NM 62: Stefano Terrazzino – Marzyciel na luzie

  • 00:55:06
  • 12 kwietnia, 2022
  • 75,6 MB

Słownik PWN definiuje słowo „marzenie” na 3 sposoby:

“Po pierwsze – powstający w wyobraźni ciąg obrazów i myśli, odzwierciedlających pragnienia, często nierealne. Po drugie – ciąg myśli i wyobrażeń powstających podczas snu. Po trzecie: przedmiot pragnień i dążeń.”

A słowo „marzyciel” PWN definiuje tak: “Po pierwsze – osoba, która chętnie oddaje się marzeniom. Po drugie – o kimś, kto snuje nierealne plany.

Czy mój dzisiejszy gość zgadza się z powyższymi definicjami? Zapraszam Cię na spotkanie ze Stefano Terrazzino. Tancerzem, wokalistą, aktorem. Dlaczego właśnie ze Stefano rozmawiam o definicji słowa marzyciel? Ano dlatego, że Stefano sam siebie określa tym mianem. A ponadto jest producentem i głównym wykonawcą w spektaklu właśnie pod tytułem „Marzyciel”.

Zapraszam do słuchania!

W odcinku “Stefano Terrazzino – Marzyciel na luzie” usłyszycie o tym:

  • kim dla niego jest marzyciel;
  • jakie było jego pierwsze marzenie;
  • jak budowała się jego taneczna przygoda;
  • dlaczego przeprowadził się do Polski;
  • jak w jego życiu pojawił się „Taniec z Gwiazdami”;
  • co dokłada więcej do marzeń: działania czy los;
  • jak śpiew pojawił się w jego życiu;
  • jaki jest jego stosunek do publiczności;
  • w jakim momencie życia się znajduje w kontekście marzeń;
  • czy miał marzenia, które odpuścił;
  • co jest najważniejsze w spełnianiu marzeń.
  • co go dziś napędza;
  • jakie lekcje wyciągnął ze swojego życia.

stefano-terrazzino-taniec

Nie wiem w jaki sposób dokonuje się zmiany definicji w tak szanowanym słowniku jak PWN, ale się dowiem, bo moi goście pokazują, że marzenia to nie są jakieś nierealne wyobrażenia z góry skazane na to aby pozostać jedynie w naszych głowach. Nawet jeśli czasem zaczynają się od snów, to chodzi o to aby marzenia spełniać, aby aktywnie działać w kierunku ich realizacji. Niezwykłe jest to, że można to robić na wiele sposobów, dając sobie dużo luzu lub odwrotnie, narzucając ścisłą dyscyplinę. 

Zgadzam się ze Stefano w tym, że to co spaja oba podejścia to faktycznie działanie. Czas więc na wzięcie spraw w swoje ręce i zadziałanie w kierunku zmiany definicji słowa „marzenie” oraz „marzyciel”. Niewykluczone, że w tym celu będę potrzebowała Waszego wsparcia. Liczę na Was marzyciele! 

Do usłyszenia w kolejnym odcinku!

 

Linki dodatkowe: 

Więcej o Stefano znajdziesz tutaj:

Podcast Napędzani Marzeniami dostępny jest też:

A jeśli spodobał Ci się ten odcinek, będę wdzięczna za komentarz i podzielenie się tym odcinkiem z innymi osobami, którym jego treść może być przydatna. Będzie mi też miło jeśli poświęcisz chwile i zostawisz krótką ocenę podcastu w iTunes – dzięki temu inne osoby łatwiej dotrą do tego podcastu.

 

Cześć, Stefano. Dzięki wielkie za przyjęcie zaproszenia do podcastu „Napędzani marzeniami”. Czuję się troszeczkę onieśmielona i jednocześnie, przygotowując się do naszej rozmowy, w tylu miejscach napotkałam na słowo marzenia, odmieniane przez różne przypadki przez Ciebie, że pomyślałam sobie, że to jest strasznie późno na tę naszą rozmowę. Więc bardzo się cieszę, że mamy możliwość jej odbycia dzisiaj.

Witam serdecznie. Bardzo mi miło akurat w tej tematyce być zaproszonym, bo to jest naprawdę taka moja dziedzina. Kiedy słyszę marzenie, marzyciel, od razu… jakby to jest mi bardzo bliskie. I bliskie mi osoby kojarzą te słowa ze mną. Cieszę się z tego, jestem z tego dumny, bo marzyciel niekiedy ma w swoim otoczeniu negatywny wydźwięk. Jest postrzegany jako osoba, która tylko marzy, nic nie robi, nie stąpa twardo po ziemi itd. Próbuję trochę zmienić wydźwięk tego słowa.

O to też chciałam Cię zapytać, mam to na liście swoich pytań, więc może zapytam od razu: kim dla Ciebie jest marzyciel?

Ja robiłem spektakl, który nosi tytuł „Marzyciel”. I zaczynam go odpowiedzią na to samo pytanie. Więc mogę iść tą linią, którą znam, bo jest to scenariusz. Ale faktycznie jest, bo zaczynam spektakl od słów: czym jest marzyciel dla mnie? Bo najpierw cytuję różne ciekawe rzeczy, które czytałem.

A dla mnie marzyciel, to jest osoba, która działa – po prostu. Osoba, która działa instynktownie, zmierza do osiągnięcia swojego celu, coś czuje, ma wewnętrzną potrzebę, żeby coś robić, słucha swojego wewnętrznego głosu. To nie jest osoba, która patrzy w gwiazdy, ale taka, która poszukuje wewnętrznego instynktu i podąża za nim. To dla mnie znaczy marzenie. Po prostu robienie czegoś, działanie. Nawet jeśli nie zawsze skuteczne, ale mimo to, nadal – działanie. Trzeba coś robić, żeby spełniać marzenia. Marzenia same się nie spełniają, to nie dzieje się samo. Trzeba coś robić, być aktywnym. Dlatego bliżej mi do tego, żeby powiedzieć, że marzenia się spełnia, a nie że się spełniają.

Oczywiście zależy też, kto na ile może sobie pozwolić, przez wzgląd na warunki, ograniczenia. I marzenia to te rzeczy, które człowiek wewnętrznie czuje, że dzięki ich spełnieniu osiągnie jakąś harmonię ze sobą, ze światem, i dąży do tego. A nie odkłada, rezygnuje z powodu trudności. Bo oczywiście, że zawsze są jakieś ograniczenia, ale na ile się da, uważam, że warto o marzenia walczyć.

