NM 40: Jak zrozumieć sztukę? Rozmowa z Tytusem Brzozowskim

  • 00:55:25
  • 27 kwiecień, 2021
  • 84,01 MB

Sztuka. Co to właściwie jest? Jak ją lepiej rozumieć? Mój dzisiejszy gość jest człowiekiem pełnym pasji. Rzucił pracę w prestiżowym biurze projektowym w Warszawie, żeby zająć się na pełen etat malarstwem. Każdy warszawiak widział przynajmniej jedną z jego prac, a to dlatego, że tworzy także murale, które ubarwiają miejską architekturę i cieszą oczy mieszkańców. 

W tym odcinku chcę Wam przybliżyć sztukę przez duże „Sz”, której jest zdecydowanie za mało w naszym codziennym życiu, a także pokazać, że nawet będąc laikiem – jak ja – można o niej porozmawiać i dać sobie przywilej jej poznania. 

W odcinku “Jak zrozumieć sztukę” z Tytusem Brzozowskim usłyszycie o tym:

  • jaki wpływ na ludzi ma przestrzeń, w której żyją;
  • jak rozumieć sztukę i jak o niej rozmawiać;
  • dlaczego niektórzy boją się sztuki;
  • jak podchodzi do tworzenia obrazów i skąd bierze pomysły;
  • co wspólnego mają artyści i przedsiębiorców;
  • dlaczego zrezygnował z pracy jako architekt;
  • jak wygląda rzeczywistość projektowania budynków;
  • co sprawiło, że zaczął tworzyć murale;
  • jakie ma marzenia.

Jak wspomniał Tytus, nie każdy ruch pędzla artysty ma w sobie ukryty przekaz i nie każda kreska jest odzwierciedleniem jego duszy. Czasem to po prostu ciekawa kompozycja, gra światłem lub kolorami zachęca artystę do tworzenia. 

Przed tą rozmową bałam się, że wyjdę na ignorantkę, jednak Tytus sprawnie rozproszył moje obawy i sprawił, że od tej chwili z chęcią będę obcować ze sztuką i rozmawiać o niej. W końcu wystarczy odrobina ciekawości i otwartości, bo sztuka to nic innego, jak świat przedstawiony oczami artysty. Wystarczy mieć w sobie chęć, by poznać go od tej strony. 

Osoby i miejsca wspomniane w odcinku;

Więcej o Joannie znajdziesz tu:

Podcast Napędzani Marzeniami dostępny jest też:

Sztuka - podcast z Tytusem Brzozowskim

A jeśli spodobał Ci się ten odcinek, będę wdzięczna za komentarz i podzielenie się tym odcinkiem z innymi osobami, którym jego treść może być przydatna. Będzie mi też miło jeśli poświęcisz chwile i zostawisz krótką ocenę podcastu w iTunes – dzięki temu inne osoby łatwiej dotrą do tego podcastu.

Cześć, witam Cię serdecznie w podcaście Napędzani Marzeniami i dziękuję za przyjęcie zaproszenia.

Cześć, cześć! To ja dziękuję bardzo za zaproszenie.

Przyczynkiem do tego zaproszenia i spotkania jest to, że około dwa lata temu przeczytałam książkę Punkt Przełomowy Malcolma Gladwella. Opisana jest w niej między innymi teoria siły środowiska. Opowiada o tym, jak duże znaczenie dla naszych działań, naszego nastawienia ma to, jak wygląda środowisko, w którym żyjemy, podając przykład zbitej szyby. W sytuacji kiedy na ulicy witryna sklepowa jest zbita i nikt się tym nie zajmie, to jest duże ryzyko tego, że za chwilę kolejna witryna będzie zbita, że pojawią się tam śmieci.

Będzie to szło dalej i dewastacja będzie postępowała. Natomiast gdy tę witrynę się szybko naprawi, to wtedy dewastacja nie będzie postępowała.

Autor podaje jeszcze większy, silniejszy przekaz o przestępczości w Nowym Jorku w latach osiemdziesiątych. Burmistrz wdrożył niespotykany plan na zwalczanie przestępczości. Zamiast myśleć o tym, żeby było więcej patroli policyjnych, zwiększać kary i wyłapywać więcej przestępców, to planem na zmniejszenie przestępczości była dbałość o środowisko i o wygląd miasta. Szybkie usuwanie wszelkich śladów dewastacji, graffiti, dbanie o to, aby nie było śmieci na ulicach. I to podziałało, przestępczość faktycznie znacząco zmalała.

Dlaczego o tym mówię? Ponieważ za chwilę będziemy rozmawiać o tym, jak duże znaczenie dla naszego życia ma wygląd szeroko pojętej przestrzeni, w której żyjemy, zarówno naszej domowej jak i przestrzeni miejskiej.

To taka mała anegdotka, wiem, że trochę długi wstęp. Teraz chciałam już przejść do rozmowy z Tobą. Na początek powiem, że czuję się onieśmielona rozmawiając z Tobą, dlatego że to jest moja pierwsza w życiu rozmowa z artystą malarzem. Czuję taką obawę, czy ja rozumiem ten świat? Czy potrafię zinterpretować dzieła, które tworzysz? Boję się, że nie potrafię tego zrobić. Nie mówię tylko o Twoich dziełach, ale szerzej o dziełach sztuki w ogóle. Chciałabym poradzić sobie z tą obawą i zachęcić innych ludzi do tego, żeby nie tworzyli w sobie blokad przed obcowaniem ze sztuką.

Jak Ty na to patrzysz? Czy faktycznie moja obawa to jest coś, co obserwujesz szerzej w społeczeństwie? A jeśli tak, to z czego to może wynikać?

Nie wiem trochę jak odpowiedzieć, bardzo chętnie odniósłbym się do tego, o czym mówiłaś na początku. Powiedziałaś tak dużo rzeczy i wszystkie są ciekawe. Chciałbym też po kawałeczku coś powiedzieć, bo wydaje mi się, że to o czym mówiłaś jest strasznie ważne.

Rzeczywiście otoczenie ma wpływ na to, jacy jesteśmy i jak się zachowujemy. Przestrzeń, w której dorastamy, w której dojrzewamy, też wpływa na to, co myślimy o sobie i jaki mamy szacunek do samego siebie. To jest bardzo ważne, żebyśmy nie tworzyli obszarów miejskich, które prowadzą do tego, że ktoś może się poczuć w jakiś sposób wykluczony.

Rzeczywiście otoczenie ma wpływ na to, jacy jesteśmy i jak się zachowujemy. Przestrzeń, w której dorastamy, w której dojrzewamy, też wpływa na to, co myślimy o sobie i jaki mamy szacunek do samego siebie. To jest bardzo ważne, żebyśmy nie tworzyli obszarów miejskich, które prowadzą do tego, że ktoś może się poczuć w jakiś sposób wykluczony.

