NM 72: Klaudia Bogusz – otoczenie ma znaczenie – jak zdobyć Kilimandżaro

  • 00:40:41
  • 11 października, 2022
  • 93,1 MB

Jak zdobyć Kilimandżaro? O tym i nie tylko usłyszysz w dzisiejszej rozmowie! Jest ona dla mnie powodem do dumy i satysfakcji. Moim gościem jest Klaudia Bogusz, która pracuje w Katalogu Marzeń – firmie, którą prowadzę. Rozmawiamy przede wszystkim o spełnieniu jednego z marzeń Klaudii – zdobyciu Kilimandżaro. Jako pracodawca Klaudii, miałam w tym projekcie swój udział. Ponieważ moim marzeniem jest wspierać realizację marzeń jak największej liczby osób, to przykład Klaudii pokazuje mi, że idę dobrą drogą.

Jeśli hasła „Korona Ziemi”, „góry”, „wspinaczka”, a także „trekking”, „podróże”, czy „realizacja marzeń” powodują, że Twoje serce przyspiesza, a na twarzy pojawia się uśmiech, to ta rozmowa jest właśnie dla Ciebie. 

Zapraszam do słuchania!

W odcinku „Klaudia Bogusz – otoczenie ma znaczenie – jak zdobyć Kilimandżaro”  usłyszycie o tym:

  • jak ukształtowała się jej miłość do gór;
  • w jaki sposób wpływa na nas otoczenie;
  • skąd marzenie o Kilimandżaro;
  • jak wygląda organizacja takiej wyprawy;
  • jak należy się odpowiednio przygotować;
  • jakie jest najlepsze ćwiczenie przygotowawcze;
  • w jaki sposób podejść do aklimatyzacji; 
  • czego dowiedziała się o sobie; 
  • jakie widzi podobieństwa i różnice do wejścia na Mont Blanc;
  • jakie są różnice między Klaudią, a pokoleniem jej rodziców;

 

W pełni zgadzam się z tym co mówi Klaudia. Marzenia i ich realizacja ma sens, jeżeli są to nasze marzenia, bo po co spełniać cudze – w końcu życie mamy tylko jedno. Dlatego zamiast porównywać się z innymi, warto patrzeć na drogę, którą idziemy i doceniać wysiłek w nią wkładany. Bo tak jak mówi wiele moich gości, droga – ta nasza własna droga – jest najważniejsza. Jeśli my będziemy się na niej dobrze czuć, to skorzystają z tego także inni. Nie bójmy się więc egoizmu. W zdrowej ilości jest po prostu zdrowy. I dla nas i dla innych. 

 

Do usłyszenia w kolejnym odcinku!

Dodatkowe linki: 

 

Więcej o Klaudii znajdziesz tutaj:

 

Podcast Napędzani Marzeniami dostępny jest też:

A jeśli spodobał Ci się ten odcinek, będę wdzięczna za komentarz i podzielenie się tym odcinkiem z innymi osobami, którym jego treść może być przydatna. Będzie mi też miło jeśli poświęcisz chwile i zostawisz krótką ocenę podcastu w iTunes – dzięki temu inne osoby łatwiej dotrą do tego podcastu.

Cześć, Klaudia!

Cześć, Asiu! I cześć wszystkim słuchaczo-oglądaczom.

Bardzo się cieszę, że tu się spotykamy właśnie w takim gronie. Takie pytanie na start: co Twoim zdaniem było tym efektem motyla, tym machnięciem skrzydeł, które doprowadziło do tego, że tutaj wspólnie siedzimy?

To jest piękne i trudne pytanie, ale spodziewałam się, że ono może paść i przychodzi mi do głowy taka osoba, też kobieta, i była to moja nauczycielka geografii, pani Kasia Płaszczewska, która zmieniła nazwisko i niestety nie pamiętam, jakie jest obecnie. I myślę, że jej działania i jej zapał, i to, że bardzo nas zarażała chęcią do działania, doprowadziło mnie do tego miejsca, gdzie jestem teraz. Rozwinę to pewnie później, ale bardzo miło wspominam i pozdrawiam.

A co to było tak konkretnie? To może będzie też podpowiedź dla nauczycieli, co można robić, żeby rozpalać w uczniach taką miłość do realizacji marzeń.