Podzielam bardzo tę definicję marzeń, marzyciela, które przedstawiłeś, i myślę, że warto o tym głośno mówić i to korygować, bo ja pamiętam ze swojego dzieciństwa taki wierszyk „Dyzio Marzyciel”, nie zacytuję go teraz dokładnie, ale może podlinkujemy go w notatkach do tej rozmowy, i w tym wierszyku Dyzio jest przedstawiony jako taki chłopczyk, który leży na trawie, patrzy w błękitne niebo i marzy o tym, żeby te przesuwające się po niebie chmurki były watą cukrową.

I troszkę mam taki żal, że w dzieciństwie wdrukowano w nas taki obraz słowa marzyciel. Że to jest ktoś, kto leży, nic nie robi i tylko myśli o niebieskich migdałach. Więc bardzo się cieszę, że przedstawiłeś tę definicję marzyciela poprzez działanie.

Chciałabym sięgnąć do początku – do Twojego dzieciństwa – i zapytać Cię, czy pamiętasz swoje pierwsze marzenie. I czy od samego początku miałeś takie podejście, że chcesz aktywnie spełniać te marzenia, przekuwać je w działanie?

Zaraz do tego przejdę, najpierw chciałbym powiedzieć coś innego, moim zdaniem ważnego, bo mnie natchnęłaś. Coś w tym jest. Marzenia są związane z wyobraźnią, np. z wyobrażaniem sobie sytuacji, w których chciałoby się być, albo chciałoby się coś zmienić, czy cokolwiek – ale to jest dopiero punkt wyjścia, od tego się zaczyna. Więc nawet ten chłopak, który leży… może jest to początek tego, że potem, kiedy będzie dorosły, to może będzie mieć fabrykę waty cukrowej, kto wie. Ale od tego bujania w obłokach powinno się to zaczynać, i pozwolić na to, nie napiętnować, nie przypisywać temu negatywnego wydźwięku. Bo wszystko ma swój początek w marzeniach. A kiedy ludzie próbują to potępiać – również u dzieci – to uważam, że wtedy nie wydarzy się nic wyjątkowego. To się powtarza często w historiach wielkich ludzi: że na samym początku, gdy mieli marzenia, byli wyśmiewani. Ale zaczęło się właśnie od tego, od snucia marzeń, a potem oczywiście za tym idzie ten krok, działanie, o którym mówię.

Jako dziecko byłem introwertykiem, nadal trochę jestem, tylko teraz lepiej sobie radzę z nieśmiałością. Miałem swój świat. Jestem synem imigrantów. Nie wiem, z czego to wynika, po prostu przebywałem w świecie fantazji, w lepszym świecie, i dobrze. Oczywiście czasami rodzice się martwili, wiadomo, że rodzice chcą najlepiej. Ale pierwszym moim marzeniem było to, że będę magikiem. Zawsze to sobie wyobrażałem. Nie wiem, skąd mi się to wzięło, może za dużo telewizji. Po prostu chciałem zostać magikiem, to było moje marzenie.

Potem to się zmieniło. Ale pojawiła się bardzo szybko chęć występowania. Mimo że byłem bardzo nieśmiały. To sprawiało, że tym bardziej o tym marzyłem, bo to nie było tak, że ja śpiewałem, tańczyłem – nic z tych rzeczy. To było tylko w mojej głowie. Nie miałem tej odwagi. Ale wyobrażałem sobie, że występuję, że śpiewam. Przede wszystkim śpiewanie, ono było pierwsze. Tańczenie wyszło potem przy okazji. Życie to przyniosło, powiedzmy. Ale bardziej śpiew, i ten magik na początku.

Bo wszystko ma swój początek w marzeniach. A kiedy ludzie próbują to potępiać – również u dzieci – to uważam, że wtedy nie wydarzy się nic wyjątkowego. To się powtarza często w historiach wielkich ludzi: że na samym początku, gdy mieli marzenia, byli wyśmiewani. Ale zaczęło się właśnie od tego, od snucia marzeń, a potem oczywiście za tym idzie ten krok, działanie, o którym mówię.

No dobra, był magik, śpiew, ale to był ten etap, kiedy to było w głowie, w wyobraźni, w fantazji. Czy za tym poszło działanie na tym etapie? Bo rozumiem, że opowiadasz o czasie, kiedy miałeś kilka, może kilkanaście lat?

7-10 lat.

Mhm, no to tak, to jeszcze trudno oczekiwać…

No ale czasami tak jest, że dzieci tak mówią i pokazują, albo ktoś bliski podłapie, o czym marzą, albo ktoś w szkole. U mnie ten kontrast był, że byłem bardzo nieśmiały. Nawet tego nie wyraziłem tego na głos, że o tym marzę, tylko po prostu przeżywałem to sobie w środku i tyle. Myślę sobie, że tak trochę lekko autystyczny mogłem się wydawać.

No i taniec. To kiedy? Mówisz, że przy okazji jakoś tak?

Tak, taniec dopiero jak miałem 15 lat, i to był też bardziej środek do celu, niż cel sam w sobie. To wyszło od moich rodziców, więc było przypadkowe. Równie dobrze mogły to być szachy, albo każda inna rzecz, która w ich opinii mogła mi pomóc stać się bardziej pewnym siebie, żebym bardziej otworzył się do ludzi. To było po prostu to. Padło na taniec, ponieważ był w otoczeniu rodziców: dzieci naszych sąsiadów, które były w podobnym do mojego wieku, tańczyły. Też Włosi, bo jestem synem emigrantów, wychowywałem się w Niemczech. I te osoby były bardzo pewne siebie i to natchnęło moich rodziców, żebym poszedł na tańce, żebym zaczął być pewny siebie. Nie, żebym tańczył, bo chyba nie wierzyli, że mogę mieć talent. Po prostu, żeby coś pomogło, taki środek do celu. Okazało się, że trafili w sedno i oprócz tego, że mi faktycznie to pomogło, poprawiłem też mój język, powiedzmy. Jakieś tam predyspozycje okazało się, że miałem i tak się stało. Jedna z najlepszych rzeczy w moim życiu.

Jakie były następne kroki? Rodzice zapisali Cię na te zajęcia, odkryłeś, że to Ci daje energię, że masz z tego radość i już? Chciałeś startować w turniejach? Bo tak się domyślam, że pewnie w tej karierze tancerza jest szkoła, potem turnieje, turnieje coraz wyższego szczebla…

Rodzice mnie zapisali, bo nawet ten nasz sąsiad Włoch mówił: no chodź z nami, przywoził mnie w weekendy na turnieje, żebym zobaczył jego synów, a ten świat tańca był dla mnie fascynujący, bo to był taki świat fantazji trochę. Takie ubrania śmieszne, z tymi kamizelkami, takie te szpilki, tyle tej ekspresji, to był taki zupełnie inny świat, oderwany od rzeczywistości, ale miał w sobie coś ciekawego. I oczywiście mi się podobało, ta muzyka, ta pewność, to co oni reprezentowali, to co grali nawet, no jakoś tak mnie to fascynowało.