Faktycznie tak jest, że jak pojawi się pierwszy bazgroł na ścianie to po chwili już cała ściana jest w bazgrołach. U nas nie ma kultury dbania o takie drobne rzeczy. To jest chyba problem Warszawy, czy może w ogóle polskich miast, że mamy troszkę zbyt mało dbałości i tak naprawdę zrzucamy odpowiedzialność na wszystkich wkoło, zamiast wziąć się za to samemu.

Być może to jest kwestia tego, co może zrobić każdy z nas. Rzeczywiście jest coś takiego w człowieku, że mamy potrzebę, żeby wokół nas było pięknie. Każdy swoją przestrzeń stara się urządzić tak, żeby była jak najfajniejsza, według swoich kompetencji, możliwości, swojej wiedzy i doświadczeń. Natomiast brak nam genu wspólnoty. My w ramach własnej zagrody się tym zajmujemy, a jeśli chodzi o to, co jest bardziej wspólne, to oczekujemy, że ktoś inny się tym zajmie.

Bardzo podobają mi się ruchy oddolne, takie inicjatywy jak tutaj na Pradze, które biorą sprawy w swoje ręce i walczą na przykład z tymi bazgrołami. Biorą farbę, dogadują się z właścicielami budynków, czy też informują ich, że chcieliby coś takiego zrobić i prostu robią taki dzień, gdzie idą przez miasto i zamazują wszystkie bazgroły. Z dnia na dzień różnica jest kolosalna. Jest to bariera trudna do przekroczenia dla tych, którzy te bazgroły robią, bo zrobić ten pierwszy jest potem strasznie trudno. I przychodzi taki moment, kiedy rzeczywiście tego nie ma. Czy to nie może być tak, że po prostu dozorca każdego z tych budynków ma swoje wiaderko z farbą, wychodzi i od razu ten bazgroł zamazuje? To naprawdę wpływa na to, jacy jesteśmy. To jest właśnie ta rozbita szyba.

Dzieci w Finlandii – mieszkałem dwa lata w Finlandii – mają takie zajęcia, gdzie bawiąc się prostymi zabawkami typu drewniane klocki, uczą się, jak formować bryły. Mają takie mini warsztaty architektoniczne i to ich uwrażliwia na przestrzeń oraz ład i harmonię, które są ważnymi elementami naszego życia. Dlatego żyją w harmonijnych, spokojnych i schludnych miastach. U nas tego trochę brakuje. Oczywiście jesteśmy inną kulturą, to też wartościowe, że nie jesteśmy ani na wschodzie, ani na zachodzie tylko mamy swój tygiel. Niemniej takiego chaosu w reklamach, na witrynach, takiej „pastelozy” i „słupkozy” nie ma nigdzie indziej. To są rzeczy, nad którymi musimy pracować.

Dzieciństwo to jest bardzo ważny etap, to gdzie się wychowujemy, na co patrzymy. Pamiętam, jakie wrażenie robiły na mnie obrazy, romantyczne malarstwo, które wisiało u moich dziadków. To były dosyć proste przekazy, ale aura takiego obrazu była dla mnie tak silna, że jak teraz się super skupię, to przypominam sobie to moje uczucie, jak wtedy kiedy patrzyłem na to.

Uważam że to, na co dzieci patrzą, jest bardzo ważne i pobudzanie ich wyobraźni jest szalenie wartościowe. Kiedy wśród naszych znajomych pojawiło się pierwsze dziecko, to moja pierwsza myśl i pierwsze co zrobiłem, to namalowałem dla niego obraz Domki dla Tomeczka, bo miałem taką myśl w głowie, że fajnie żeby on dzielił ze mną ten sposób, w jaki działa nasza wyobraźnia. Chciałem, żeby to się zadziało, bo to wszystko jest strasznie ważne.

Jeśli mogę Ci wejść w słowo, przypomniałam sobie teraz, że u moich dziadków również wisiały obrazy na ścianach. Dziadkowie przeprowadzili się do miasta ze wsi, byli pierwszym pokoleniem w naszej rodzinie, które mieszkało w mieście, nie mieli wyższego wykształcenia. Nie wiem kto im tę wrażliwość artystyczną „sprzedał”, ale faktycznie u nich te obrazy były.

Pamiętam reprodukcję Słoneczników, tak najbardziej konkretnie. A druga rzecz, którą pamiętam z dzieciństwa, to już był przekaz płynący ze strony mojej mamy, która bardzo ceni malarstwo i sztukę. Pamiętam porozkładane w domu publikacje, uciekło mi słowo, piękne książki, w których były prezentowane różne obrazy i myślę, że to miało na mnie wpływ, tak jak mówisz.

No pewnie, na to czym ja się zajmuję z pewnością miał wpływ mój tata, który bardzo lubił surrealizm. Sam trochę malował w czasach swojej młodości i właśnie miał różne albumy, gdzie te różne rzeczy się działy na smokach i tak dalej.

Oprócz tego pamiętam, że czasem sobie razem rysowaliśmy i on mi podrzucał pomysły: tutaj rysujemy fabrykę, tu będą cztery kominy, a piąty to jest tak naprawdę wielki papieros, a od tego zrobimy taką wielką pajęczynę i po tym będzie chodził pająk. Tak można snuć historię. Po pierwsze pewnie mamy to samo w głowie, bo tacy jesteśmy, a po drugie on mi pomógł to wyostrzyć. Ja ze swoim synkiem robię to samo, też czasem podpowiadam różne głupoty, które możemy sobie rysować. Z tego wychodzą fajne historie.

Wracając do Twoich dziadków, to też jest tak, że sztuka rozwijała się niezależnie w różnych grupach społecznych, nie tylko w mieście. Inna sztuka była we dworze, a inna wśród chłopów. Ale ta potrzeba obcowania z pięknem to jest coś co przynależy człowiekowi, a nie żadnej grupie społecznej. Natomiast super, że w pierwszym pokoleniu w mieście były albumy w domu. To znaczy, że ktoś rzeczywiście miał pilną potrzebę, żeby z tym obcować, to fajne.

Wracając do tych moich obaw, czy one są tylko moje, czy są powszechne? Jak Ty to widzisz mając szerszy ogląd i więcej spotkań z różnymi odbiorcami Twojej sztuki?

Zastanawiamy się, czy ludzie się boją tego, że mogą sztuki nie zrozumieć? Albo że ona budzi w nich taką barierę i lęk, że mogą zrobić coś nie tak?

