. Rano napisałem do Justyny i ona mi odpisała, że nie wie, co się dzieje, że nie rozumieją tego, ale Marta wciąż z nami jest. Ja napisałem, że się zbieramy. Nasza Ania, która miała 1,5 roku, nienawidziła jeździć samochodem. Musieliśmy całą procedurę wykonać: czyli zmęczyć ją i wtedy ją dopiero włożyć do samochodu, żeby przejechać 4 godziny. Powiedziałem Paulinie, żebyśmy już jak najszybciej wstawali, żeby zmęczyć Anię, wsiąść do samochodu i jechać. Paulina z takim spokojem wtedy powiedziała: „Spokojnie, ona na Ciebie poczeka. Zobaczysz”.

Wyjechaliśmy około południa, czy to jakoś po południu. Przyjechaliśmy pod ich dom o 15:40. Weszliśmy do środka, Paulina z Anią została w salonie, a ja poszedłem do sypialni, gdzie leżała Marta. To scena, którą będę miał do końca życia w głowie. To jest scena, w której Marta leżała na łóżku, ja się obok niej położyłem. Na tym łóżku siedzieli jej rodzice i jej młodszy brat. Pocałowałem ją w policzek, przywitałem się z nią. Powiedziałem jej: „Marta, obiecuję Ci, że będę pomagał takim dzieciom, jak Ty”. Jej mama wtedy powiedziała: „Martusiu, jak będziesz już aniołkiem, to proszę, opiekuj się wujkiem Tomkiem, jak będzie skakać ze spadochronem”. Godzinę później Mała odeszła. Ja, składając tę obietnicę, wiedziałem, co robię. Ja widziałem, że realizuję projekty i to jest moja droga w życiu. Trzeba też siebie pchać tego.

W Projekcie 100 zerwałem, czy naderwałem sobie mięsień uda podczas 37 skoku. Wiedziałem, że to jest koniec. Powiedziałem sobie: „Ale skoczę jeszcze raz, choćbym miał sobie urwać tę nogę, jeszcze raz skoczę”. I skończyłem jeszcze raz i zobaczyłem, że ten ból się nie pogłębia. Ból był taki, że urywało mi tę nogę. Miałem na miejscu też fizjoterapeutkę, która mi pomogła. Z Małą w głowie, doskoczyłem do tych 100 skoków, kulejąc. Zadedykowałem jej ten projekt. Miałem jej twarz na kombinezonie. Jej twarz była w samolocie — duży plakat z napisem Marta 24. Na kombinezonie kosmicznym też będzie jej twarz i też będzie napisane Marta 24.

Bez względu na to, czy tam będą chcieli być sponsorzy. Marta będzie na tym kombinezonie. Będzie również symbol Cichociemnych. Pan Aleksander Tarnawski — ostatni żyjący Cichociemny — który ma dzisiaj 99 lat, z którym mam zaszczyt się znać i bywać u niego w domu. Pan Aleksander też miał przyjechać na Projekt 100. Jemu też zadedykowałem ten projekt.

Ten projekt i Projekt Polskiej Stratosfery był również zadedykowany tym spadochroniarzom, którzy skakali nocą w czasie wojny ze 130 m. I to są mistrzowie świata. Oni ryzykowali życie, bo wpadali między Niemców i jeszcze walczyli. My dzisiaj skaczemy na super nowoczesnym sprzęcie. Więc to jest nic w porównaniu do tego, co my robimy. Ale też jest to nic, w porównaniu do tego, z czym się musieli zmagać rodzice Marty i z czym będą się zmagać do końca życia. Realizuję swoje pasje, a Ci, którzy są chorzy, którzy nie mogą chodzić, którzy nie mogą wyjść na zewnątrz itd. — Ci ludzie robią nieprawdopodobne projekty. Zmaganie się z krawężnikiem, czy wkładanie wózka inwalidzkiego do samochodu 2 razy dziennie, co zajmuje godzinę. To jest dopiero wyczyn.

Ja chwilkę potrzebuję.

Taka jest prawda w tym projekcie. Czy w moich projektach, czy w moim życiu. Na pogrzebie rodzice Marty chcieli, żeby ludzie byli ubrani na kolorowo, żeby nie było przygniatającej czerni. Wypuścili z cmentarza setki kolorowych balonów. Rok później zrobiliśmy coś takiego, że o 16:40 oni wypuścili balony, a ja wyskoczyłem nad balonami z motolotni. Leciałem nad tym cmentarzem, wylądowałem gdzieś koło jakiejś stacji benzynowej. To jest właśnie to, od czego zaczęliśmy rozmowę: że ludzie nie znają motywacji, nie wiedzą tego. Leżą i mówią: „Wariat jakiś wyskoczył, tutaj sobie lata. Chce się popisywać” itd.

