NM 71: Ewa Bodio-Ziółkowska – Sport narzędziem do samorozwoju

  • 00:54:05
  • 20 września, 2022
  • 123 MB

Zapraszam Cię na rozmowę z Ewą Bodio-Ziółkowską, znaną w pewnych kręgach także jako Sportowa Marchewka. Pretekstem do rozmowy jest zdobycie przez Ewę tytułu Iron Mana, czyli ukończenia konkurencji triatlonowej składającej się z 3 dyscyplin – pływania (blisko 4 kilometry) jazdy na rowerze (180 kilometrów) oraz biegu na dystansie maratońskim. 

Będzie o tym co sport zmienia w życiu i jaką wartość do niego wnosi, jak długo trzeba trenować żeby zrealizować taki wyczyn, jak pogodzić treningi z pracą na cały etat i wychowaniem dwójki dzieci, oraz jaką rolę w tym wszystkim może odegrać pracodawca. 

Zapraszam do słuchania!

W odcinku „Ewa Bodio-Ziółkowska – Sport narzędziem do samorozwoju”  usłyszycie o tym:

  • jak zaczęła się jej przygoda z bieganiem;
  • czym dla niej jest sport; 
  • jak wyglądał jej pierwszy triatlon;
  • w jaki sposób radziła sobie ze strachem;
  • jak wyglądały jej przygotowania do Iron Mana;
  • w jaki sposób radziła sobie z życiem codziennym;
  • z jakich rzeczy zrezygnowała;
  • jak sport wpłynął na jej stan mentalny;
  • kim jest Sportowa Marchewka;
  • co ją napędza;
  • co lub kto ją inspiruje.

Ewa zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Swoją siłą, wytrwałością, poukładaniem, zaangażowaniem, pozytywną energią i uśmiechem. Mogłabym tak jeszcze bardzo długo. Jest dla mnie przykładem tego jak bardzo sport może zmienić życie. Ile siły, tej fizycznej, a także tej mentalnej może nam dać. Ja jestem ogromnie zainspirowana, a Ty? 

Daj znać w komentarzu – Wasze opinie i wrażenia z rozmów z moimi gośćmi są dla mnie ogromnie cenne!  

 

Do usłyszenia w kolejnym odcinku!

 

Więcej o Ewie znajdziesz tutaj:

Podcast Napędzani Marzeniami dostępny jest też:

A jeśli spodobał Ci się ten odcinek, będę wdzięczna za komentarz i podzielenie się tym odcinkiem z innymi osobami, którym jego treść może być przydatna. Będzie mi też miło jeśli poświęcisz chwile i zostawisz krótką ocenę podcastu w iTunes – dzięki temu inne osoby łatwiej dotrą do tego podcastu.

 

Cześć! Zapraszam Cię na rozmowę z Ewą Bodio-Ziółkowską, znaną w pewnych kręgach także jako Sportowa Marchewka. Pretekstem do rozmowy jest zdobycie przez Ewę tytułu Ironmana, czyli ukończenia konkurencji triathlonowej składającej się z trzech dyscyplin: pływania (blisko 4 km), jazdy na rowerze (180 km) oraz biegu na dystansie maratońskim.

Będzie o ty, co sport zmienia w życiu i jaką wartość do niego wnosi. Jak długo trzeba trenować, aby zrealizować taki wyczyn, jak pogodzić treningi z pracą na pełen etat i wychowaniem dwójki dzieci oraz jaką rolę w tym wszystkim może odegrać pracodawca.

Zapraszam!

Cześć, Ewa! Bardzo się cieszę, że przyjęłaś zaproszenie do podcastu Napędzani Marzeniami, bo w podcaście jeszcze nie rozmawiałam z gościem, który ukończył Ironmana. Chciałabym Cię zapytać, czy w ogóle pamiętasz, kiedy się zaczęła Twoja przygoda z bieganiem, czy szerzej, ze sportem.

Asiu, przede wszystkim bardzo Ci dziękuję za zaproszenie. Nie ukrywam, że kiedy zobaczyłam samą nazwę Napędzani Marzeniami, to już się napędziłam na tę rozmowę, i nie ukrywam, że szalenie mi się to spodobało już od samego początku.

À propos początków, to jeżeli chodzi o moje bieganie, to ostatnio ktoś zadał mi takie pytanie. I zaczęłam liczyć, i to już będzie za chwilę 9 lat od kiedy biegam. Moje bieganie ma swój początek w treningach firmowych, w organizacji, w której wówczas pracowałam. To była bardzo spontaniczna decyzja. O dziwo, zaczęłam treningi w grudniu, w bardzo trudnym zimowym okresie, ponieważ ta zima trwała wtedy, pamiętam, 4 miesiące. To była tego typu zima, gdy mieliśmy wielkanocne pisanki w śniegu. Natomiast trener, z którym miałam przyjemność wtedy ćwiczyć, powiedział mi, że jeżeli wytrwam ten sezon, to już będę biegać.

I rzeczywiście, coś w tym było. Od tamtego czasu zaczęła się na poważnie moja przygoda z bieganiem i rozwijała się przez kolejnych kilka lat. A jeśli chodzi o sam triathlon, myślę, że to była pewnego rodzaju pochodna kolejnych barier, które pokonywałam poprzez bieganie i inspiracja zaczerpnięta od moich znajomych, którzy zaczęli uprawiać tę dyscyplinę.

To bardzo ciekawe, że pierwszym impulsem był pracodawca. To bardzo pozytywne. I to pokazuje też, jak wielką siłę sprawczą mogą mieć firmy, że mogą one dawać bodziec do realizacji osiągnięć w sferze prywatnej.

Bardzo fajnie, Asiu, że zwróciłaś na to uwagę, bo rzeczywiście takie inicjatywy sportowe w organizacjach są potrzebne, dlatego że mogą pomóc ludziom rozwinąć pasję w najmniej spodziewanym momencie. W moim przypadku tak właśnie było. I ja z przyjemnością mówię, że moja przygoda z bieganiem zaczęła się dzięki firmie, w której pracowałam. I też dzięki wsparciu moich ówczesnych dwóch kolegów, którzy również mnie mobilizowali do tego, żeby codziennie na te treningi, w deszczu czy w śniegu chodzić. Więc jestem do dzisiaj im za to bardzo wdzięczna. I muszę powiedzieć, jakkolwiek górnolotnie by to nie zabrzmiało, że bieganie zmieniło moje życie. I mam na to soczyste argumenty.

Natomiast mówiąc, że bieganie zmieniło moje życie, mam na myśli to, że od kiedy aktywnie uprawiam sport, stał się on bardzo istotnym elementem mojego życia i de facto zmieniło się moje życie w tym kontekście, że rozwinęłam swoją pasję, stałam się odważniejsza, nauczyłam się priorytetyzować swoje zadania, lepiej organizować swój czas, nawiązałam mnóstwo fajnych, ciekawych znajomości, jestem mocnym inspiratorem, jeśli chodzi o aktywności w domu.

Bieganie i triathlon (jakikolwiek sport, jaki uprawiasz, akurat w moim przypadku jest to bieganie i triathlon) to są takie sporty, które pozwoliły mi otworzyć mnóstwo drzwi. Pozwoliły mi pokonać moje wewnętrzne bariery, które przez lata uczyłam się przełamywać, strach związany z pewnymi ograniczeniami, z którymi się borykałam. A także nauczyłam się lepiej organizować swój czas, czas mojej rodziny, dostrzegać więcej szans i możliwości w różnych sytuacjach, zdecydowanie pozytywniej podchodzić do otoczenia, do świata, do ludzi. Myślę, że te miliony endorfin, które się wykluwają podczas uprawiania sportów, jednak rzeczywiście działają i pozwalają nam milej patrzyć na to, co robimy, i reagować i budować pozytywne nastawienie do świata.