Dokładnie tak, może nie kupię tego obrazu czy tej reprodukcji, dlatego że przyjdzie do mnie ktoś znajomy, kto się zna i pomyśli sobie, że kupiłem coś co jest… Nie chcę tutaj używać jakichkolwiek przymiotników, ale tworzy się ta bariera i obawa, która de facto powoduje, że nie obcujemy ze sztuką. Nie pójdę do muzeum, bo i tak nie będę w stanie docenić dzieł, które są tam prezentowane.

Wydaje mi się, że to bardzo niedobrze, że sztuka tworzy taką barierę i zastanawiam się, czy to nie jest spowodowane tym, że może za mało w niej uczestniczymy i ona nie jest czymś codziennym dla nas. Za mało mamy jej w procesie dorastania i zaczynamy ją traktować jako coś takiego, czego trzeba się obawiać. Przecież sztuka nie musi być czymś, co sprawia, że źle się zachowamy, albo jesteśmy nie tacy jak trzeba. Nie powinna rodzić takich rzeczy, tylko pobudzać człowieka do fajnych emocji.

Może nie rodzi? Może to jest tylko moje wrażenie?

Podejrzewam, że jest trochę tak jak mówisz. Nie wiem z czego to się bierze, czy to artyści tworzą taką barierę, bo za wysoko zadzierają nosa, albo opowiadają o sobie nie wiadomo co? Powiedzmy sobie, że każdy może odbierać sztukę tak, jak chce i może wybierać taką, jaka mu się podoba.

To jest w porządku, nie można tego oceniać. Wybierając sobie na jaki wernisaż chcesz pójść, czy co chcesz, żeby wisiało u Ciebie w domu na ścianie, to kierujmy się tym, co akurat w tym momencie jest dla nas ciekawe i wartościowe. To jest w porządku, jeśli zainspirujemy się tym, co wisi u znajomych, albo ktoś nam coś podpowie i fajnie, jeśli to rzeczywiście w nas pobudza.

Powiedzmy sobie, że każdy może odbierać sztukę tak, jak chce i może wybierać taką, jaka mu się podoba. To jest w porządku, nie można tego oceniać. Wybierając sobie na jaki wernisaż chcesz pójść, czy co chcesz, żeby wisiało u Ciebie w domu na ścianie, to kierujmy się tym, co akurat w tym momencie jest dla nas ciekawe i wartościowe.

Natomiast zastanawianie się nad tym, czy to ma właściwy przekaz, czy to jest dobra marka, czy ten artysta będzie bardziej znany, popularny, czy to jest w dobrym tonie, zostawmy kolekcjonerom, którzy mają inne cele w kupowaniu sztuki, a które też są w porządku.

Oni mogą się zastanawiać nad tym, jakie są plany tego artysty, jak dobrze on jest odbierany w określonych kręgach, jak on się sprawdza na aukcjach, jak rośnie wartość jego dzieł z biegiem lat. Ale jeżeli my chcemy mieć po prostu coś fajnego, to bierzmy to, co w nas coś pobudza, otwiera, budzi fajne emocje.

Pobudza, otwiera, budzi fajne emocje. Czy to jest tak, że Ty jako twórca, jako artysta, masz w głowie plan na to, jakie emocje chciałbyś, żeby dane dzieło wzbudziło w jego odbiorcy? Czy po prostu realizujesz to dzieło, bo masz taką potrzebę, żeby dany koncept przelać na płótno, czasem na ścianę? Jak to wygląda? Może powiem tak: czy ja jako odbiorca, powinnam domyślać się tego, co Ty chciałeś mi przekazać, czy skupić się na swoim personalnym odbiorze?

Są różne ścieżki. Przygotowując jakiś pomysł, korzystam ze swoich emocji i z tego co ja przeżywam, kiedy to robię. Czasem są to ważniejsze przeżycia, czasem mniej ważne. Natomiast odbiorca może podążyć własnymi ścieżkami, może odszukać coś swojego, mieć własne skojarzenia, bo ma inne doświadczenia i co innego otwiera mu się w głowie, gdy te rzeczy widzi. Co więcej, ja mogę namalować coś jednoznacznie pozytywnego, a w kimś może to wywołać negatywne skojarzenia.

Teraz miałem taki dziwny komentarz na Facebooku. Na obrazie są ludzie, którzy lewitują na kosteczkach w chmurach, co dla mnie jest jednoznacznie pozytywne. Ludzie się gromadzą, ktoś do siebie macha, oni są w chmurach, to jest super. Ale to jest obraz przedstawiający Wolę i na dole był komentarz, że komuś to się skojarzyło z małymi mieszkankami, które teraz na Woli są sprzedawane, że to są klitki i w ogóle jest okropnie. Przecież to jest straszliwa przepaść między tą niebiańskością, którą ja miałem na myśli, a tym co ktoś przeżył, jak to zobaczył. To jest właśnie fajne, lubię poznawać te ścieżki innych ludzi.

Mam swój ulubiony przykład, gdy kiedyś namalowałem coś, co w moim mniemaniu było dość ckliwe. Bardzo lubię przeglądać historyczne materiały o Warszawie, stare zdjęcia, plany, przedwojenne i powojenne zdjęcia lotnicze. Oglądam, która kamienica przetrwała, potem nagle zniknęła i o co w tym wszystkim chodzi. Był taki moment, że chodziłem po Krakowskim Przedmieściu wśród tych materiałów i zorientowałem się, że jedna z kamienic, które stały naprzeciwko kościoła Świętego Krzyża przetrwała wojnę i zdaje się, że można ją było odtworzyć i wyremontować, nie trzeba jej było redukować do bardzo niskiego budyneczku.

Zdenerwowałem się tym i chciałem przedstawić scenę, w której z miasta ucieka kultura, gdy te kamienice jeszcze stały. Ktoś kto się zna na mieście to widzi, że to jest jeszcze przed tymi wszystkimi zawieruchami, które nas spotkały.

Postanowiłem, że namaluję odlatujące fortepiany, one uciekają z Warszawy, bo to jest niebezpieczny moment. Natomiast obraz jest słoneczny, ciepły, te fortepiany są na balonach, krótko mówiąc, mało kto się zorientował, że one odlatują. Wszyscy myślą, że to jest fajna, ciepła scena, balony sobie latają po Warszawie. A w związku z tym, że tam było Krakowskie Przedmieście i kościół Świętego Krzyża, to przecież jesteśmy tuż obok budynku, z którego wyrzucono fortepian Chopina. Wzbudziło to oczywiście naturalne skojarzenie, że na pewno chodziło mi o ten wylatujący fortepian Chopina. Bardzo wiele ścieżek się pojawiło, ludzie mi opowiadają, o co mi chodziło, a zupełnie nie o to.

To jest cudowne, że można mieć tyle skojarzeń. To jest sytuacja z tą grą Dixit, że moje obrazy są trochę podobne do tych kart, których zadaniem jest pobudzenie naszej wyobraźni do stworzenia różnych opowieści. Jeżeli można spojrzeć na to, co ja zrobiłem i odnaleźć w tym jakąś własną historię, to to jest super.