Potem mama mnie zapisała, poszedłem tam, przydzielili mi partnerkę, bo oczywiście zawsze na zajęciach tanecznych brakuje chłopaków. Więc jedna dziewczyna tańczyła ze mną, ja tam coś mówiłem, a ona tak sobie myślała z tego nic nie będzie, po prostu tak rezygnowała ze mnie. I tak rezygnowała, bo jakby trochę los robił ze mną, co chciał, a potem przyszła taka Włoszka, bardzo wygadana, Concetta, moja późniejsza partnerka. Przyszła do mnie, powiedziała: słuchaj, ja tańczę z tobą. Spotykamy się w środę o 11 (…), ja na to: mhm, ok. Tak że ktoś dla mnie po prostu. Ja nic nie robiłem w tym kierunku. Na szczęście los trochę mi pomógł.

Ale w momencie, jak byłem tam, nagle czułem wow. Dlatego mówię, że dostałem swój język. Nagle czułem, że to jest mój świat. I byłem w to wkręcony. Nadal byłem nieśmiały, nie zmieniłem się od razu, ale nagle stałem się taki skupiony, taki bardzo zadaniowy. Trzeba było robić to, tamto, trzeba wyprostować nogi, tu biodro, tu rytm, ćwiczyłem to, pisałem te wszystkie notatki. Moja partnerka tańczyła dla zabawy, a ja stałem się nagle takim pracusiem.

Ale myślałem, że tak tańczymy, tyle, żeby umieć, może jakiś pokaz, ale to już przed rodziną to będzie maksimum, i nagle jest mowa o turnieju. Aż w środku myślałem o Jezu, turniej, no nie, to jest niemożliwe, za późno, jestem za stary. 16 lat za stary, nie? Tak wtedy myślałem, że albo to się robi od małego, albo wcale. I ta partnerka i trenerzy tak mnie namawiali: no idź na turniej. No to po prostu dramat dla mnie, no ale dobra, zgodziłem się. I tak się zaczęło. Turniej, wielki stres, wielkie wyzwanie, byłem blady jak zombie. Tańczyłem wszystko poza rytmem. Na pierwszym turnieju zająłem ostatnie miejsce. Cztery pary, czwarte miejsce. I moja rodzina, jak dostaliśmy czwórki, myślała, że to jest najlepszy wynik, więc dostałem największy aplauz, mimo że to było ostatnie miejsce. To było bardzo śmieszne.

No i potem to było tak stopniowo, wkręciłem się, mówiłem: dobra, jeszcze jeden turniej, jeszcze jeden, teraz może będzie lepiej. No i tak się kręciło i zaczęliśmy powoli przeskakiwać wszystkie te klasy. Bo pierwszych parę turniejów to było tak, że czwarte miejsce – cztery; potem był półfinał, potem pierwszy raz finał. Więc trzy-cztery turnieje tylko. I potem tylko pierwsze miejsca. Te niższe klasy, ale pierwsze miejsce. I potem kolejny, kolejny. I bardzo szybko w ciągu jednego roku przeskoczyliśmy o cztery albo pięć klas.

No i w tamtym roku byłem tak wkręcony w to, że po każdym turnieju rodzice mojej partnerki (bo moi rodzice nie mieli czasu, pracowali) nagrywali te turnieje, i ja je potem jeszcze po nocach oglądałem, robiłem notatki.

A te notatki robiłeś dlatego, bo pojawiła Ci się w głowie taka myśl, że chcesz być tym numerem jeden i wygrać następny turniej? Bo tak jak opowiadasz, to właśnie nie czuję tej presji.

Nie, nie było presji. Po prostu miałem szczęście, zawsze jestem za to bardzo wdzięczny, za moją historię. To wszystko, nauczyło mnie dużo pokory i wdzięczności za to, co się ma. Moi rodzice musieli mocno na swój chleb pracować, jako dziecko widziałem to i doceniałem od razu, na przykład na taką lekcję, jak musiałem pracować w restauracji u rodziców. Jak już miałem taką lekcję i dostałem informację, to była ona dla mnie na wagę złota. Np. dla mojej partnerki albo kogoś innego te informacje nic nie zmieniały. A dla mnie to było ważne. Moi rodzice wydali tę kasę i ja chcę to wykorzystać. Dlatego jak widziałem, że tu trzeba wyprostować nogę, potem oglądałem filmik i nie prostowałem, to pisałem: w tym momencie wyprostowałem nogę, tu nie miałem dobrze ręki, i to było super, bo to było świetne dla rozwoju. Bo masz słabe środki, ale jesteś zaangażowany. Czasami możesz mieć super środki, ale nie jesteś zaangażowany, nie ma wyników.

I przez to też zaczął się trochę dysonans między moją partnerką a mną, ponieważ ja nagle poprawiłem się bardzo mocno, a moja partnerka niestety nie. I nie że brak talentu. Po prostu nie była zaangażowana jak ja. Tańczyła, bo fajnie, może samo się zadzieje, że się poprawisz, ale to jest jednak poświęcenie. I motywacja, bo one mogą być różne. Może to być chęć bycia championem, a może chęć bycia lepszym.

I na początku chciałem po prostu być lepszy, bo nie wierzyłem, że mogę być championem, może dlatego. No ale tak się stało. Byłem coraz lepszy, bo apetyt rośnie w miarę jedzenia. Do momentu, aż pomyślałem, że chyba jednak mogę być tancerzem. I to było jak miałem 25 lat, czyli 9 lat musiało aż minąć, aż uwierzyłem, że może to być taki trochę mój sposób na życie. Czyli bardzo długo budowałem tę wiarę w siebie.

I wtedy zdecydowałem się na mój największy krok. Postanowiłem, że szukam partnerki na wyższym poziomie, że chcę się całkowicie poświęcić tańcowi. I to był ten krok, który zaprowadził nie do Polski, dla partnerki. I to był taki największy skok, największe ryzyko, bo zostawiłem wszystko. Postawiłem wszystko na jedną kartę. Bo 9 lat to czułem. To było bardziej takie uczucie, że nie chciałem żałować, że nie spróbowałem, bardziej było to, niż to, że tak wierzyłem w siebie. Powiedziałem, że chcę spróbować. Jak się uda – super. Jak nie – to przynajmniej będę miał spokój i mogę iść do normalnej pracy i nie będę miał w sobie żalu kiedy będę miał 40 lat. Takie było moje nastawienie.