Bieganie i triathlon (jakikolwiek sport, jaki uprawiasz, akurat w moim przypadku jest to bieganie i triathlon) to są takie sporty, które pozwoliły mi otworzyć mnóstwo drzwi. Pozwoliły mi pokonać moje wewnętrzne bariery, które przez lata uczyłam się przełamywać, strach związany z pewnymi ograniczeniami, z którymi się borykałam. A także nauczyłam się lepiej organizować swój czas, czas mojej rodziny, dostrzegać więcej szans i możliwości w różnych sytuacjach, zdecydowanie pozytywniej podchodzić do otoczenia, do świata, do ludzi.

Masa wątków. Będę Cię dopytywać o różne rzeczy, które już padły, ale też chciałam jeszcze lepiej zrozumieć: przed pierwszym treningiem, który był z inicjatywy firmy, nie uprawiałaś sportu w ogóle? Pomijam jakiś okazjonalny rower z rodziną, przyjaciółmi. Pytam o regularny sport w Twoim życiu. Nie było takiego?

Nie, nie było żadnego regularnego sportu. Sporadycznie dojazdy do pracy. To się zmieniło w momencie, gdy właśnie zaczęłam trenować.

A co było powodem, dla którego zdecydowałaś się uczestniczyć w tych firmowych treningach? Bo rozumiem, że ta inicjatywa była otwarta dla wielu osób i to była Twoja decyzja, że chcesz zacząć biegać. I ja sobie wyobrażam, że często taka motywacja to np. chęć schudnięcia, chęć poprawy kondycji, żeby żyć dłużej i w lepszym zdrowiu, może chęć uwolnienia się od stresu związanego z pracą. Jak to było w Twoim przypadku?

Myślę, że nie zdawałam sobie wtedy sprawy, że to się tak rozkręci i będą tego takie efekty. Na tamten czas zależało mi przede wszystkim na poprawie kondycji. Mieszkam na trzecim piętrze bez windy. Był taki moment w moim życiu, że zaczęło mnie denerwować, że łapię zadyszkę, wchodząc na to trzecie piętro. I chyba to był taki dosyć partykularny bodziec, który mnie zmobilizował. W sukurs poszło mi to, że rozpoczęła się wtedy właśnie ta tura treningów firmowych, i jeszcze dodatkowym bodźcem – tak teraz sobie próbuję przypominać – był start bardzo dużej ekipy z mojej firmy na Biegu Niepodległości w Warszawie.

Wystartowało wtedy 20–25 osób z mojej firmy, która partycypowała w kosztach udziału, ale to jest jakby mniej istotne. Mnie się tak spodobała ta inicjatywa, ta grupa, ta idea tego, że ludzie się przygotowywali i uczestniczyli w tym wspólnie, gromadnie, że stwierdziłam, że w następnym roku też bym chciała tak wystartować. Tylko wiedziałam, że mając wówczas zerową kondycję, będę musiała poświęcić czas na to, żeby się do tego przygotować. In rzeczywiście, jak teraz wracam do tego po czasie, to tak było, że rok później wystartowałam w tym samym biegu, też z moją firmą, już obrandowana w koszulce, jako pełnoprawny członek running teamu firmowego.

I co było dalej? Jakie były kluczowe kamienie milowe? Bo rozumiem, że przed Ironmanem brałaś udział w szeregu innych zawodów?

Tak, myślę, że te zawody to są takie momenty, kiedy stawiasz sobie cele, do których się przygotowujesz i one są motywujące. To są nasze cele dyscyplinujące i utrzymujące nas w ryzach i w pewnym reżimie treningowym, żeby nie odpuszczać i żeby wytrwale dążyć do celu. I z perspektywy czasu uważam, że już sam udział w zawodach to dla nas nagroda. Za nasze trudy, za poranne pobudki, za to, że czasami wychodzimy, kiedy nam się nie chce, kiedy pada. Uczestniczyłam w masie zawodów i w głównej mierze na początku byłam skupiona na tych biegowych. Aż do roku 2015, to był ten rok, kiedy spontanicznie wzięła, udział w zawodach triathlonowych, jak to się mówi, poszłam z marszu na tzw. betona.

A co to znaczy spontanicznie? Że ktoś Ci powiedział, że jutro jest taki triathlon, Ty trochę biegasz, może weźmiesz udział?

Trochę tak właśnie było. To była taka rozmowa z moim kolegą, który zaczął uprawiać też bardzo amatorsko triathlon, był w pewnej bardzo sympatycznej ekipie, i on do mnie w którymś momencie powiedział: Słuchaj, jeździsz trochę na tym rowerze, trochę biegasz, przepłyniesz te 500 metrów na tej 1/8, weź spróbuj, co ci szkodzi. I to były takie luźne rozmowy. Natomiast u mnie była kwestia tych lęków, o których wcześniej wspominałam, do dzisiaj z tym walczę – jest to lęk przed wodą. Paradoksalnie pochodzę znad morza, z Trójmiasta i całe życie miałam respekt przed wodą – przed falami, prądami.

Czyli przed wodą otwartą, nie przed basenem?

Tak, przed wodą otwartą. I to jest zmora wielu osób, które chciałby spróbować swoich sił w triathlonie. Uznałam wtedy, że to idealny moment, żeby spróbować zmierzyć się z tym strachem i nauczyć się porządnie pływać. Dopóki nie przeszłam lekcji nauki pływania, to wydawało mi się, że jakoś tam pływam. Przeszłam porządne lekcje nauki pływania, bo wtedy postanowiłam faktycznie wystartować rok później w zawodach i zaczęłam się bardzo solidnie do nich przygotowywać.

Wystartowałam w tych zawodach. Na spontana. Nie ukrywam, przeorałam się tam okrutnie. To był dystans 1/8, pamiętam w Stężycy na Kaszubach, w przepięknej aurze i scenerii. Ukończyłam te zawody, natomiast dało mi to bardzo do myślenia, że mnóstwo pracy jeszcze przede mną. Nie zniechęciło mnie to jednak, wręcz przeciwnie, jeszcze w tym samym roku zapisałam się na naukę pływania z instruktorem – co bardzo gorąco polecam zawsze początkującym triathlonistom bądź pływakom. Warto w to zainwestować czas i środki na początku, chociaż przez pierwsze 2–3 miesiące. A potem dołączyłam do grupy. Żeby się motywować, nakręcać. Znaleźć ludzi, którzy mają wspólnego bzika.

I tak powoli zaczęła raczkować moja przygoda z triathlonem. À propos kamieni milowych, to bardzo ważne było dla mnie przygotowanie się do zawodów w 2016 roku. To był triathlon Gdańsk, dystans olimpijski: 1500 m pływania, 40 km rower, 10 km bieg. Właśnie, żeby się zmobilizować i zmusić wręcz do pokonania tej bariery związanej z pływaniem, wybrałam sobie właśnie zawody nad morzem, w mojej okolicy, być może też dlatego, żeby się w miarę dobrze czuć. I wcześniejsze miesiące poświęciłam na to, żeby się do nich solidnie przygotować. Do tego stopnia, że nie opuściłam żadnego treningu.