Właśnie miałam pewną hipotezę z tymi kostkami i chciałam Cię spytać, czy też tak na to patrzyłeś. Dla mnie te kostki są odzwierciedleniem losowości. Rzucamy kostką i nie wiemy, jaka liczba wypadnie. Ludzie na tych kostkach obrazują nam to, że nasze życie jest efektem wielu przypadków i tego co ktoś nam tą kością wyrzuci.

Bardzo dobra odpowiedź, naprawdę bardzo fajne.

Ok, ale czy coś takiego przemknęło Ci przez myśl podczas tworzenia?

Oczywiście. Ja już tyle razy odpowiadałem na pytanie: „dlaczego te kostki?”, że ja mam tych odpowiedzi kilka i mogę Ci dać, którą chcesz. Natomiast jest też tak, że nasze miasta, to o czym już troszkę mówiliśmy, są chaotyczne. Te wszystkie małe surrealistyczne smaczki u mnie są, wydaje mi się, bardzo na miejscu w naszym pejzażu miejskim. U nas nie zawsze można wszystko logicznie wytłumaczyć. Tramwaj, który wyjeżdża z budynku – przecież to w ogóle nie dziwi. Albo kosteczka czy ktoś, kto stoi na kominie, bo u nas jest atmosfera lekkiego chaosu.

Są też karty do gry, które gdzieś fruwają, albo tak odczytuję. Nie? Gdzieś takie piki?

Nie, szczerze powiedziawszy nie miałem nic z grami karcianymi.

Nie wiem teraz, w którym obrazie, doczytam to. Dobra, to w ten wątek nie idźmy. Ale myślę, że to jest dobry czas, żeby zrobić pewien eksperyment. Przyniosłeś prezent, bardzo za niego dziękuję. To są puzzle, które są jednym z obrazów namalowanych w ramach cyklu Dwanaście miast. To jest trzynasty obraz zbierający elementy, które są umieszczone na pozostałych dwunastu obrazach. Ja teraz wyjdę ze swojej strefy komfortu i spróbuję powiedzieć, co widzę na tym obrazie i chciałabym Cię poprosić, żebyś skomentował. Pokażemy ten obraz wszystkim odbiorcom, którzy nas słuchają w notatkach na stronie, żeby każdy mógł spokojnie się z nim zapoznać. Czy to będzie ok?

Tak, jasna sprawa.

Taka podstawowa warstwa wizualna, to są różnorodne budynki. Rozpoznaję Zamek Królewski w Warszawie, szczerze powiedziawszy niewiele więcej. Te budynki się unoszą i są połączone spiralną drogą, po której idą ludzie.

Dla mnie to jest alegoria ludzkiego losu. Idziemy pewną drogą, spotykamy na niej różnych ludzi, różne miejsca. Ta droga wznosi się do góry, więc myślę, że to jest takie pozytywne przesłanie – idziemy w górę, rozwijamy się. Ona jest prosta w tym sensie, że nie ma odgałęzień.

Może to obrazuje, że nasz los jest z góry przesądzony, przyświeca nam jakiś konkretny kierunek i go realizujemy, a przynajmniej ludzie, którzy są na tym obrazie. Z drugiej strony jest to droga, która zakręca. Cały czas w górę, ale są te zakręty, więc to pokazuje zakręty w naszym życiu. Nie zawsze dostrzegamy to, że idziemy w dobrą stronę, bo są te zakręty.

Z dodatkowych elementów widzę balony, na których jest również fortepian. Po pierwsze balony kojarzą mi się z dzieciństwem, z radością. Fortepian na balonach pokazuje to, że sztuka nas uwzniośla, ciągnie do góry. Jest tu dużo zieleni, która jest dla mnie bardzo ważna. Natura jest bardzo ważna i myślę, że to pokazuje, że ta zieleń pomaga nam w życiu i ma znaczenie. To są moje pierwsze odczucia.

Wspaniale, znalazłaś tu mnóstwo wątków, bardzo mi się to podoba. Na samym początku chciałbym powiedzieć, że gdy spotykamy się z dziełem sztuki, musimy brać pod uwagę, że artyście niekoniecznie musiało o coś strasznie ważnego chodzić. To nie jest tak, że w każdym ruchu pędzla jest ukryty jakiś ważny przekaz.

Czasem może być tak, że obraz jest piękny dlatego, że ma bardzo ciekawą kompozycję, jest dobrze skadrowany, użyte są ciekawe kolory, albo ich połączenia są atrakcyjne. Albo ktoś zaobserwował piękną grę światła, być może coś fajnego się mieni w oknach. I to jest bardziej taka notatka, spostrzeżenie, a jednak sprawia, że patrząc na to czujemy się przyjemnie.

Na samym początku chciałbym powiedzieć, że gdy spotykamy się z dziełem sztuki, musimy brać pod uwagę, że artyście niekoniecznie musiało o coś strasznie ważnego chodzić. To nie jest tak, że w każdym ruchu pędzla jest ukryty jakiś ważny przekaz. Czasem może być tak, że obraz jest piękny dlatego, że ma bardzo ciekawą kompozycję, jest dobrze skadrowany, użyte są ciekawe kolory, albo ich połączenia są atrakcyjne.

Dla mnie zawsze ważne było, żeby moje obrazy działały na dwóch płaszczyznach. Po pierwsze to jest coś sympatycznego, co się po prostu podoba. Ale jeżeli ktoś chciałby w to wejść, może temu poświęcić dużo więcej czasu. Po pierwsze w tym jest historia, którą ja zaplanowałem i chętnie o niej opowiem. To jest moja cecha, że podczas wernisaży, również na sali kinowej, tłumaczę się z każdego budyneczku i ze wszystkiego, o co mi chodziło. Ale można też znaleźć własną ścieżkę i odszukać coś swojego.

Obraz, o którym mówimy, jest ostatnim obrazem zrealizowanym z serii dla Instytutu Polonika, który zajmuje się promowaniem dziedzictwa kulturowego Polski, znajdującego się za granicą. Czyli obiekty zrealizowane przez Polaków, Polonię, polskich architektów czy artystów, które są wartościowe, w których się działy ważne dla Polski historie. Warto o tym opowiadać, warto żebyśmy my wiedzieli, że je mamy oraz żeby świat o tym wiedział i warto żeby one były w dobrym stanie. Jako element ich działalności powstała seria moich obrazów.