I na początku chciałem po prostu być lepszy, bo nie wierzyłem, że mogę być championem, może dlatego. No ale tak się stało. Byłem coraz lepszy, bo apetyt rośnie w miarę jedzenia. Do momentu, aż pomyślałem, że chyba jednak mogę być tancerzem. I to było jak miałem 25 lat, czyli 9 lat musiało aż minąć, aż uwierzyłem, że może to być taki trochę mój sposób na życie. Czyli bardzo długo budowałem tę wiarę w siebie.

To bardzo ciekawe, jakie ludzie mają motywacje i podejście też do tego, jakie działania podejmować. I jak tak opowiadałeś, to dla mnie niezwykłe jest to, że no nie ma tej presji, tak spokojnie to opowiadasz. I wydaje mi się, że właśnie w momencie, gdy tak podchodzimy, to jest łatwiej. Bo jak sobie stawiamy takie oczekiwania, a potem ich nie zrealizujemy, to jest jakiś żal, poczucie, że zawiodłem siebie, i jest trudniej iść dalej. A w momencie gdy nie ma presji i odnoszę ten sukces, to jest ta wdzięczność, o której powiedziałeś.

Zgadzam się.

I taka satysfakcja.

Tak. Dwie ważne rzeczy. Pierwsza, to że ja po tych doświadczeniach zrozumiałem parę rzeczy. U mnie w jakiś tam sposób sprawdza się pewien schemat, w którym jest dobrze, kiedy nie mam oczekiwań. Pozbyłem się tych oczekiwań. I tak ich nie miałem, ale później się pojawiają i ja świadomie je wywaliłem, rezygnuję z nich na ile się da. Oczywiście czasami nadal trochę są, wiadomo, ale próbuj nie mieć oczekiwań.

A druga rzecz, to ta presja. Patrzę, co mi daje presja i jak mogę to eliminować. To są te dwie rzeczy, dokładnie. Ja na szczęście tej presji również nie doświadczałem przez to, że moi rodzice nie byli aż tak zaangażowani. Tak wyszło, ale mnie to pomogło. Więc to było dobre, że to nie byli typowi rodzice, którzy musieli spełnić swoje marzenie, przenosząc je na mnie, i musiałem to zrobić dla nich. Dzięki Bogu, że tak nie było. Bo czasami to widzę, i rozumiem, że niektórym rodzicom może nie było dane, i chcą, żeby dzieci osiągnęły to, co im się nie udało, ale to jest zawsze tak trochę niebezpiecznie. I ja na szczęście tego nie miałem, dlatego nie była wywierana na mnie presja. Jestem za to bardzo wdzięczny.

A powiedz, jak się pojawił „Taniec z gwiazdami” w Twoim życiu? Czy to los?

Też przypadkowo. Tak. Nie szukałem tego w przeciwieństwie do wielu osób, które chcą dostać się do telewizji, żeby robić karierę. Ja, mimo że tańczyłem, powiedziałem, że się nie nadaję do telewizji, bo jestem za bardzo nieśmiały. I po roku w Polsce chciałem już wrócić do siebie, bo jakby już trochę przeżyłem, doświadczyłem, co znaczy tańczyć na wysokim poziomie, ale jednak rodzina, moi bliscy, kraj, w którym się wychowałem były ważniejsze.

I myślałem: okej, wiem już, jak to jest, mam dobry wynik, wracam tam, zobaczymy. Ten taniec będzie jeszcze w moim życiu, ale chcę wracać na swoje. I wtedy moja partnerka powiedziała: dobra, ale zrób jeszcze ten program ze mną, i dopiero wyjedziesz. I trochę gdzieś tam była ta ekscytacja, o Jezus, jak fajnie tam wyglądam, mi się podobało, te scenki mi się podobały, to mi się podobało, śmieszne, że jesteś sam na parkiecie, nie przeszkadzało mi, że to jest amator obok ciebie, że musisz go uczyć. Podobał mi się cały ten anturaż, taki, że możesz coś wymyślić, a ja zawsze lubiłem tak całościowo na taniec patrzeć.

To była jakaś tam motywacja, ale trochę mnie to wszystko przestraszyło, telewizja itd. Tylko że byłem w obcym kraju, nie miałem nic do stracenia, tak na luzie powiedziałem, dobra, próbujemy, taki whatever. I to było dobre. Takie podejście znowu pomogło. Nie rozumiałem, co mówią, nie wiedziałem, kim kto jest, przyszła gwiazda, a dla mnie po prostu zwyczajna kobieta. Na szczęście, bo nie masz tego: O Jezu, tańczę z panią Kingą Rusin, albo coś, czyli tak po prostu, tańczę z Kingą – panią dziennikarką z Polski. Ten dystans bardzo mi pomógł. Wtedy mogłem być sobą, na luzie, nie miałem oczekiwań. Czy odpadnę w pierwszym, drugim, czy trzecim odcinku, nie miało to znaczenia.

Oczywiście chciałem jak najlepiej. Znowu byłem skupiony na tym tańcu, żeby było ładnie, pięknie. Tyle. Ale nie miałem na szczęście żadnych oczekiwań. To jest najlepsze, podchodzisz do tego tak na luzie i nagle dostajesz coś, o co nawet nie prosiłeś. Wygrywasz program i czujesz taką akceptację przede wszystkim. To jest fajne, taką akceptację publiczną, taką sympatię wielką dostałem od Polaków. Ogromną. Taką miłość aż, mogę powiedzieć. Co było bardzo miłe. Bardzo. Bo to jest piękne, jak dostajesz taką akceptację od ludzi. Gdziekolwiek potem byłem, to tyle ciepła dostawałem, uśmiechu, komplementów, to jest strasznie miłe. I wtedy jak stąd uciekać, skoro dostajesz coś takiego? No i tak to pomyślałem i poszedłem. Po jednej edycji powiedziałem dobra, jeszcze jedna. Potem jeszcze jedna, jeszcze jedna. I tak ciągnęło się, już 17 lat w tym roku.

Chciałam wrócić do tego działania, bo z jednej strony mówisz, że marzyciel to jest ktoś, kto działa. Z drugiej strony mówisz, że poddajesz się losowi, i różne ważne rzeczy, które się pojawiły w Twoim życiu, to w pewnym sensie los je przyniósł. Taniec – rodzice – Polska – za partnerką – program – za partnerką. No właśnie. Jak to się jedno ma do drugiego?