A jeszcze wpadłam na taki pomysł, żeby oswoić się z wodą – do dziś to czule wspominam – opłynęłam wszystkie trzy trójmiejskie mola, żeby oswoić się z falą, z wodą. Robiłam to w towarzystwie moich znajomych, którzy mnie też w tym wspierali i bardzo mi pomagali. Samej nadal jeszcze trochę się bałam pływać. Ale to mi bardzo pomogło. Więc to jest też przykład na to, że warto sobie przemyśleć cele i robić wszystko, co jest nam potrzebne do tego, żeby dojść do tych celów, i je realizować.

Zadam takie pytanie laika. Rozumiem, że płynie się bez żadnej kamizelki, bez bojki, która w jakiejś sytuacji kryzysowej wspiera człowieka w utrzymaniu się na wodzie?

Na zawodach jest tak, że możemy pływać w piankach albo bez pianek. Co do zasady, w większości zawodów pływa się w piankach. To wszystko zależy przede wszystkim od temperatury powietrza i wody. W regulaminach praktycznie każdych zawodów jest zapis, że kiedy woda osiąga określony stan, organizator może wydać zakaz pływania w piankach, żebyśmy się w nich nie ugotowali. Dlatego że pianka neoprenowa ma za zadanie przede wszystkim dać Ci poczucie bezpieczeństwa, bo ona jest wyporna, ma za zadanie utrzymać Cię na wodzie, wypoziomować Cię. Szybciej też dzięki niej płyniesz, utrzymuje temperaturę, tak że to wszystko sprawia, że mamy większe poczucie bezpieczeństwa. Szczególnie dla osób, które są na początku drogi, jest to niezwykle istotne, żeby płynąć w piance.

A jeżeli chodzi o pływanie indywidualne na treningach, to zasada jest taka, że nigdy nie wychodzimy na pływanie bez bojki. Nie powinniśmy wychodzić sami. I rzeczywiście, jak pływałam sobie treningowo czy w jeziorach, czy nad morzem, to zawsze miałam ze sobą tę bojkę.

Tak, zasady bezpieczeństwa są ważne, w ogóle w życiu.

Safety first.

Tak, dokładnie. Chciałam Cię dopytać jeszcze o ten strach i pokonywanie siebie, o którym mówisz. Bo odczytuję – powiedz mi, czy słusznie – że po prostu Cię denerwowało to, że obawiasz się tej wody, i chciałaś pozbyć się tej obawy?

Tak, jak najbardziej. Ja chciałam po prostu móc swobodnie przepłynąć jezioro, albo chociaż wypłynąć na środek tego jeziora. Do czasu, aż nie zaczęłam przygody z triathlonem, ja po prostu brodziłam po wodzie, nie wypływałam dalej niż po pas albo dopóki widziałam dno. Więc droga, którą pokonałam przez tych kilka lat, jeżeli chodzi o mój strach przed wodą, jest ogromna. I często staram się przekonać ludzi i zachęcić do tego, żeby próbować, żeby się nie poddawać.

Nie ukrywam, że do dzisiaj mam stres, do dzisiaj walczę. Nawet w kontekście moich ostatnich dużych zawodów. Wtedy też miałam momenty paniki i strachu związanego z wejściem do wody, gdzie miałam do pokonania prawie 4 km na jeziorze. Tak że nie minęło mi to całkowicie, natomiast mówię o tym otwarcie, żeby pokazywać, że ja z tym walczę, że ja się boję, ale wchodzę. W głowie cały czas to rozpracowuję i się nie poddaję. Próbuję i szukam argumentów „za”, wtedy kiedy siedzi mi na ramieniu ten przysłowiowy diabełek i mówi: Nie, nie próbuj, to jest straszne, tego się nie da zrobić.

Odnośnie do tych dużych zawodów… Patrzę na moją ściągawkę, bo te liczby są imponujące. W Ironmanie płynie się 3,8 km, jedzie na rowerze 180 km i biegnie dystans maratoński, czyli trochę ponad 42 km, łącznie 225 km.

226.

Właśnie. 226 km. Myślę, że dla większości samo przebiegnięcie maratonu jest niewyobrażalne. A te 226 km po prostu są totalnie poza horyzontem. I wydaje mi się, że trzeba być zawodowym sportowcem poświęcać codziennie godziny na to, żeby przygotować organizm do tego, żeby w ogóle fizycznie być w stanie pokonywać takie dystanse. A Ty, jak rozumiem, profesjonalnym sportowcem, w sensie zawodowym, nie jesteś?

Nie, jestem kompletnym amatorem, który w którymś momencie naprawdę przysłowiowo też wstał z kanapy, chcąc pokonać tę zadyszkę na trzecim piętrze. Mam świadomość tego, że te dystanse robią wrażenie. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że we mnie kiedyś nie wzbudzały strachu. A dzisiaj siedzę przed Tobą i opowiadam Ci o swojej przygodzie i o drodze do Ironmana, która zaczęła się 9 lat temu. Natomiast chciałabym być też przykładem na to, że to jest do zrobienia, to jest w zasięgu naszych możliwości i jest tylko kwestią, czy tego chcemy, jaka jest nasza motywacja.

Bo prawda jest taka, że nie chodzi o to, że mamy kończyć te Ironmany, przebiegać maratony i iść od razu na takie hardcore’owe klimaty, bo znam ludzi, którzy robią jeszcze większe rzeczy i jeszcze większe dystanse pokonują. Tu przede wszystkim chodzi o to, że sport pomaga nam rozwijać nasze pasje i budować wewnętrzną wytrwałość w realizacji celów. Tak naprawdę myślę, że ważniejsza niż sam cel jest właśnie ta droga do celu. Bo jeżeli zbudujemy motywację, siłę, wytrwałość, to ten cel zrealizujemy. Tylko trzeba mieć mocne Why. Czyli mocne Dlaczego i Po co.

226 km, na to są limity w zawodach Ironmanowych. Serie ironmanowe to są zawody, które mają w swoim limicie 15–17 godzin. I w zawodach, w których startowałam, co nie ukrywam, też wzbudziło mój strach, miałam limit 15 godzin i 30 minut na ukończenie, ale zrobiłam to w 14 godzin i 24 minuty. I jak mówię, jestem przykładem na to, że jest to do zrobienia. Pracuję na cały etat, mam dwójkę dzieci, męża, normalnie prowadzę dom i stosunkowo normalne życie, które oczywiście w którymś momencie zostało mocno wzbogacone o sport, który wplotłam w moje życie. Właściwie to, co chciałam tak naprawdę powiedzieć pod kątem tego, że sport zmienił moje życie, to że traktuję sport jako część mojego życia. Nie wyobrażam sobie już mojego życia bez aktywności ruchowej. Widząc, jakie korzyści po latach mi to przyniosło, i to, w jaki sposób ja funkcjonuję w mojej rodzinie i w jaki sposób organizuję sobie czas.

To jak dużą część Twojego życia (godzinowo) stanowi sport?

Codziennie co najmniej godzinę uprawiam sport. Jeżeli nie jestem w cugu treningowym, to jest to rzeczywiście godzina, którą poświęcam na pływanie, bieganie, rower, rolki. Teraz jeszcze zaczęłam się interesować jogą, pilatesem. W kontekście otwierania drzwi, inspiracji, energii, która się gdzieś wokół nas fajnie kumuluje, to masz ochotę na więcej, spróbować nowych rzeczy. I dzięki temu, że zaczynasz realizować te mniejsze, średnie, duże cele, to nagle się okazuje, że okej, tu mi się udało, to może tam też mi się uda. To tego spróbuję. Okej, jak nie to, to coś innego. I to też jest fajne, że zaczynasz otwarcie podchodzić, nie na zasadzie, że się do czegoś nie nadaję, nie jestem rozciągnięta,nie mam kondycji. Nie. To już nie ma znaczenia, po prostu to jest tak, że wiem, że to jest droga, i spróbuję.