Wszystko nam trochę popsuła pandemia, bo musimy poczekać, ale jak tylko sytuacja się uspokoi, to ruszamy z cyklem wystaw zarówno w Polsce, jak i za granicą. Już wiemy, że mamy umówione Chicago, Londyn, Wilno, Lwów i Rapperswil. Będziemy pokazywać te obrazy i zapraszać do tego, żeby się zapoznać z tymi obiektami. Instytut jest też bardzo prężny na swoich mediach społecznościowych. Pokazuje te obiekty i tłumaczy co tam się dzieje. Każdy obraz przedstawiał kolejne miasto, na przykład Rzym czy Petersburg, ze szczególnym uwzględnieniem polskich elementów. A ten obraz jest kolażem tych wszystkich najważniejszych rzeczy. Czyli to nie jest konkretne miasto, ale zbiór poloników, czyli polskich obiektów porozrzucanych po całym świecie.

Zaczynając nad nim pracę, nie miałem konkretnego miasta, którego atmosferą mógłbym się podeprzeć. Raczej tworzyłem coś nowego, zupełnie nową krainę składającą się z tych polskich elementów.

Pomyślałem, że to jest taka sytuacja, jakbyśmy zwiedzali te obiekty. Taka trochę wystawa polskości świata. Chcąc to zrobić w sposób spektakularny, podparłem się pomysłem Franka Lloyda Wrighta, który w Nowym Jorku zbudował Muzeum Guggenheima. Działa ono właśnie w ten sposób, że wspinamy się po dużej muszli spiralną pochylnią obserwując to, co wisi na ścianie. U mnie rzeczywiście się wspinamy i oglądamy kolejne obiekty związane z Polską. Wymieniam tutaj najważniejsze budynki, nie tylko z dwunastu pozostałych prac.

Twoja opowieść doprowadza mnie do przemyślenia, które naszło mnie, kiedy się przygotowywałam do naszej rozmowy, czyli porównania artystów z przedsiębiorcami. Przedsiębiorcy, w mojej ocenie, dzielą się na dwie kategorie (upraszczam oczywiście). Osoby, które prowadzą firmę po to, żeby czerpać z niej korzyści finansowe.

Biznes jest po to, żeby zarabiać pieniądze i to jest dla nich główną myślą przewodnią. Druga kategoria to osoby, które firmy traktują jako narzędzia do tego, żeby nieść w świat pewne idee, promować pewne postawy, czy wspierać realizację zmian w świecie.

Wydaje mi się, że w świecie artystów, to jest takie moje zewnętrzne postrzeganie, jest podobnie. W tym sensie, że – znowu upraszczając – artyści też się dzielą na dwie kategorie. Osoby którym zależy przede wszystkim na uzewnętrznieniu swojego talentu i właśnie to pokazanie talentu jest głównym, nadrzędnym celem. A druga grupa to są osoby, dla których talent jest narzędziem do tego, żeby promować pewne idee i prowokować, wspierać pewne w świecie i w społeczeństwie. Czy to moje przemyślenie, jakoś z Tobą rezonuje? Czy tak faktycznie jest? Prośba o komentarz.

Wydaje mi się, że trafnie to powiedziałaś. Rzeczywiście zdaje się, że większość artystów po prostu chce przelewać to, co ma w sercu, to co ich inspiruje poprzez medium, którego używają, tak żeby to wyszło w świat. W tym niekoniecznie musi być jakaś ważna dla świata idea. Oni nie muszą mieć potrzeby zmiany tego świata, być może chcą go opisywać, albo opisywać to, co się dzieje u nich w głowie.

Ja tylko dopowiem, że nie miałam w pytaniu żadnej intencji wskazywania, że którakolwiek z kategorii jest lepsza lub gorsza, po prostu one są różne.

Tak, każdy podejmuje swoje decyzje. Sztuka faktycznie, prawdopodobnie łatwiej niż inne dziedziny, daje szansę, żeby wpływać na świat, bo to co robimy dociera do odbiorców i można próbować jakiś swój przekaz odnaleźć.

Tak jak w biznesie, tak w sztuce też można łączyć różne aspekty działalności. Można mieć wartościowy przekaz, a przy okazji robić dobry biznes. Tak samo można być artystą, który mówi mądre rzeczy, ale też dobrze prosperuje. Problem pojawia się w momencie, w którym podejmujemy decyzję pod kątem tego, czy robimy coś na czym zarobimy, czy będziemy mieli ten przekaz. Szczęśliwy ten artysta, który może robić te dwie rzeczy bez kompromisów. To jest wspaniała sytuacja wtedy.

Sztuka faktycznie, prawdopodobnie łatwiej niż inne dziedziny, daje szansę, żeby wpływać na świat, bo to co robimy dociera do odbiorców i można próbować jakiś swój przekaz odnaleźć. Tak jak w biznesie, tak w sztuce też można łączyć różne aspekty działalności. Można mieć wartościowy przekaz, a przy okazji robić dobry biznes. Tak samo można być artystą, który mówi mądre rzeczy, ale też dobrze prosperuje.

Ja w swoich obrazach zawsze chciałem opowiadać o Warszawie i o tym, jak złożonym jest miejscem. Chciałem promować tezę, że jest ciekawa i atrakcyjna. Uważam, że to jest piękne miasto, ale związek z Warszawą to jest trudna relacja. Związek z nią wymaga więcej zaangażowania, bo to jest taki związek, w którym musimy się trochę lepiej poznać. Musimy się dowiedzieć o wszystkich nawarstwieniach historii, o tym co tu się działo, co spowodowało, że jest tak jak jest.

To jest miasto, gdzie niezwykłą rolę odgrywa nostalgia za tym, jak było kiedyś, jak mogło być. Te wszystkie niezrealizowane plany i ambicje – to w Warszawie aż kipi. Ja uwielbiam o tym opowiadać. To jest coś, co siedzi we mnie w głowie. Mam to szczęście, że ludzie lubią o tym słuchać. Być może to jest taki moment, kiedy to jest po prostu atrakcyjne.

Z biegiem czasu też spotkało mnie – bo to samo do mnie przyszło – coś co ja sobie tak fajnie chwyciłem i co jest dla mnie bardzo ważne, czyli szansa, że nie tylko mogę opowiadać o Warszawie, ale też promować polskie miasta. Robię to co lubię i do czego jestem w stu procentach przekonany dzięki współpracy z Polską Organizacją Turystyczną, która na największych targach świata promuje turystykę w Polsce, czyli promuje polskie miasta. Dzięki współpracy ze mną, może to robić w sposób, który uważa za bardziej skuteczny. To jest ekstra. Podobnie przy współpracy z Instytutem Polonika, gdzie też opowiadam o śladach polskości.

Czyli mogę mieć poczucie, że ta moja misja ma jakiś sens. A w dalszym ciągu robię dokładnie to, co sobie wymyśliłem na początku, czyli maluję te moje miasta, te moje domki, te surrealistyczne historyjki, czyli to wszystko, co mi gra w głowie.