Prawda, coś w tym jest. Jakby to działanie to jest ten etap, gdzie teraz jestem. To działanie to trochę też tak może w inny kierunek. Np. to, że ja robiłem to, co kochałem. Ćwiczyłem to, robiłem te notatki – to jest dla mnie działanie. Czasami nie wiesz po co, ale działasz, bo kierujesz się instynktem, bez oczekiwania, że będę kiedyś tańczył w Polsce i wygrywał. Nie. Po prostu chciałem to robić, bo dawało mi to przyjemność. To jest luksus dzisiaj żyć i robić to, co się kocha i jeszcze jako zawód. Zdaję sobie z tego sprawę i cieszę się bardzo, że tak mam. I potem działanie.

I ktoś kiedyś mi powiedział, że szczęście przyjdzie, nie przyjdzie, zapuka lub nie, ale jak puka, to musi cię znaleźć pracującego. I coś w tym jest. Że ty jesteś gotowy. Tzn. to, że ja spędziłem tyle tych wszystkich godzin na sali, i się uczyłem, to wszystko jest, te działania były. Teraz jakby te działania są bardziej świadome. Jakby trochę jestem na innym etapie, trochę bardziej świadomie, celowo działam, ale cały czas z tą bazą: co ja chcę, co mi daje przyjemność, co daje mi szczęście, w czym się sprawdzam, co jest mi bliskie.

Czy śpiew, to właśnie było już takie działanie ukierunkowane, bo pomyślałeś, że masz przyjemność, masz radość z tego śpiewania i że chciałbyś też tak zawodowo pójść w tym kierunku?

Tak, to był taki mój etap nadal jeszcze nie świadomy, ale instynktowny, taki odważny. Wtedy nawet moja partnerka taneczna, Agata Kulesza, mówiła: jaki Ty jesteś odważny. Nie rozumiałem tych słów, myślałem, że to jest normalne, ale teraz, patrząc z perspektywy czasu, to było jednak odważne nagrywać nagle płytę, nie umiejąc śpiewać, bo przecież ja nigdy nie śpiewałem profesjonalnie. To było trochę bezmyślne, ale cieszę się, że tak było, bo wszystko to było po coś, było instynktowne. Próbowałem. Oczywiście myślałem, że to będzie proste. Nie udało się, that’s it. Tylko że potem znowu wróciło to do mnie, bo gdzieś tam ten śpiew zawsze lubiłem. Lubię każdą formę wyrazu artystycznego na scenie. Czy gram, czy tańczę, czy śpiewam. Zmienia się tylko może język. Ale wyrażanie siebie na scenie bardzo lubię, tak samo jak uwielbiam kontakt z publicznością.

Potem przyszedł ten śpiew, zaproszono mnie do programu „Twoja twarz (…)” I to był idealny miks, bo jest tam trochę ruchu, trochę plastycznie, trochę trzeba grać. Jako dziecko zawsze lubiłem naśladować, to też jest śmieszne, że akurat nagle powiedziałem: wiesz co, to jest program idealny dla mnie, ale się nie odważę. To zabawne, ale powiedziałem sobie nie, ja tam nie idę, mimo że dostałem propozycję. Bo wiadomo, znana osoba zawsze wzbudza ciekawość, jak sobie poradzi, dla programu to jest interesujące. Ja sobie powiedziałem nie, nie idę tam, a w głowie dałem pozwolenie sobie, że jeżeli wygram dwa razy pod rząd, to wtedy bym się zdecydował.

I nagle tak się stało. I pomyślałem, że los ze mnie zakpił. I co teraz? A chciałem uciekać do Niemiec. I wtedy właśnie Polsat (na szczęście) powiedział: rozumiemy, że teraz po dwukrotnym zwycięstwie nie chcesz kolejnej edycji, bo może brakuje wyzwania, ale jest ten program. A ja tak: chciałem to usłyszeć, ale się bałem. Nie, jadę do Niemiec, miałem już prawie podpisaną umowę w Niemczech. Przez przypadek (wiem, nie ma przypadków) nie zdążyłem podpisać, bo brakowało jakichś dokumentów. No i była ta rozmowa z panią dyrektor. Rób ten program, tak fajnie Jacka Sparrowa naśladowałeś. Tu się nie odpadnie, najwyżej będziesz po prostu ostatni, mam wrażenie, że się dobrze bawisz. Wracałem do siebie i myślałem: kurcze, robisz to, bo lubisz i tyle, no. I co? Będziesz maskotką tego programu, najwyżej zajmiesz ostatnie miejsce, najważniejsze to mieć dobrą zabawę. Chyba ludzie rozumieją. Bo już się pojawia jednak, już jestem długo w tym kraju, już nie jestem aż taki wolny jak na początku. Ale gdzieś tam na szczęście dobrze trafiłem, bawi mnie to, ciekawi. Ekscytuję się na myśl o tym. Róbmy, ryzykujemy. I znowu się opłacało.

I teraz wróćmy do spektaklu „Marzyciel”, bo to brzmi jak idealne zwieńczenie. Taniec, śpiew, występowanie w telewizji, w pewnym sensie też gra aktorska, bo i w „Tańcu z gwiazdami” i w „Twoja twarz (…)” ta gra się pojawia. Czy to jest tak właśnie, że Twoje działania doprowadziły do tego spektaklu, czy spektakl może jeszcze z jakiejś innej strony pojawił się w Twoim życiu?

Spektakl „Marzyciel” sam produkowałem, więc to już było coś bardziej świadomego. To jest na takiej zasadzie, że chciałbym łączyć te doświadczenia, które dostaję. Gram w serialu. Potem dzięki „Twoja twarz (…)” dostałem po raz pierwszy mówioną rolę w teatrze, co mnie przeraziło, ale zebrałem się na odwagę i rzuciłem się na głęboką wodę. I uczyłem się w trakcie. Trafiłem na świetnych aktorów, którzy na szczęście bardzo miło mnie przyjęli i dzielili się ze mną swoimi doświadczeniami. I byłem jak gąbka, bo mnie to fascynowało, więc brałem z tego, ile się dało, z każdego spektaklu. I nawet nie było tak, jak to sobie człowiek wyobraża, że pierwsza myśl związana z teatrem to, że na pewno się zapomni tekst. Jakoś dało radę. Są sposoby na naukę roli. Bardzo fajnie, lubiłem bardzo grać w komediach.