Natomiast jak byłam w cugu treningowym, bo myślę, że to też jest istotne w kontekście Ironmana, to rzeczywiście jest już taki hardcore’owy cel, którego osiągnięcie będzie kosztować dużo czasu i wysiłku. I to jest ten moment, o którym ew. mogłabym opowiedzieć, dlatego że przy picku treningowym, w takim szczytowym momencie, miałam 12 treningów w tygodniu. Wiem, że to brzmi mocno, ale rzeczywiście tak jest. To jest element, który trzeba wziąć pod uwagę. Że rzeczywiście to, co się buduje w cyklach treningowych, to rzeczywiście tak wygląda.

A jak długo trwał taki intensywny cykl treningowy?

Ja przygotowywałam się do Ironmana, którego ukończyłam w lipcu, 9 miesięcy. Więc się śmieję, że urodziłam moje baby. Natomiast jak mówię, te objętości zwiększają się wraz z upływem czasu. Największy pick treningowy miałam w maju, 1,5 miesiąca przed zawodami, i potem jest taki moment, że się schodzi z tych objętości, żeby przygotować organizm do takiego wyciszenia.

W cyklu treningowym w przygotowaniach do Ironmana trzeba się liczyć z tym, że są dwa treningi dziennie – rano i po południu albo wieczorami. Bo inaczej po prostu tego się nie da zrobić (w przypadku amatora, bo u zawodowców to jest jeszcze inna bajka). Przykładowo mogę powiedzieć, że w poniedziałek rano była siłownia, wieczorem bieganie, we wtorek rano pływanie, po południu bieganie, w środę siłownia, wieczorem rower, czwartek rano pływanie, wieczorem bieganie. Piątki miałam wolne. Prosiłam o litość, żeby mieć trochę wolnego, w piątek, dla głowy. W soboty zakładki rowerowo-biegowe, czyli najpierw przygotowujesz się do zmiany z roweru na bieg, to jest bardzo istotne i to są bardzo pomocne treningi, które potrafią trwać do 5–6 godzin, ale to już w takim szczytowym momencie. I w niedziele z reguły długie wybiegania.

W cyklu treningowym w przygotowaniach do Ironmana trzeba się liczyć z tym, że są dwa treningi dziennie – rano i po południu albo wieczorami. Bo inaczej po prostu tego się nie da zrobić (w przypadku amatora, bo u zawodowców to jest jeszcze inna bajka). Przykładowo mogę powiedzieć, że w poniedziałek rano była siłownia, wieczorem bieganie, we wtorek rano pływanie, po południu bieganie, w środę siłownia, wieczorem rower, czwartek rano pływanie, wieczorem bieganie. Piątki miałam wolne. Prosiłam o litość, żeby mieć trochę wolnego, w piątek, dla głowy. W soboty zakładki rowerowo-biegowe, czyli najpierw przygotowujesz się do zmiany z roweru na bieg, to jest bardzo istotne i to są bardzo pomocne treningi, które potrafią trwać do 5–6 godzin, ale to już w takim szczytowym momencie. I w niedziele z reguły długie wybiegania.

Powiedziałaś, że prosiłaś, czyli rozumiem, że cały ten cykl treningowy był pod opieką profesjonalnego trenera?

Tak. Ja akurat miałam Anię, która mnie przygotowywała. Zależało mi na tym, żeby mieć kogoś, kto się na tym zna, ma w tym doświadczenie, bo uznałam, że jest to tak duży target dla mnie, że chciałabym zrobić to profesjonalnie i mieć po prostu mocne wsparcie osoby, która będzie też dopasowywać ten plan treningowy do mojego życia, stylu funkcjonowania, bo czasami zdarzały się też takie momenty, że akurat danego dnia nie mogłam zrobić biegania, musiałam zostać dłużej w pracy albo zrobić coś w domu, więc musiałyśmy czasami manewrować, chociaż starałam się tego nie robić, bo to jest też trochę tak, że jeżeli masz do przebiegnięcia np. 15 km jednego dnia, następnego dnia masz 100 km na rowerze, to też trzeba to wszystko wyważyć, żeby dać chociaż kilka godzin na regenerację. Tak że bywa zabawnie, że schodzisz z trenażera o godz. 23 i wstajesz o 6.30 na basen. Masz de facto 7 godzin na sen, a nie zawsze jest tak, że schodzisz z trenażera i od razu zasypiasz.

Padły dwa sformułowania. Trenażer i 100 km. Przeliczając te 100 km jakieś takie standardowe tempo 20 km/h (pewnie zaraz mi powiesz, że to nie jest standardowe tempo), wychodzi 5 godzin. Więc to raczej taki weekendowy trening te 100 km. Czy w tygodniu roboczym też były takie długie treningi?

Na trenażerze takich treningów raczej nie miałam. Raz w życiu zrobiłam taki trening 100 km, to zajął mi on niecałe 4 godziny. Ale chciałam powiedzieć jeszcze taką rzecz, że te zawody, w których wzięłam udział teraz w lipcu, miały mieć miejsce w 2020 roku, ale wiadomo, pandemia popsuła szyki, więc czekałam na te zawody dwa lata. Rok temu, nie urywam, nie mogłam wziąć w nich udziału, poza tym one były wtedy przesunięte, była też trudna sytuacja, nie było wiadomo, które zawody się odbędą, a które nie, więc przerzuciłam sobie ten start na ten rok.

Więc to też był taki moment w tym 2020 roku, że de facto do maja byłam w cugu treningowym, czyli mając zawody w lipcu, dopiero dwa miesiące wcześniej odstąpiłam. I to był właśnie ten maj, kiedy na trenażerze robiłam 100 km. Wiesz, mamy Netflixa, to ratuje nam czasami głowę. Natomiast z reguły są to wyjazdy sobotnie, niedzielne.

Aczkolwiek to też zależy, kiedy masz zawody. Bo jeżeli masz zawody, które przypadają Ci na grudzień albo na styczeń gdzieś daleko za granicą, nawet na innym kontynencie, to te picki treningowe wypadają Ci na jesienną Polskę, gdzie czasami, mając deszczową pogodę, trudno Ci je zrobić. Szczególnie na rowerach szosowych, bo o takich tutaj mówimy, albo czasowych. Wtedy rzeczywiście na trenażerze zasuwamy. I czujemy się jak chomiki, ale taka jest prawda, że tak to się dzieje. Są różne rozwiązania, ale najczęściej mamy rowery, w które wpinamy swoje szosy, którymi normalnie jeździmy wiosną i latem i mamy treningi przed ekranem, przy biurku czy stole jadalnianym, różne są opcje.

Przed ekranem, przy stole, w jadalni, jednocześnie biegające gdzieś tam dzieci, więc wcale nie jest łatwo mi sobie to wyobrazić. I o to Cię chciałam zapytać, jak Twoja rodzina dawała sobie z tym radę, czy dawała Ci przestrzeń do treningów i czy byłaś w s tanie to pogodzić w tym intensywnym okresie ze standardową 8-godzinną pracą?