Nawet idziesz w swojej pracy o krok dalej, ja to tak interpretuję. Chciałam zapytać: co było impulsem, czy on wyszedł od Ciebie, czy gdzieś z zewnątrz? Konkretnie mam na myśli murale. Przez słowa idziesz dalej, mam na myśli to, że nie tylko promujesz, ale również współtworzysz tę miejską tkankę i to jak Warszawa wygląda. Czy to było tak, że Ty sobie wymarzyłeś, wymyśliłeś że fajnie byłoby takie murale tworzyć? Czy ten pomysł przyszedł do Ciebie z zewnątrz?

Szczerze powiedziawszy, przyszedł z zewnątrz. Czasem się dzieje tak, że coś fajnego po prostu do nas dociera. To też jest tak z artystą, że jeżeli ktoś robi swoją robotę, robi to z pasją i potrafi dotrzeć do ludzi, to może się wydarzyć, że otoczenie ma różne pomysły i różne propozycje. Czasem to się okazują bardzo wartościowe rzeczy. Murale to jest dla mnie naprawdę strzał w dziesiątkę. Ja uwielbiam to, że robimy te murale i strasznie się cieszę, że to ruszyło.

Dla mnie jako dla architekta, który po latach pracy przy wielkich biurowcach i mieszkaniówkach zaczął się zajmować architekturą na swój własny sposób, to jest duże wydarzenie. Zdaje się, że zaprojektowane przeze mnie budynki już nie zabudują Placu Defilad w Warszawie. Za to okazało się, że mogę się pojawić w tkance miejskiej, w przestrzeni w zupełnie nowy sposób.

Co więcej, zdaję sobie sprawę, że to nie jest fair, ale to wzbudza większe zainteresowanie niż architektura. Mój mural powstaje na budynku, nad którym pracował naprawdę duży zespół, przez – nie wiem – pięć lat, na który poszły setki milionów złotych. I to nie jest tak, że o tym budynku są artykuły w każdej gazecie, ale jeżeli na tym budynku powstanie mural, to nagle wszyscy chcą o tym napisać i każdy chce się dowiedzieć, gdzie to jest. Ludzie robią zdjęcia na Instagrama i tagują autora.

To jest taka wisienka na torcie.

To jest nie fair, bo oczywiście dużo mniej zaangażowania poszło w ten mural, ale jednak jest to coś, co jest bliższe ludziom i temu, czego oni potrzebują w ramach swojego postrzegania rzeczywistości. Ja się na murale cieszę jak dziecko.

Każdy z nich jest dla mnie mega wydarzeniem, również dlatego, że mogę docierać do całej masy ludzi, którzy inaczej by na mnie nie trafili, bo akurat nie chodzą na wernisaże czy na wystawy. Albo na Instagramie bardziej śledzą sport niż artystów. Tutaj po prostu ten mural jest. Dla artysty, który ma wyrazisty styl, którego prace są do siebie podobne i jest łatwo rozpoznawalny, to jest po prostu wspaniała rzecz.

Pomijając wszystkie moje korzyści, ja się zawsze cieszę mogąc zrobić coś dla lokalnej społeczności, dla tego miejsca. Murale mają wielką wagę, są takim charakterystycznym punktem. Są swego rodzaju dominantą w otoczeniu, miejscem, gdzie można się spotkać. Mogą upamiętniać ważne postacie, ważne zdarzenia, albo robić coś, co jest moim pomysłem, czyli opowiadać o tym miejscu, o jego historii, starać się to przetworzyć. Właśnie w ten sposób staram się być w porządku wobec ludzi, którzy w okolicy mieszkają. Snuję historię o ich miejscu.

Murale mają wielką wagę, są takim charakterystycznym punktem. Są swego rodzaju dominantą w otoczeniu, miejscem, gdzie można się spotkać. Mogą upamiętniać ważne postacie, ważne zdarzenia, albo robić coś, co jest moim pomysłem, czyli opowiadać o tym miejscu, o jego historii, starać się to przetworzyć. Właśnie w ten sposób staram się być w porządku wobec ludzi, którzy w okolicy mieszkają. Snuję historię o ich miejscu.

Dobrym przykładem jest pierwszy mural, który zrealizowaliśmy w Warszawie przy ulicy Wolskiej. On ma trzydzieści pięć metrów wysokości, czyli to jest wydarzenie w przestrzeni. Naprawdę kawał uderzenia kolorem. Na początku trochę się bałem, że moje obrazy tak bardzo powiększone to będzie za dużo koloru. Ale okazuje się, że to jakoś siedzi, wygląda w porządku i chyba nie ma tego problemu. Zastanawiając się nad tym fragmentem Woli, przeglądałem wszystkie stare mapy i zdjęcia.

Zauważyłem, że w latach trzydziestych w tym miejscu dział się proces wymiany parterowych, piętrowych, często jeszcze drewnianych budynków na wyższe kamienice, trzy i czterokondygnacyjne. Skojarzyłem, że to jest dokładnie ten sam proces, który spotyka Wolę teraz, tylko w innej skali. Tam powstają wielgachne wieżowce, niższe budynki są wyburzane, czyli Wola ma taki swój własny, jak widać ponadczasowy, gen dążenia ku wielkomiejskości. Właśnie to chciałem pokazać na tym muralu.

Namalowałem malutkie rogatki wolskie, które tam były kiedyś, coraz wyższe kamienice, aż doszedłem do współczesności, do tych wieżowców. To miasto się na tym muralu pnie do góry. To znowuż jest jakaś moja historia, o której ja opowiadam, ale nie każdy to od razu dostrzeże. Można tam dostrzec po prostu fajne kolorowe domki i pszczoły, które namalowałem dlatego, że na budynku, gdzie znalazł się mural są ule i można spróbować miodu od lokalnych wolskich pszczół.

W tej chwili mamy zrealizowanych pięć murali w Warszawie na zewnątrz budynków, ileś tam we wnętrzach, ale dla mnie najważniejsze są te, które można zobaczyć po prostu idąc ulicą. Przymierzamy się do powstania kolejnych dwóch w Warszawie.

Staramy się, żeby każdy z nich niósł za sobą coś nowego i ciekawego, żeby coś się pojawiło. Na przykład fajnym pomysłem, który wspólnie z inwestorem wymyśliliśmy i opracowaliśmy, są neony na siedzibie ZDM. Tam jest mural, który inaczej działa w ciągu dnia, a inaczej po zmierzchu. Kolory tracą swoją wyrazistość, jak się robi coraz ciemniej i wtedy zaczynają świecić neony. Pewne elementy są wyszczególnione i mural się zmienia.