I to wszystko prowadziło mnie do tego, że chciałbym łączyć wszystkie bliskie mojemu sercu rzeczy. Jak już nie dostałem kolejnego prezentu od losu, bo tu à propos losu, nie przyszedł nikt i nie powiedział: słuchaj, mam dla ciebie taką rolę, że wszystko wykorzystasz, taniec itd. Nie. Dostałem fajny kierunek, ale nie wymarzony. Potem śpiewałem dużo koncertów, bardziej takich, które się sprzedają, których ludzie akurat oczekują, np. znane włoskie piosenki, trochę na stereotypie włoskim. No jest też miejsce na to na rynku, ludzie chcą tego słuchać, jest to popularne. Bo pięć lat jeździmy po całej Polsce i ludzie bardzo lubią ten projekt i zawsze są bardzo pozytywne reakcje.

Ale potem jest ten moment, że wewnętrznie chciałoby się czegoś więcej, bo człowiek cały czas idzie do przodu. I wtedy pojawiła się myśl, żeby łączyć te formy, żeby mówić o czymś, co jest ważniejsze dla mnie, co czuję w głębi, a czym jest trochę teatr. Bo teatr jest trochę rozmową. Rozmawiamy na konkretny temat, o czymś to jest, rozmawiam z publicznością. Ale też mam bardzo dobry kontakt z publicznością, nauczyłem się tego jeszcze bardziej podczas dawania koncertów, więc zawsze mówię, że moja siła tkwi w interakcji z ludźmi. Bo ja kocham ludzi, dlatego tak łatwo łapię ten kontakt z publicznością.

I „Marzyciel” jest takim trochę połączeniem tego wszystkiego. I stawia mi wyżej poprzeczkę, bo muszę powiedzieć, że to jest niesamowicie trudne. Półtorej godziny być na scenie, gdzie to ja jestem główną postacią, spektakl jest budowany jakby na mnie. Mam oczywiście też momenty, że schodzę na chwilę ze sceny, żeby zaczerpnąć oddechu, bo kondycyjnie jest to też bardzo trudne. Wymaga również ogromnego skupienia. Łączenie form również okazało się niełatwe. Bo myślałem, że skoro umiem każdą z nich z osobna, to będzie proste, żeby je połączyć, a to jest oddzielna dziedzina. Trzeba wszystko ćwiczyć na nowo. Nagle po tańczeniu brakuje oddechu, a Ty musisz śpiewać, kontrolować swój głos. Ale najlepszą szkołą jest według mnie robić te rzeczy, po prostu. Teraz nie graliśmy zbyt wiele z powodu pandemii, ale powiedzmy, że z 10 razy, i za każdym razem wychodziło coraz lepiej. Wyciągam wnioski i rozumiem dużo więcej rzeczy. Bardzo dużo się nauczyłem przy „Marzycielu”. Było warto. Ogromna lekcja pod względem teatralnym, dynamiki na scenie, dramaturgii, większej świadomości, również reżyserskiej. Dzięki temu robiłem potem spektakl z kobietami, z moimi tanecznymi kursantkami, amatorkami. Bo byłem ciekaw, chciałem się sprawdzić. Dla dziewczyn duże przeżycie bycia na scenie, a dla mnie duże przeżycie bycia z drugiej strony, jako reżyser. Ważna lekcja i dużo ważnych wniosków.

I tak właśnie toczy się moje życie. To jest teraz ten moment właśnie działania samemu. Wiem, gdzie jestem, wiem, czego potrzebuję, co bym chciał próbować i sam tworzę sytuację. To już jest ten inny etap.

Potem dzięki „Twoja twarz (…)” dostałem po raz pierwszy mówioną rolę w teatrze, co mnie przeraziło, ale zebrałem się na odwagę i rzuciłem się na głęboką wodę. I uczyłem się w trakcie. Trafiłem na świetnych aktorów, którzy na szczęście bardzo miło mnie przyjęli i dzielili się ze mną swoimi doświadczeniami. I byłem jak gąbka, bo mnie to fascynowało, więc brałem z tego, ile się dało, z każdego spektaklu. I nawet nie było tak, jak to sobie człowiek wyobraża, że pierwsza myśl związana z teatrem to, że na pewno się zapomni tekst. Jakoś dało radę. Są sposoby na naukę roli. Bardzo fajnie, lubiłem bardzo grać w komediach.

Mówisz, gdzie jesteś, ja tu zerkam na swoje pytania, bo właśnie mam tu takie pytanie: w jakim momencie życia jesteś w kontekście tych marzeń? Czy już masz takie poczucie, że te marzenia się wszystkie sformułowały i teraz skupiasz się na tym, żeby je realizować, czy to jest tak, że jeszcze czekasz na nowe pomysły, nowe inspiracje, na to, co przyniosą kolejne lata?

Człowiek się rozwija, ale też przede wszystkim dojrzewa. Zmieniają się priorytety. To też nagle dużo zmienia. Za zmianą priorytetów kryją się nowe marzenia, zmieniają się cele życiowe. To jest proces. Teraz to jest dużo bardziej świadome. Zrozumiałem, o jaki aspekt muszę w swoim życiu zadbać, żeby czuć szczęście i harmonię. Dla mnie ostatnio takim aspektem są projekty z ludźmi, bo kocham ludzi. Uczę, jestem w kontakcie – na scenie i poza nią. Pojawia się też coraz więcej rzeczy związanych z Sycylią. Również dawanie czegoś od siebie dla innych, może pomaganie to za duże słowo, ale robienie rzeczy, które dają innym szczęście, daje mi wielką satysfakcję. Kolejna rzecz to twórczość. I dla mnie to obojętne, czy będzie to studio tańca, czy lodziarnia. Czy zrobię tort lodowy, czy stworzę coś na scenie. Zrozumiałem, że dopóki tworzę, robię coś kreatywnego, to jestem szczęśliwy.

To są takie moje rzeczy, które zawsze muszą być odhaczone. I to nie ma znaczenia w jakiej formie. I to nie musi być nic wielkiego, wystarczy, że będę to robił tylko dla siebie. Nawet w czasie covida, będąc w domu, dużo gotowałem. Byłem szczęśliwy, bo tak też coś tworzyłem. I było parę takich rzeczy, które kiedy miałem możliwość robić choćby dla znajomych, dawać coś dobrego od siebie, to już dawało mi to wewnętrzną harmonię. Więc to jest cały czas ten sam aspekt, tylko jakby w innym wymiarze. To jest niesamowite.

Zrozumiałem, że dopóki tworzę, robię coś kreatywnego, to jestem szczęśliwy.

A czy przypominasz sobie takie marzenia, które miałeś, ale odpuściłeś? Świadomie powiedziałeś: czuję, że coś mnie wzywa, ale nie pójdę w tamtym kierunku, bo… – i jakieś powody pewnie. Jeżeli w ogóle były takie sytuacje, to pewnie i jakieś powody odpuszczenia.