W związku z tym, że ja od kilku lat propaguję w mojej rodzinie sport, moje dzieci i mąż są przyzwyczajeni, że wpadam na różne pomysły. Zresztą w którymś momencie było tak, że zaczęłam wciągać na pokład moją rodzinę. Wciągnęłam w bieganie mojego męża, potem zaczęłam wciągać dzieci w różne zawody. Oczywiście, one im są starsze, tym bardziej zaczynają się buntować i chcą mieć możliwość wyboru. Ja im to gdzieś tam zostawiam, natomiast mówię, że mają trochę przerąbane, że mają dwój sportowców amatorów w domu, bo muszą z nami partycypować w tej całej zabawie.

A w jakim są wieku?

Dzisiaj mam nastolatki: 14 i 15 lat, więc jest mi troszkę łatwiej, natomiast oczywiście miewałam też nieraz momenty, że chciałam pójść na rower, na rolki z synem i córką, a wiedziałam, że mam treningi, które muszę zrobić. Ale to jest komunikacja. W momencie, gdy postanowiłam zrobić Ironmana, powiedziałam któregoś dnia przy stole: Słuchajcie, czeka mnie najbliższych kilka miesięcy intensywnej pracy. Potrzebuję wsparcia, więc będę więcej delegować. Wewnętrznie postanowiłam sobie wtedy więcej rzeczy odpuszczać, nie spinać się na pewnych kwestiach domowych, nie skupiać się na tym, co jest nieistotne. I tak to à propos logistyki i priorytetyzowania powinno wyglądać, że jeżeli na czymś nam naprawdę zależy, to starajmy się pod to pewne rzeczy układać, ale też przede wszystkim powiedzieć otwarcie rodzinie, że czeka nas robota.

U mnie o tyle było też prościej, że mamy oboje z mężem duże, mocne rozumienie tego, że żeby ukończyć jakieś zawody, to trzeba wykonać naprawdę dużą pracę. Mój mąż też skończył zawody Ironmana trzy lata wcześniej, więc wiedział, czym to pachnie. Zresztą dopingował mnie i mi pomagał, przejmował część obowiązków, więc za to też jestem mu bardzo wdzięczna. I było u nas pełne zrozumienie tematu.

Natomiast myślę, że wato wspomnieć o tym, że jak zaczynałam biegać, to moje dzieciaki były małe. I bywały sytuacje, gdy mój mąż wyjeżdżał gdzieś w delegację, a ja miałam trening do zrobienia albo potrzebowałam wyjść się przewietrzyć na godzinę, pobiegać, a miałam takie małe pyrtki w domu, 7-, 6-letnie, które można było zostawić w domu, ale były takie obawy, że może nie powinnam. Pojawiały się wyrzuty sumienia. Nie ukrywam, posiłkowałam się wtedy elektroniką, która mnie ratowała. Szczerze o tym mówię. Ale to były też takie momenty, w których podejmowałam decyzje, że muszę zacząć usamodzielniać moje dzieci.

Natomiast myślę, że wato wspomnieć o tym, że jak zaczynałam biegać, to moje dzieciaki były małe. I bywały sytuacje, gdy mój mąż wyjeżdżał gdzieś w delegację, a ja miałam trening do zrobienia albo potrzebowałam wyjść się przewietrzyć na godzinę, pobiegać, a miałam takie małe pyrtki w domu, 7-, 6-letnie, które można było zostawić w domu, ale były takie obawy, że może nie powinnam. Pojawiały się wyrzuty sumienia.

Ale elektroniką w rozumieniu, że coś tam sobie oglądały?

Tak, dawałam im po prostu iPady, komórki, i jak to się mówi, zatykałam je na pół godziny, maksymalnie godzinę, szłam do okolicznego parku oddalonego kilometr od domu, robiłam swoją rundkę, wracałam i słuchajcie, oni przez ten czas nawet nie zmienili pozycji. Więc takie były początki.

Tak samo było z basenem. W którymś momencie nie było mojego męża, a ja musiałam iść na trening. Mogłabym wtedy łatwo odpuścić, bo miałabym dobrą wymówkę. I moje dzieci były wtedy już na tyle duże, że mogłam je same puścić do szkoły. I siadłam wtedy z nimi przy stole i powiedziałam: Słuchajcie, jest sytuacja taka, że wy jutro idziecie sami do szkoły. I to nie było na zasadzie ojej, ja się boję, ja nie pójdę, nie zrobię. Ja im wszystko przygotowałam. Nastawiłam im budziki. Jeszcze jadąc na basen, zadzwoniłam do nich z samochodu, żeby ich obudzić. I byłam pełna podziwu, bo oni od razu w to weszli. I powiem Ci szczerze, że od tamtego dnia zaczęły się de facto zmiany, bo oni poczuli tę samodzielność, docenili to, że zaczęłam ich lekko wypychać z domu i im pozwalać na takie rzeczy, oczywiście w pełnym monitoringu. I to też były takie fajne kamienie milowe w domu – osiągania samodzielności. Więc znowu: sport pomógł mi popchnąć pewne rzeczy w domu. Bo po prostu w którymś momencie nie miałam wyjścia, bo chciałam. Tzn. miałam wyjście: mogłam zrezygnować. Ale ja po prostu chciałam.

Powiedziałaś, że pewne rzeczy odpuściłaś. Chciałam Cię tu dopytać, to pytanie z mojej listy: Czy były takie rzeczy, z których świadomie zrezygnowałaś?

Przestałam np. przysłowiowo prać firanki w domu. Jestem estetką, bardzo lubię porządek wokół siebie, pewną dyscyplinę, ale też w którymś momencie po prostu wyluzowałam. Przestałam się przejmować niektórymi rzeczami, na które nie mam wpływu. Natomiast, nawet ostatnio o tym z kimś rozmawiałam, że tęsknię za książkami i brakuje mi teraz słowa pisanego i przekopuję ciągle pozycje, które mam w domu i które mi zalegają, dlatego że rzeczywiście w moich przygotowaniach do Ironmana byłam czasami tak zmęczona, że nie miałam już siły czytać, ciągnąć przysłowiowych trzech srok za ogon.

I były takie momenty, że miałam wyrzuty sumienia, że ciągle tylko ten sport i nie mam quality time dla siebie, na zasadzie, że siadam z książką albo sobie coś analizuję, czytam. I to był właśnie ten moment, w którym stwierdziłam: Dobra, Ewa, easy, Wrócisz do tego. Miną 2–3 miesiące, spokojnie. Teraz też ważne jest to, żebyś się wyspała. Idź spać po prostu. Poczytasz sobie za 2–3 miesiące. Przecież to poczeka. I to jest taki element, który odpuściłam. Ale to nie znaczy, że się cofnęłam, tylko po prostu świadomie powiedziałam: Spokojnie, idź spać.

Doszłaś do tego sama, czy trener Ci podpowiedział albo przeczytałaś np. w jakiejś książce związanej z treningiem mentalnym, że warto to swoje nastawienie kształtować w taki sposób, o którym mówisz?

Odpowiem Ci dwuwymiarowo. Przede wszystkim do wielu rzeczy dochodzę sama. Jak uprawia się sport, taki jak triathlon, gdzie 80% treningów robiłam sama, to mam masę czasu, który spędzam ze sobą. Czyli jest fajny czas, żeby poznać siebie, swoje myśli, polubić siebie. To jest bardzo ważne, żeby polubić siebie i żeby lubić spędzać ze sobą czas. Te setki godzin, które spędzasz na rowerze, gdzie nie słuchasz muzyki, bo nie do końca jest to bezpieczne albo trzeba mieć specjalne słuchawki, to naprawdę jest taki moment, gdzie przewalasz wszystko, co się dzieje wokół Ciebie. Myślisz o przeszłości, teraźniejszości albo o przyszłości, więc uzyskujesz większą samoświadomość siebie. I m.in. to właśnie jest piękne. Że to się dzieje dzięki uprawianiu sportu. Też wszystkie te procesy chemiczne, endorfiny. Ale naprawdę jest coś takiego, że zmienia Ci się optyka na niektóre rzeczy.