Jeżeli opowiadamy o muralach, to chciałbym jeszcze wspomnieć o jednym dla mnie ważnym, który bardzo przeżyłem. Mural, który robiliśmy w zeszłym roku przy ulicy Próżnej miał opowiadać o dawnej dzielnicy żydowskiej. To jest traumatyczne przeżycie tego miasta i nasze jako społeczności, co czasem wypieramy i o czym zapominamy. W mieście, gdzie były dwie grupy społeczne, dwie nacje żyliśmy w jakiejś kohabitacji ze sobą przez setki lat i nagle naszego sąsiada zabrakło i zostaliśmy sami. To miasto też zniknęło.

Dla mnie, czyli kogoś, kto uwielbia Warszawę, patrzenie na tę mapę, gdzie jest morze ruin to jest straszne przeżycie. Przecież to były konkretne miejsca, z konkretną atmosferą i to wszystko zniknęło. Pragnąłem przedstawić mural, który by to jakoś pokazał, ale chciałem uniknąć epatowania tragedią holokaustu. To miał być mural o dawnej dzielnicy żydowskiej, w której działy się różne fajne rzeczy i w której tętniło życie, ale również nie można pominąć tego, że coś tu się wydarzyło.

Zacząłem od tego, że zbudowałem zwykłą scenę tak jak zawsze, kolaż różnych miejskich scen składających się na atmosferę tego miejsca. Wyszukiwałem dawne fotografie, starałem się to odszukać. Zauważyłem, że tam strasznie pulsowało życie, wszyscy robili biznesy, wszyscy się gdzieś spieszyli. W dzielnicy żydowskiej mieszkało bardzo dużo ludzi na małym obszarze, więc było tam gęsto. Chciałem pokazać ten biznes, ten handel, ten nieustający ruch, mnóstwo szyldów.

Długo studiowałem, co ma być na tych szyldach i dowiedziałem się, że diaspora korzystała zazwyczaj z lokalnych języków na szyldach ogłoszeniowych, w prasie, czyli głównie były szyldy polskie, rosyjskie, trochę w jidysz. Zacząłem poszukiwać tych szyldów jidysz, skontaktowałem się ze specjalistą z Uniwersytetu Jagiellońskiego, z wydziału judaistyki, żeby te różne szyldy i ogłoszenia napisać w języku, który wtedy był stosowany. Napracowaliśmy się nad tym.

Gdy już miałem taką harmonijną scenę żydowskiej Warszawy to postanowiłem, że chcę aby to implodowało, żeby się rozsypało na kawałki. Po prostu rozfragmentowałem tę opowieść, porozsuwałem budynki i rozsypałem na niebie unosząc tę senną historię o tym, jak kiedyś było już w kawałeczkach ponad Warszawą.

Pokazałem te kilka elementów dawnej dzielnicy północnej, które z nami zostały i które są do dzisiaj skąpane w zieleni parku Krasińskich, który był zielonymi płucami dzielnicy północnej. Na dole, na dachu kościoła ustawiłem symboliczne dwie postacie, które tak jak my mogą tylko z nostalgią pomyśleć o tym, co się kiedyś działo. Myślę, że trochę za mało o tym pamiętamy i za mało myślimy. Mam nadzieję, że ten mural wywoła jakąś refleksję. On też jest pełen różnych ścieżek i różnych dróg, można go różnie odbierać.

Niezwykłe jest to, jak bardzo złożony jest proces tworzenia i na jak wiele sposobów można odczytywać Twoje dzieła i pewnie też inne dzieła artystyczne. Myślę, że będę teraz z inną optyką patrzeć na różne obrazy. Chciałam zapytać Cię o coś jeszcze. Wspomniałeś o przejściu z zawodu architekta do zawodu artysty. Co było impulsem do decyzji o zmianie?

To nie jest tak, że to jest wielka zmiana, bo sztuka dla architektów zawsze miała dużą wartość. Na wydziale oprócz zajęć z projektowania, czy bardziej technicznych rzeczy typu fizyka budowli, konstrukcje, mamy rysunek, malarstwo, rzeźbę, historię sztuki. Żeby się dostać na wydział architektury, musiałem zdać egzamin z rysunku, gdzie trzeba się było wykazać wyobraźnią przestrzenną. Na etapie przygotowań ten świat rysowania był najważniejszy, kluczowy. Studia to jest już taki okres, że każdy trochę sam wybiera, czym chce się bardziej zainteresować.

Miałem wielkie aspiracje, jeśli chodzi o architekturę, naprawdę chciałem zostać Bohdanem Pniewskim i być takim architektem, który będzie zmieniał miasto, ważną postacią z ważnymi realizacjami, z budynkami, które sprawią, że miasto będzie funkcjonować inaczej. Naprawdę bardzo dużo robiłem w tym kierunku i bardzo się poświęcałem przy projektach, jakie mieliśmy na Wydziale Architektury.

Pracowałem w Finlandii w dobrej pracowni, żeby zrozumieć bardziej nordycki punkt widzenia. Dzięki moim wysiłkom podczas studiów udało mi się dostać do zespołu bardzo prestiżowej pracowni warszawskiej, do JEMS Architekci. Tak mówię zachowawczo, ale dla mnie JEMS to zawsze był totalny numer jeden. Każdy może mieć swoje zdanie, ja uważałem, że nie ma nic lepszego. Lata spędzone w tym zespole to była też wielka szkoła, pewnie miałem jakieś papiery na to, żeby działać w ten sposób.

Malarstwo to nie było coś, z czego kiedykolwiek zrezygnowałem, to zawsze była moja wielka aspiracja. Jak dostałem się na studia, to byłem w gronie takich ludzi, którzy dobrze rysowali i malowali.

Aspirowałem do tego grona, to było zawsze bardzo prestiżowe towarzystwo. To się nie wydarzyło w momencie, jak się dostawałem na studia, tylko trochę później dostałem się do tej grupy. Spędzałem z nimi czas, jeździłem na plenery. Miałem przyjaciela, który wychowywał się w rodzinie artystycznej, jego mama pięknie malowała akwarelami, wszystko przychodziło mu z niezwykłą łatwością. Ale miał też taką cechę, że w ramach przyjaźni ze mną chętnie się tym dzielił i po prostu mnie tego uczył. Jeździliśmy na plenery i obserwowaliśmy razem rzeczywistość.

To był piękny okres, w tym jest taka renesansowa nuta postrzegania, uczenia się rzeczywistości. Jak skonstruowany jest budynek, a jak wygląda ten ostrołuk w kościele? Jak to się odbija w kałuży, jak to wygląda rano, a jak wieczorem? Jak wykonstruować cienie od tego? Jak w tym wygląda sylwetka człowieka, czy on jest mały czy duży? Co się dzieje, jeżeli jest ciemne tło chmur, ale rozświetlona kopuła, a co jeżeli jest odwrotnie, bo robimy to pod słońce i są tylko takie jasne bliki?