Nie było, ponieważ mówię, to są jakieś aspekty, które mogę realizować na różne sposoby. Jeśli tej kreatywności nie mogę zrealizować w jakiś dany sposób, to robię to na innej płaszczyźnie, ale i tak zaspokajam tę potrzebę i osiągam harmonię. Liczy się esencja, a nie forma. Dlatego nie ma czegoś, co odpuściłem, bo na wszystko znajdę jakiś sposób. Jeżeli mam śpiewać, to śpiewam, choćby tylko dla siebie albo dla rodziny. Znajdę sposób, żeby to wypełnić i robić, na co mam ochotę.

Brzmi jak spokój. Dla mnie niesamowite jest to, że w Twoich słowach czuję luz.

Bo luz jest tak naprawdę najważniejszy. I akceptacja. To też mi pomaga w trudnych czasach, jakie mamy teraz np. na świecie. Oczywiście też to bywa niełatwe, ale w kształtowaniu charakteru ta akceptacja i umiejętność odnalezienia się bardzo pomaga. Taniec również mnie tego nauczył. W tańcu jest tak, że wszystko ma swoje piękno, trzeba tylko umieć je dostrzec. Coś na początku wydaje się krzywe, ale okazuje się, że jest właśnie ciekawe, bo potem masz punkt odniesienia gdy coś jest wyciągnięte. Taniec jest dla mnie po prostu filozofią życia. Jest moim nauczycielem życia. Jak jest trudno, to myślę sobie, dobra, teraz jest czas na pokorę, żeby potem docenić, itd. To nie są tylko słowa. Robić, nie tylko mówić. Doceniaj, co masz. To wszystko przekłada się też na taniec. Robisz to, tańcząc, i dlatego potem tak samo myślisz o życiu. Nie wiem, czy jest jasne, to co teraz mówię.

Nie wiem, czy to jest jakoś super jasne. Nie wiem też, czy jest potrzeba, żeby było super jasne. Bo jak tak opowiadasz, mam takie myśli, że jak to fajnie jest, że marzyciele to tacy różni ludzie, i że ten sposób realizacji marzeń jest taki różny. Bo część ludzi, z którymi rozmawiam, ma konkretny plan, np. że coś zrealizują w ciągu 10 lat. Mają wręcz sparametryzowane to marzenie. Planują coś sobie, i robią konkretne kroki jeden za drugim. Na drugim biegunie są osoby, które mają podejście takie jak Ty, żeby dać sobie wewnętrzny luz, słuchać siebie, słuchać, co mnie inspiruje, wewnętrznego głosu. I podążać za nim bez takich oczekiwań z góry. I to jest fajne, że są tak różne podejścia, że jednemu bardziej pasuje takie podejście, a drugiemu inne. I myślę, że warto o tym powiedzieć, żeby ludzie nie mieli takiego poczucia, że jeśli mają jakieś marzenia, to muszą mieć wszystko rozplanowane krok po kroku.

Są różni ludzie, różne historie, różne charaktery i najważniejsze to pozostać sobą i iść własną drogą. Na zakończenie „Marzyciela” śpiewam „Moją drogę”, czyli „My way”, ale po polsku. I to jest piękny tekst, który oddaje wszystko. Nie ma jednej słusznej drogi.

Są różni ludzie, różne historie, różne charaktery i najważniejsze to pozostać sobą i iść własną drogą.

Myślę, że to, co łączy te obydwa podejścia, to bardziej ustrukturyzowane i to bardziej wsłuchujące się w siebie, to jest to działanie. I w jednym i w drugim.

Tak, to na pewno. Niezależnie czy działam zgodnie z planem, czy instynktownie, to na pewno nie można czekać, aż samo się spełni, że sobie coś wyobrażę, a potem jakieś tajemne moce zadziałają i tak się stanie. No tak to nie działa.

Dzisiaj, teraz – nad jakimi marzeniami pracujesz, skupiasz się? Co Ciebie dziś napędza?

Może się starzeję, ale to, co dla mnie teraz ma największą wartość i co najbardziej doceniam, to czas. I to, żeby był on jak najbardziej jakościowy. Czyli dla mnie to oznacza w tym momencie jak najwięcej czasu spędzonego z bliskimi. Na pewno ma też na to wpływ to, co się teraz dzieje na świecie. Jestem bardzo rodzinny. Moi bracia, którzy są dużo młodsi, również czują taką wdzięczność za to, że się spotykamy, spędzamy razem czas. To jest piękne. I to jest teraz to moje marzenie, żeby jak najbardziej łączyć moją samorealizację, tworzenie – bo bez tego się uduszę – i czas z bliskimi.

Buduję teraz swoją agroturystykę na Sycylii, gdzie będę organizował wyjazdy, na których będą spotkać się artyści, będę uczył ludzi, wszystko to, czego pragnie moje serce, ale przede wszystkim ważne dla mnie jest to, że tam jest moja rodzina, najważniejsi dla mnie ludzie. Piękny czas razem. I to jest teraz taki mój główny cel, wokół którego się poruszam.

A to będzie otwarta agroturystyka, że każdy będzie mógł do Ciebie przyjechać?

Tak, tak jak mówiłem, kocham ludzi, kocham ich poznawać, również inne kultury. Wyobrażam to sobie jako takie miejsce, którego namiastkę jakby tworzę już tu w Warszawie, małą Sycylię, że będzie to miejsce spotkań, miejsce, gdzie inspirujemy się nawzajem, ale też inspirujemy innych ludzi wszystkim tym, co mnie życie nauczyło, taniec, śpiew, język, gotowanie, wszystko to, co jest fajne i łączy ludzi różnych kultur. Każdy jest mile widziany.

I na jakim etapie jest to przedsięwzięcie?

Cały czas zaczynają budować i co tydzień słyszę, że za tydzień. Wczoraj mi powiedzieli, że za 10 dni na pewno. Więc może w tym roku. I to jest jedna rzecz à propos tego celu, że mówię: dobra, widocznie tak ma być, ale z drugiej strony jest też taka wewnętrzna niecierpliwość trochę, bo bardzo tego chcę, a co chwilę stawało coś na drodze, np. covid. Więc mam tak pół na pół w tym przypadku. Z jednej strony bardzo się niecierpliwię, chciałbym, żeby już było, a z drugiej strony jestem cierpliwy, będzie, jak ma być, na spokojnie. W międzyczasie robię to, na co mam wpływ. Dlatego robię też taką małą namiastkę tego w Warszawie. Tutaj nie mam związanych rąk, tam wiąże mnie jakieś finansowanie, różne sprawy, od których jestem zależny, a tego nie lubię. Bo wtedy nie ma działania. Więc tutaj mam zastępstwo, mogę działać, wychodzi mi to, i pomogło mi się to wyluzować trochę. Widocznie tak ma być.