Albo tak przewalasz te myśli, że w końcu nawet znajdujesz rozwiązania. Jest coś takiego, że jak przebiegniesz te 30 km, przejedziesz te 100 km na rowerze i przepłyniesz co najmniej te 3 km i jeżeli nie znalazłeś rozwiązania na swój problem, to rzeczywiście, albo jest to gruby problem, albo potrzebujesz jeszcze chwili czasu. Natomiast często jest tak, że rozwiązania w czasie uprawiania sportu przychodzą nam same.

Jak uprawia się sport, taki jak triathlon, gdzie 80% treningów robiłam sama, to mam masę czasu, który spędzam ze sobą. Czyli jest fajny czas, żeby poznać siebie, swoje myśli, polubić siebie. To jest bardzo ważne, żeby polubić siebie i żeby lubić spędzać ze sobą czas. Te setki godzin, które spędzasz na rowerze, gdzie nie słuchasz muzyki, bo nie do końca jest to bezpieczne albo trzeba mieć specjalne słuchawki, to naprawdę jest taki moment, gdzie przewalasz wszystko, co się dzieje wokół Ciebie. Myślisz o przeszłości, teraźniejszości albo o przyszłości, więc uzyskujesz większą samoświadomość siebie. I m.in. to właśnie jest piękne.

To brzmi trochę jak forma medytacji w ruchu. Dajemy sobie przestrzeń na to, żeby pi pierwsze pojawiły się ważne pytania, a po drugie, żeby przyszły odpowiedzi.

Tak, myślę, że to może być taki mindfulness sportowy. W ciągu dnia, kiedy jesteśmy w pędzie, obłożeni różnymi zadaniami, to nie mamy czasu na ten taki quality time, o którym już gdzieś tam wspominałam. A jak idziesz na godzinę czy dwie pobiegać albo pojeździć na rowerze, to nagle przychodzi taki moment oczyszczania, wyrzucania myśli, czasami złości frustracji – różne mamy emocje, z którymi wychodzimy. Sport też jest pod tym względem super, bo on Cię oczyszcza, pozwala Ci się wyżyć. I przechodzisz fazy od złości, frustracji, poprzez radość, euforię i różne fajne stany. Za to kocham sport. Za te prawdziwe emocje. M.in. dlatego to mnie tak wciąga, że pozwala mi być naprawdę sobą. Mogę płakać ze wzruszenia, z bólu, ze strachu.

A wierz mi, że to wszystko przerabiałam, jeżeli chodzi o przygotowania do triathlonu, szczególnie w kwestii pływania. I trzeba sobie właśnie w tym kontekście ze świadomości odpuszczać rzeczy, które czujesz, że w tym momencie Ci nie grają. Jeżeli dużo czasu spędzasz ze sobą, to przez to, że się lepiej poznajesz, to czujesz to po prostu. Zaczynasz lepiej odbierać to wszystko, co się wokół Ciebie dzieje. Ludzi, to co się do Ciebie mówi. Przyjmujesz albo nie przyjmujesz, zaczynasz ważyć, to jest też takie fajne.

A druga sprawa, to myślę, że warto od czasu do czasu pogadać ze swoim trenerem. Moja Ania jest niezwykle pozytywną osobą. Ja zresztą szukałam takiego trenera. Jestem człowiekiem, który wierzy w filozofię pozytywną. Ja też tak zarządzam swoim zespołem, wierzę w wyciąganie z ludzi mocnych rzeczy i budowania na mocnych stronach. I staram się wokół siebie naturalnie takie coś tworzyć. Oczywiście bez takiego hiper hurra optymizmu, bo to też trzeba wyważyć.

I Ania jest taką osobą, która w momentach, kiedy miałam dołka albo nie poszły mi zawody, bo miałam takie, miesiąc przed startem, gdzie byłam totalnie załamana, całą drogę wracałam z Bratysławy i płakałam. Byłam załamana, jak ja zrobię tego Ironmana, jak mam drugie tyle do zrobienia, a ledwo mi to poszło. I jak właśnie pogadałyśmy z Anią, to było takie zdrowe, fajne pocieszenie. Ona mi kilka rzeczy władowała do głowy, nie na zasadzie, że: Ooo, noo, rzeczywiście kicha, miesiąc przed to tak nie możesz, musisz więcej pracować, szybciej biegać. Zresztą było już za późno na jakieś gwałtowne ruchy. Ale miałyśmy bardzo budującą, fajną rozmowę. I wtedy sobie pomyślałam, że dobrze, że ja ją mam. Było mi to potrzebne, żeby ona mnie nie ochrzaniała za wyniki, tylko powiedziała dobre, ciepłe słowo.

Ale z drugiej strony pewnie też, żeby nie powiedziała: nic się nie martw, będzie dobrze. Rozumiem, że w tej rozmowie padły też jakieś konkrety?

Tak, było coś takiego powiedziane: pływanie Ci poszło okej, rower Ci poszedł fajnie – rower poszedł mi wtedy szybciej, niż myślałam. W ogóle z tych trzech dyscyplin rower mam nie najgorzej opanowany. Zresztą, paradoksalnie najmniej się bałam tych 180 km. Trochę wyjeździłam tych km na rowerze, poza tym naprawdę kocham rower. Uważam, że to jest oznaka wolności, i ten wiatr we włosach, nawet pod tym kaskiem, jest po prostu genialny. I Anka powiedziała: No słuchaj, faktycznie z tym bieganiem jest jakiś problem. No, jest beznadziejnie – mówię. Słuchaj, zawsze jest jakieś światełko w tunelu.

I taka rozmowa płynęła. I znalazłyśmy rzeczy na plus i na minus. I ja też mam tego pełną świadomość, co ja robię źle, co mi nie idzie, nad czym powinnam popracować, ale też staram się nie biczować. Nie przeżywam tego nie wiadomo ile czasu, faktycznie ta Bratysława mnie załamała fizycznie i psychicznie. Mój mąż też nie wiedział, co ma robić, więc się nie odzywał, dał mi się wypłakać. Ale to była niedziela, byłam też pewnie zmęczona, jeszcze się spaliłam, tam było ciepło, nie spodziewałam się takiej temperatury. I to bieganie tam mnie rozłożyło. Jak podzielisz dystans na pół, to tam jest 2 km, 90 km i półmaraton. I ten półmaraton mnie rzeczywiście tam rozłożył. Ale dobiegłam. Też mi się tam włączyło coś takiego, ze to ukończyłam, chociaż już na trzecim kilometrze na tym półmaratonie już chciałam zejść z trasy, autentycznie było mi tak gorąco i tak źle.

Bieganie było jako trzecie?

Tak, bieganie jest ostatnie. Triathlon to jest najpierw pływanie, potem rower i na końcu bieganie. I w międzyczasie są tzw. strefy zmian, czyli pływanie, T1, czyli transition 1, i wtedy się przebieramy z pianki na rower, potem z roweru na bieg. I są różne formuły, bo mamy tzw. tri suity, czyli takie gotowe stroje, w których mamy wkładkę na rower cieniutką, która nie przeszkadza nam w biegu. I zależy, kto co lubi. Bo jedni się całkowicie przebierają, tak jak ja zrobiłam akurat na Ironmanie, natomiast na wcześniejszych zawodach zawsze miałam tego tri suita. Żeby było szybciej zrzucić te łaszki i wskoczyć w buty.