To jest fascynujące na swój sposób dla kogoś kto się wkręca w malowanie, rysowanie, architekturę i miasto. Nie można powiedzieć, że w okresie studiów i plenerów zajmowałem się wyłącznie architekturą, to wszystko jest bardzo złożone. Twierdzę, że malując Warszawę czy miasta, ja dalej robię robotę architekta.

Tomek Bagiński też jest architektem i robiąc Wiedźmina na swój sposób też robi architekturę. Zdzisław Beksiński też był architektem i on przecież też całe życie malował nie tylko te przeżycia, które tam możemy odnaleźć, ale znajdują się tam budynki, architektura, przestrzeń, formy przestrzenne.

Gdy zacząłem pracę w JEMS, to trochę bardziej zrozumiałem, jaka jest rzeczywistość budowania tych wielkich domów, o których marzyłem. Jak wielkie są zespoły, a jak mały jest mój wpływ na to wszystko. Jest dużo różnych branż, które o tym wszystkim decydują, dużo koordynowania tego wszystkiego. Ile robimy projektów, z których nigdy nic nie wychodzi?

Robimy kilkadziesiąt projektów, a powstaje pięć. W wielkim biurze, które jest super prestiżowe, z super sukcesami, na którym się wszyscy wzorują. Jak to jest strasznie stresujące, kiedy mam dwadzieścia pięć lat, wracam do domu i okazuje się, że mam pierwsze siwe włosy, bo się bardzo denerwuję odpowiedzialnością, która na mnie spada. A wiem, że to jest jeszcze drobiazg w porównaniu z moimi trzydziestopięcioletnimi kolegami, którzy już w ogóle są siwi.

Bardzo trudno jest założyć takie duże biuro i je utrzymać. Jak się orientuję w sprawie wymiany oprogramowania na nowocześniejsze, to trzeba wydać milion złotych, a klienci niekoniecznie chcą płacić. Architektura to jest ciężki kawałek chleba, trudny i skomplikowany.

To mi tak bardzo nie przeszkadzało, dalej chciałem być Bohdanem Pniewskim, ale wieczorami w ramach rozluźnienia malowałem miasta, gdzie ten balon może z tym fortepianem latać tak, jak sobie wymyślę i nie ma absolutnie nikogo, kto będzie ingerował, tylko moje decyzje. Co więcej, efekt mojej pracy pojawia się po tygodniu, po kilku tygodniach, to nie jest coś, co zostanie zbudowane za pięć lat. Pierwszy budynek, który projektowałem w biurze w dalszym ciągu nie powstał. On powstanie, ale jest na którymś tam, siódmym etapie inwestycji, no i kiedy przyjdzie ta satysfakcja? A malarstwo przynosi to bardzo szybko.

U mnie to się trochę samo wydarzyło. Malowałem, pojawiło się takie medium społecznościowe jak Facebook, który jeszcze wtedy działał inaczej niż teraz. To znaczy jak było coś ciekawego, to bardzo szybko to rosło i miałem zasięgi po sto tysięcy odbiorców, kiedy wrzucałem dobry obraz. Ktoś udostępniał, Facebook promował, bo widział, że się klika i nagle się okazało, że dużo ludzi chce to oglądać. Jak robiłem wystawę, to przychodziło strasznie dużo ludzi. A w ogóle to oni chcieli kupować obrazy, a ja nigdy ich nie miałem. To się wydało takie bardzo atrakcyjne, bo na moich warunkach. Ja też chyba nie jestem do końca stworzony do pracy na etacie. Ta swoboda pracy, wybierania tematu, tego czym się zajmuję, decyzyjność. Mam też bardzo silny gen przedsiębiorczości, dla mnie budowanie własnej marki i granie na siebie jest bardzo satysfakcjonujące.

W pewnym momencie okazało się, że prowadzę dwa równoległe życia. Tutaj jestem architektem w biurze, a tu jestem artystą, chodzę do radia, ściskam dłonie na wernisażach. Kiedy żaliłem się temu mojemu przyjacielowi, który pomógł mi nauczyć się malować, że tu architektura, tu malarstwo, to on podpowiedział mi, że ja nie muszę robić wszystkich rzeczy jednocześnie.

Mamy przed sobą kawał życia, możesz spróbować różnych rzeczy i zobaczysz co z tego wyjdzie. Nie zamykasz żadnych ścieżek. Ja wtedy sobie powiedziałem, że faktycznie, zobaczę co będzie, jak będę malował. A jak będę chciał budować wielkie domy, to po prostu do tego wrócę. I tak się stało, że to, czym się zajmuję teraz jest czymś, co mi daje bardzo dużo satysfakcji, co dobrze prosperuje i co daje mi kolejne nowe wyzwania i fajne możliwości. Bardzo chcę iść w tym kierunku godząc się z tym, że wieżowce mojego projektu już raczej nie powstaną.

Mamy przed sobą kawał życia, możesz spróbować różnych rzeczy i zobaczysz co z tego wyjdzie. Nie zamykasz żadnych ścieżek. Ja wtedy sobie powiedziałem, że faktycznie, zobaczę co będzie, jak będę malował. A jak będę chciał budować wielkie domy, to po prostu do tego wrócę.

Ale na ogromnych wieżowcach mogą powstać Twoje murale.

Tak, jest to jakaś ścieżka dla mnie.

Czy masz takie marzenie przed sobą, którym jesteś gotów się podzielić?

Bardzo bym chciał, i nad tym trochę pracuję i jak na razie mi to niestety nie wychodzi, żeby moje murale pojawiły się za granicą. Żeby tym naszym wypracowanym lokalnie językiem podzielić się z ludźmi gdzie indziej. Może też opowiedzieć trochę o nas. Mam takie marzenie na temat miast partnerskich Warszawy. Czy nie jest czymś fajnym namalować w mieście partnerskim tych dwóch miast połączonych ze sobą jakąś nitką? Już pracowaliśmy nad takimi tematami, niestety murale wymagają bardzo dużo zabiegania, bardzo dużo chęci z różnych stron i zawsze się może wydarzyć coś, co sprawi, że jednak się nie uda.

Te próby, które podejmowaliśmy, mimo zaangażowania różnych konsulów, ambasadorów i innych tego typu ludzi, zawsze finalnie się nie udawały. Jestem przekonany, że w końcu się uda i gdzieś w świecie pojawią się nasze murale z Warszawy.

Trzymam kciuki za realizację tego marzenia. Bardzo serdecznie dziękuję Ci za tę rozmowę. Myślę, że teraz z większą lekkością będę patrzeć na sztukę.

Dzięki!

Dzięki wielkie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Scroll to top