Nie wiedzą jaka historia za tym stoi. Projektów, odejścia tej małej dziewczynki. Tego, co ona robiła w życiu, tego, z czym się zmagają jej rodzice i tego, po co ja skacze nad cmentarzem w środku dnia. To jest to, że ludzie nigdy nie będą znali Twoich motywacji, czy tych osób, które nas oglądają. Ważne, że Ty znasz swoją motywację i Ty idź w swoim kierunku. Nawet jeżeli dzisiaj w siebie wątpisz, to i tak idź. Bo jak ta wiara w siebie wróci, to nie odrobi się już tego czasu, który się siedziało i się nad sobą użalało. Idź, użalaj się nad sobą, ale w drodze.

Tomek, czy Tobie można jakoś pomóc, wesprzeć? Ja widzę, że wiele różnych obszarów w Twoim projekcie jest bardzo mocno zaawansowanych, ale zakładam, że jeszcze można Ci jakoś pomóc.

Tak. My założyliśmy fundację Jump for the Planet. Czekamy teraz na wypis z sądu i po prostu będzie można wpłacić pieniądze. Myślę, że na przełomie lutego i marca będzie już konto i będzie można wpłacić pieniądze. Dużo tych pieniędzy już jest, bo ktoś wylicytował hulajnogę za 5 800 zł. Chcę, żeby pieniądze wpływały do ONZ albo doorganizacji, która się tym zajmie. Ale dzisiaj można wpłacać pieniądze. Nawet jak będzie potrzeba, gdy będą pierwsze pieniądze, jak będziemy mogli wysłać już dom, to wyślemy go z Polski.

Jeszcze przed skokiem?

Tak. Od razu. Natychmiast jak będą pieniądze na to, żeby pomagać, bo wszystko się może zdarzyć. W Projekcie 100 było tak samo. Uzbieraliśmy na 80 wózków przed skokiem. To pokazuje, że ludzie będą mi towarzyszyć, będą media społecznościowe, będziemy pokazywać jak ja trenuję, co się dzieje, jak się przewracam w tym wszystkim. Ja chcę, żeby ten projekt żył, żeby ludzie w niego weszli. Nie muszą wpłacać pieniędzy. Niech pójdą ze mną pobiegać. Niech coś udostępnią w mediach społecznościowych. Zakładam, że ja będę spadać 5 minut, to niech ludzie przez 5 minut, pobiegną z ciężkim plecakiem, wejdą do zimnej wody i niech wstawią to na Facebook i napiszą „Wspieram Tomka Jump for the Planet”.

My w ten sposób przyciągniemy pieniądze tych, którzy mają te pieniądze i chcą się podzielić. Tak można mi pomóc, bo ja też potrzebuję wsparcia. Ja sam tego nie zrobię. Moja żona postanowiła przebiec Maraton Nowojorski i przygotowuje się teraz do maratonu. Zacisnęła zęby i ona chce mi w ten sposób pomóc. Chociaż mi pomaga, bo jest również świetnym prawnikiem. Nie wyobrażam sobie lepszego radcy prawnego, ale ona chce mi tak pomóc. Ratownicy górscy po 70-tce, 80-tce chcą skakać w tandemach, żeby mi pomóc. Jest jeden ratownik, który jest po trepanacji czaszki i mało co nie umarł na stole. On też chce przebiec maraton i teraz trenuje. Takie coś napędza. Pieniądze się znajdą, pieniądze na te domy się znajdą. Nie ma lepszego wsparcia niż drugi człowiek.

Ja myślę, że to jest piękne sformułowanie na zakończenie naszej rozmowy. Bardzo serdecznie Ci dziękuję.

To ja dziękuję.

Ja mam nadzieję, że będziemy w kontakcie. Nawet w takiej formie, że po prostu media społecznościowe to umożliwiają teraz w bardzo prosty sposób. Kibicuję Ci. Będę zachęcać innych do wspierania i trzymam kciuki.

Dziękuję. Możemy się spotkać za jakiś czas, jak projekt będzie bardziej zaawansowany i pogadać.

Dzięki.

To ja dziękuję.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top