Trochę chciałabym zmienić temat i zapytać Cię o Sportową Marchewkę, bo to wszytko, o czym mówisz, brzmi bardzo profesjonalnie, a ta sportowa marchewka jest dla mnie taką nutką szaleństwa, czymś kreatywnym. Jak byś mogła wyjaśnić, co to znaczy, kim jest Sportowa Marchewka i skąd ona się wzięła w Twoim życiu.

Zobacz, nawet jak on niej mówisz, to ja już się uśmiecham i właśnie to jest chyba właśnie cel całej tej zabawy, którą sobie wymyśliłam. Sportowa marchewka to rzeczywiście ja. Ewka Marchewka, która biega od czasu do czasu w stroju marchewki, kibicuje innym, wspiera i próbuje szerzyć carrot power, czyli taką marchewkę mocy, witaminy za całkowity gratis. I często to krzyczę właśnie na zawodach i staram się wspierać innych w boju. Wymyśliłam ją chyba, jak rozpoczęłam swoją przygodę z triathlonem.

Byłam wtedy chyba na takim etapie życiowym, że potrzebowałam wtedy impulsu. I być może ten triathlon, zamiana zwykłego biegania na triathlon była taką odpowiedzią na rzeczy, które się działy, że potrzebowałam czegoś więcej, jakiejś stymulacji, dodatkowej motywacji. I to było tak, że okej, wymyśliłam sobie nową dyscyplinę sportu, ale jeszcze sobie to opakuję chyba jakoś.

Tak, jak wspominałam, jestem z Trójmiasta i bardzo lubię aktywnie spędzać czas, i to mi wpadło do głowy, jak biegałam w lesie gdzieś tam w Gdyni. Tak sobie wymyśliłam, że jestem Ewka Marchewka, to kurcze, może coś z tą marchewką pociągnąć. Ale pomyślałam sobie, że takich marchewek pewnie jest dosyć dużo, i mówię tak: jestem z Trójmiasta, triathlon, no to niech to będzie Tri Marchewka, bo na początku, nie ukrywam, była Tri Marchewka. I była to w pewnym momencie na tyle rozpoznawalna postać w branży, że faktycznie wszyscy mnie kojarzyli, bo było to fajne, wesołe, oryginalne i śmieszyło małych i dużych.

I to jest największa dla mnie radość, satysfakcja z tego. I tak sobie pomyślałam, że chyba chciałam sobie bardziej wtedy zaistnieć, i wymyśliłam na to taki właśnie dość zabawny sposób. Potem to przemianowałam, bodajże dwa lata temu na Sportową Marchewkę, dlatego, że wiedziałam, że za jakiś czas wyjdę z tego triathlonu. Było tak wiele sportów, które mnie interesowały, że chciałam w końcu też wyjść jeszcze poza ten triathlon. Bo idea, która mi przyświecała, była taka, że mam tak dużo energii, że idę w sport, żeby ją spalić. A potem się okazało, że produkuję jej jeszcze więcej, niż miałam, więc musiałam ją znów dalej spalać. Więc wymyśliłam sobie tę marchewkę, że będę szerzyć energię. Jeżeli komuś się spodoba, to fajnie, jeżeli kogoś zainspiruję, to super.

I mam takie przykłady, niektóre sprzed kilku lat, że to działa. Okazuje się, że kilka osób namówiłam do biegania, do triathlonu, do pływania.

A mnie do tego, żeby przyjechać na rowerze do pracy.

To super, bardzo się cieszę. I był jeszcze taki zabawny moment, kiedy zaczynałam z tą marchewką, bo dzieci były na tyle małe wtedy, że jeszcze i je w to zaangażowałam. Więc byliśmy kibicującą tri marchewkową rodziną. Mężowi już dałam spokój, natomiast rzeczywiście: mój mąż robił wtedy koronę maratonów polskich i jeździliśmy po Polsce w tych strojach marchewki, bo dzieci moje też miały stroje małych marchewek. I to było fajne, czułe, zabawne, ludziom się to szalenie podobało i nas rozpoznawali wszędzie i pytali np. czy będziemy we Wrocławiu czy w Poznaniu, potem kojarzyli nas z tych wszystkich zawodów. I one naprawdę zobaczyły, jak fajną robotę robimy, wspierając ludzi na trasie, mówiąc do nich ciepłe, życzliwe rzeczy.

Pamiętam maraton we Wrocławiu, gdzie było 34 stopnie, wykupiliśmy na stacji benzynowej cały zapas wody i rozdawaliśmy ją ludziom. I dzieciaki tak się w to wkręciły, że do dzisiaj to pamiętają. Dzisiaj są już duże, więc nie będę im wciskać tych strojów marchewek, zostawiłam im możliwość wyboru. Śmiejemy się z tamtego okresu, ale taki był na to wtedy patent.

Potem stwierdziłam, że zostaję w tym sama, póki mi się to podoba i mam na to czas, bo pozwala mi to też się wyżyć kreatywnie, uczyć, komunikować z ludźmi, nawiązywać fajne relacje. Widzę same plusy tego. A jak mówię, jak to inspiruje, śmieszy, bawi, to dla mnie jest dodatkowa motywacja i nagroda. A że jestem po obu stronach, czyli startuję też w zawodach, wiem, co ludzie przeżywają, wiem, że czasami jest trudno, wiem, kiedy trzeba wyciągnąć rękę po piątkę, kiedy ludziom dać spokój, co trzeba ludziom powiedzieć, to naprawdę sprawia mi to ogromną frajdę, gdy siedzę na tej trasie, poświęcam czasami na to pół dnia i krzyczę, drę się, ale tak pozytywnie, żeby zdopingować ludzi do tego, żeby tę metę zdobyli.

Ewa, o masę rzeczy chciałabym jeszcze się Ciebie zapytać. Ja w ogóle odsyłam wszystkich do Twoich profili w mediach społecznościowych, podlinkujemy je pod tą naszą rozmową, bo tak jak Ci mówiłam wcześniej przez telefon, ta pozytywna energia, która bije z Twoich wpisów, zdjęć, jest dla mnie mega. Ona się bardzo udziela i to jest w tym piękne. A chciałabym Ci zadać kilka a takich końcowych pytań, bo wymyśliłam sobie, że będę każdemu gościowi je tak na koniec zadawać.

Co Cię napędza? Jakaś myśl, cel?

Myślę, że ta moc sprawcza. Czyli że jeżeli ja sobie coś wymyślę, to ja to zrealizuję. To jest jeden z moich głównych motywatorów. To, że wytrwam. To jest właśnie to pokonywanie drogi, tych kamieni milowych, różnych rzeczy, które udało mi się do tej pory pokonać, strachów, wewnętrznych barier. Dzisiaj nie mówię już nie. Dzisiaj mówię: spróbuję, zobaczę. Jeżeli nie, to nie. Jestem bardziej świadoma, np. tego, że żywioł powietrza i sporty powietrzne nie są dla mnie. Bo mój mąż dwa lata temu rozpoczął swoją piękną przygodę z paralotniarstwem, a ja np. wiem, że to nie jest mój sport.