Czy w tej Twojej drodze dojrzewania i ciągłym uczeniu się, jak słuchać siebie, jak realizować swoje marzenia, tak już zupełnie na koniec tej naszej rozmowy: czy jest jakaś lekcja, coś, do czego doszedłeś i chciałbyś się podzielić ze słuchaczami, widzami naszej rozmowy?

Lekcje są ciągle. Na pewno to, co zrozumiałem, patrząc przede wszystkim na moją mamę, to entuzjazm do życia. Docenianie zwykłych rzeczy, które zatrzymują w nas młodość. Młodość dla mnie to entuzjazm. A starość to kiedy nic Cię już nie kręci. Często widzę ludzi, którzy nawet nie mają 30 lat, ale są pod takim względem starzy, że są zblazowani, że nie marzą, nie mają pomysłu, jęczą. A potem widzę kogoś, kto ma 70 lat i jeszcze idzie na studia. To jest dla mnie lekcja, która się powtarza, i niezależnie od tego co się dzieje, wiem, że nie chcę tracić entuzjazmu, bo to jest coś, co mnie trzyma przy życiu.

Często widzę ludzi, którzy nawet nie mają 30 lat, ale są pod takim względem starzy, że są zblazowani, że nie marzą, nie mają pomysłu, jęczą. A potem widzę kogoś, kto ma 70 lat i jeszcze idzie na studia. To jest dla mnie lekcja, która się powtarza, i niezależnie od tego co się dzieje, wiem, że nie chcę tracić entuzjazmu, bo to jest coś, co mnie trzyma przy życiu.

Jest jeszcze jedno takie pytanie, którego nie zadałam, a bym bardzo chciała. Jak myślisz, co Ci daje napęd do marzeń? Czy to są geny? Wychowanie? A może inspirujący ludzie, których spotkałeś po drodze? A może jakiś tajny składnik, którym się żywisz, tu oczywiście żartuję sobie, ale rozumiem, że kuchnia jest dla Ciebie ważna. Skąd ten entuzjazm, ta energia? Skąd to czerpiesz?

Niestety myślę, że jest to wynikiem naszej historii, naszego wszystkiego. Jestem przekonany, że przyczyniła się do tego cała historia, i te złe i te dobre rzeczy.

A dlaczego mówisz niestety?

Bo wydaje mi się, że niektórzy ludzie, których spotykam, nie mieli na to wpływu. I wtedy muszą pracować podwójnie, żeby zmienić jakieś nawyki, więc to niestety odnosi się do innych. Przynajmniej ja tam myślę. Bo ja miałem szczęście, rodzinę, która dała mi luz i dała mi miłość, to jest najważniejsze. Nie wiedzieli, co mają robić, ale mnie wspierali. I to było dobre, dzięki temu nie odczuwałem presji. Na pewno pomogła też moja kultura, to skąd pochodzę, tak myślę. Sycylia też swoją drogą ma coś takiego, że nawet patrząc historycznie, Sycylijczycy mają w genach sztukę poradzenia sobie. Bo mieli 15 okupacji. Dlatego dobrze rozumiemy się z Polakami. To, że się urodziłem tam, gdzie urodziłem (na to się nie ma wpływu), a także wszyscy ludzie, których spotykałem na swojej drodze, wszystkie doświadczenia, lepsze i gorsze. To wszystko mnie kształtowało.

Ale tą bazą jest to, co dostałem w domu. Bezpieczeństwo, miłość. Potem masz ten luksus, że możesz się takimi rzeczami zajmować. Gdybym wychował się gdzieś w Afryce, gdzie jest wojna i musisz martwić się, żeby przeżyć, to wiadomo, że masz inne cele. Ja mam obraną za cel samorealizację, dlatego jestem wdzięczny światu też za to, na co nie miałem wpływu. Możesz też się uczyć poprzez obserwację, na ile się da, jest to trochę trudne, ale można.

Nawiążę jeszcze do tego „niestety” na koniec, bo z jednej strony rozumiem i chciałabym powiedzieć, że masz rację, mówiąc w kontekście tego, że na wiele rzeczy nie mamy wpływu. Z drugiej strony jestem mamą trójki dzieci, więc myślę sobie, że nie miałam wpływu na to, gdzie się urodziłam, ani na to, w jaki sposób zostałam wychowana, ale mam to szczęście, że jestem z tego bardzo zadowolona, ale to, na co mam wpływ, to jakie warunki i otoczenie stwarzam swoim dzieciom i nie tylko, w ogóle ludziom wokół. Więc z tego, co powiedziałeś, biorę sobie do serca to, żeby bardziej świadomie myśleć i działać w obszarze stwarzania tych warunków i tej pozytywnej atmosfery dorastania dla swoich dzieci, i może bardziej współpracy dla wszystkich osób, które mam wokół siebie.

Żeby nie było, ja bardzo wierzę, że to nie jest tak, że spotkał mnie taki los i wszystko się wiąże tylko z tym. Nie. Myślę, że jeżeli są trudności, to po prostu ta praca, którą trzeba wykonać, jest trochę większa, ale jest do zrobienia. To zależy też od charakteru, bo ktoś, kto miał źle, czuje się zmobilizowany, żeby działać po to, żeby jego dzieci miały lepiej. Wtedy też może spotkać szczęście. Dla mnie to był taniec. Wielka rzecz, bo taniec nauczył mnie życia, ogólnie też sztuka. Więc nawet jeśli ktoś ma trudno, a potem trafi na coś takiego swojego, jak ja na taniec, to też może się odmienić jego życie, więc jest możliwe. Nadzieja jest.

Stefano, bardzo Ci dziękuję za tą rozmowę. Otworzyła mi różne ciekawe kierunki myślenia, więc jestem przekonana, że też dla Was, odbiorców, widzów będzie to bardzo inspirująca rozmowa. Dzięki wielkie.

Bardzo mi miło, zapraszam na „Marzyciela”. Teraz tym bardziej musicie to zobaczyć.

Absolutnie tak.

Jestem ciekawy Waszej opinii.

Dzięki wielkie i do zobaczenia w różnych miejscach.

Do zobaczenia. Wszystkiego dobrego i spełnienia marzeń!

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Scroll to top