Ja zostaję na ziemi, ja i tak walczę z wodą, ponieważ à propos wody, jak zrobiłam porządek na wodzie, postanowiłam zejść pod wodę, zrobiłam kurs OWD, ośmieliłam się wejść, zanurkować, próbować. Więc to, co mnie napędza, to ta zbudowana siła, ta wytrwałość, która pozwala mi potem przekładać ją na życie prywatne i zawodowe. To jest też piękne, że to wszystko się potem naprawdę fajnie przeplata, że jestem bardziej spokojna, dojrzalej podchodzę do pewnych rzeczy, bardziej pozytywnie, zachowuję pewną stabilność emocjonalną – bo wiem, gdzie się wyżyć, gdzie dać upust ewentualnej złości i frustracji. Bo ona się też we mnie pojawia, nie jestem wiecznie skaczącą piłeczką, tylko staram się umiejętnie z tym radzić.

Więc to, co mnie napędza, to ta zbudowana siła, ta wytrwałość, która pozwala mi potem przekładać ją na życie prywatne i zawodowe. To jest też piękne, że to wszystko się potem naprawdę fajnie przeplata, że jestem bardziej spokojna, dojrzalej podchodzę do pewnych rzeczy, bardziej pozytywnie, zachowuję pewną stabilność emocjonalną – bo wiem, gdzie się wyżyć, gdzie dać upust ewentualnej złości i frustracji.

Kto lub co jest Twoją inspiracją?

Ludzie. Bo ja szukam inspiracji w ludziach, którzy się np. kontaktują ze mną przez media społecznościowe, ale też w ludziach, których obserwuję, którzy zdobywają jakieś kolejne cele. Czasami jakieś fajne rzeczy wychodzą poprzez luźną rozmowę. Nie ukrywam, że jestem komunikatywna i dosyć gadatliwa, ale to mi też pomaga szybko nawiązywać relacje i łapać kontakt z ludźmi, np. dzięki temu, że zagadam z kimś w świecie. To są czasami fenomenalne sytuacje. Mogłabym podać różne przykłady, gdzie czasami dzięki jednemu zdaniu, które ktoś do mnie powiedział, zakiełkowała mi jakaś myśl. Dlatego ja tak bardzo zachęcam też moje dzieci, żeby starały się rozmawiać z ludźmi. Warto lubić ludzi, warto z nimi gadać. Zaczepiać w windzie, gdziekolwiek. Oczywiście w nienachalny sposób, delikatny, z wyczuciem. Bo ludzie są inspiracją.

Inspiracją są też miejsca, które odwiedzam, do których z przyjemnością jeżdżę. I właśnie poprzez sport uprawiam turystykę sportową triathlonową, czyli wybieram sobie miejsca, w których chciałabym wziąć udział w zawodach, a potem w nagrodę je zwiedzam. To też jest super motywacja i inspiracja. I mam kolejne plany sportowe, które są m.in. związane ze zwiedzaniem świata. Bo taka jest prawda. Wymyślam sobie w tej chwili dalekosiężne plany i cele, które pozwalają mi mobilizować się pod kątem treningowym, sportowym, finansowym, bo oczywiście to wszystko też kosztuje i trzeba na to pooszczędzać i zmobilizować się, nadać priorytety działaniom. I to jest dla mnie fajna siła napędowa, że udało mi się to, więc uda mi się też tamto.

A co robisz, co Ci pozwala odzyskać energię, kiedy jesteś w jakimś dołku?

Kiedy mam chwile zwątpienia albo gorsze dni, to nauczyłam się je przeczekiwać. Na tyle mam dużo energii i takiej chęci w ogóle, że mi się chce, że to przechodzi. Że jeśli już coś takiego mnie napadnie, to poczekam, aż przejdzie, bo wiem, że jutro będzie lepiej. I nie szarpię się już za bardzo z tym. Bo wiem, że dzisiaj mam po prostu taki stan większej melancholii, bo mi się naprawdę też to zdarza, nie jestem jakimś tam wiecznym marchewkowym cyrkowcem, tylko ja się nauczyłam skuteczniej radzić z emocjami i podchodzić do tego na spokojnie. Czasami biorę sobie kąpiel, idę na spacer zamiast pobiegać, idę na lody, biorę książkę, oglądam jakiś film albo jakieś głupoty w internecie, bo to też jest taka fajna forma odmóżdżająca. Albo oglądam sobie sukienki czy buty. Na takiej zasadzie. Takie proste rzeczy, które odwodzą mnie od różnych myśli.

Poruszyłyśmy w tej rozmowie masę ciekawych tematów. Na koniec chciałabym się Ciebie zapytać, czy gdybyś miała taką moc sprawczą, że jakaś jedna myśl, przesłanie miałoby zostać w głowach naszych widzów i słuchaczy, to co by to było?

To, co chciałabym ze swojej strony przekazać, to że warto mówić głośno o marzeniach. Dlatego że mogą zacząć się dziać wokół nas magiczne rzeczy, jeżeli zaczniemy je wypowiadać głośniej. Ważne jest to, żeby pamiętać, że nie wystarczy tylko chcieć. Że trzeba działać. Że pewne rzeczy same się nie zrobią. Żeby nie ładować za dużo emocji i uczuć w sam cel, tylko pamiętać o drodze, która nas czeka, która może być wyboista i trudna, ale satysfakcja i nagroda, które nas czekają, są niezwykłe.

Myślę, że taką też myślą, z którą chciałabym stąd wyjść, to to, żeby zachęcić kobiety do zabawy w triathlon, do uprawiania tego sportu. Żeby się tego sportu nie bać. Miałam taki czas, kiedy wydawało mi się, że to jest bardzo męski sport, że jest nieosiagalny, chociażby ze względu na nasze obłożenie obowiązkami i zadaniami, z którymi mierzymy się na co dzień. Bo idzie za tym ogromna satysfakcja, budowanie super dyscypliny i naprawdę lepszej organizacji, nawet takiej życiowej. I można poznać fantastycznych ludzi, fantastyczne kobiety. Tych kobiet nadal statystycznie jest za mało. Statystyki generalnie rosną co roku, i to jest super, brawo, dziewczyny! Natomiast chciałabym też swoi, przykładem pokazać, że się da. Nie musicie oczywiście iść na całego Ironmana. Bo to nie o to chodzi. Wybierzcie sobie cele, realizujcie je, bądźcie w tym konsekwentne, nie bójcie się być asertywne w dążeniu do swojego celu. Naprawdę warto.

I myślę, że tym przesłaniem warto zakończyć. Bardzo Ci, Ewa, dziękuję za tę rozmowę. Masa inspiracji dla mnie, myślę, że też masa inspiracji dla słuchaczy i widzów Kibicuję Ci dalej w Twojej drodze, w kolejnych wyzwaniach i zapraszam wszystkich do tego, żeby obserwowali Cię na Twoich profilach w mediach społecznościowych.

Dziękuję Ci Asiu bardzo za zaproszenie, było super.

Ewa zrobiła na mnie ogromne wrażenie swoją siłą, wytrwałością, poukładaniem, zaangażowaniem, pozytywną energią, uśmiechem… Mogłabym tak jeszcze bardzo długo wyliczać. Jest dla mnie przykładem tego, jak bardzo sport może zmienić życie. Ile siły tej fizycznej oraz mentalnej może nam dać. Ja jestem ogromnie zainspirowana. A Ty? Daj znać w komentarzu. Wasze opinie i wrażenia z rozmów z moimi gośćmi są dla mnie ogromnie cenne.

Do zobaczenia wkrótce w kolejnym odcinku.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Scroll to top