Powinnam powiedzieć, że to był sposób prowadzenia lekcji, ale tak naprawdę to, co najmocniej wspominam, to były wycieczki w góry. Będziemy dzisiaj pewnie też dużo mówić o górach, bo to jest coś, co mi w sercu gra, i właśnie te chwile z liceum pamiętam najbardziej. Takie poczucie obowiązku. Na tych wycieczkach była taka dyscyplina, że normalnie pewnie nikt nie chciałby w tym uczestniczyć, bo my wstawaliśmy o 4 rano, więc ona dobrze wiedziała, jak nas utemperować, żebyśmy nie szaleli za bardzo wieczorami.

Ale zwiedziliśmy i schodziliśmy te góry wzdłuż i wszerz. I pamiętam, że miałam już wtedy takie poczucie, że mimo tego, że pochodzę z małej miejscowości, to naprawdę ja i inni ludzie realizujemy fajne projekty. Pamiętam np., że ja nie, ale grupa była na Syberii, jechała koleją transsyberyjską, były wielokrotnie wyjazdy na lodowiec, gdzieś do Gruzji. I ja wiem, że to była po prostu też jej pasja, którą ona chciała zarażać nas, tych nastolatków. Jej się po prostu chciało troszkę więcej. I wiem, że to tak ogólnie brzmi, ale to właśnie pamiętam. Ona nie musiała wcale tego robić, ale po prostu jej się chciało. I wlatała też te lekcje geografii w czasie wycieczek, żeby nie było, że to tylko rozrywka.

Nie wiem, jakim sposobem, ale chyba podeślę do nauczycieli moich dzieci tę rozmowę. Mam nadzieję, że to będzie też dla nich inspiracją.

Słuchaj, a co dalej? Jakie wydarzenia po drodze wzmacniały tę miłość, która wtedy zakiełkowała? Albo: jakie zwiększały szansę, Twoją gotowość i chęć?

A czy masz na myśli tylko góry, czy generalnie takie podejście do tego (pozdrawiam Kasię Zawistowską), że trzeba robić rzeczy?

Jedno i drugie.

Wydaje mi się, że ja bardzo długo szukałam i miałam też często taki – nie chciałabym go nazywać słomianym zapałem, bo widocznie musiałam po prostu potestować różne rzeczy i nie sądzę, żeby to było coś złego, że się zaczyna i zostawia jakieś tam pasje – ale to mi pozwoliło wyciągnąć taki główny wniosek, że najważniejsze, co ja mogę sobie dać i stworzyć wokół siebie, to jest moje otoczenie. Wiem, że zabrzmi to trochę jak Paulo Coelho, ale naprawdę mocno wierzę w to, że człowiek jest jak roślina. I jeżeli dostarczy mu się tego, dzięki czemu może rosnąć, kogoś, czegoś, co go inspiruje, to po prostu będzie się rozwijać. Więc te wszystkie jakieś drobne pasje, przedsięwzięcia dały mi ludzi, którzy mnie inspirowali. Inspirowali, a do których starałam się nie porównywać, bo to jest też ważne.

Odpowiadam bardzo długo, więc potem się gubię w tych odpowiedziach…

Takie momenty, wydarzenia, spotkania, może jakiś film, książka. Domyślam się, że to mogły być różne rzeczy, decyzje.

To już było troszkę później, bo już byłam na studiach. Miałam świetną okazję, żeby pojechać na wymianę międzynarodową. Byłam jeszcze na licencjacie. Ale zrezygnowałam z tego, nawet nie próbując. Pamiętam, że z perspektywy czasu byłam na siebie strasznie zła, bo nie rozumiałam w ogóle tej swojej decyzji, i dopiero przy kolejnej okazji, jak już byłam na magisterce dwa lata później, to znowu właśnie otoczenie, w którym byłam (bo byłam już tu w Katalogu), zachęciło mnie do tego, żeby spróbować, mimo tego, że się bardzo tym stresowałam, np. tym, że muszę iść do pracy i zakomunikować/zapytać/powiedzieć, że ja chcę zniknąć i co to teraz z tym będzie, że przecież to jest takie ważne, że praca, że ludzie na mnie polegają.

A okazało się, że nic złego się nie stało. Wręcz przeciwnie, że dostałam taką informację zwrotną: super, działaj, rób, tylko wróć – co było bardzo miłe. Ale tego typu sytuacje (na pewno było ich też więcej wcześniej, tę pamiętam dosadnie) dały mi poczucie, że zawsze warto pytać, bo jedyne, co może się okazać najgorszego, to że ktoś powie nie.

A dlaczego za pierwszym razem na licencjacie nie spróbowałaś?

Wydaje mi się, że tu znów pojawia się temat tego otoczenia właśnie. Nie chcę, żeby to zabrzmiało jakoś źle, bo mi nie było absolutnie źle, ale skończyłam SGH, skończyłam uczelnię ekonomiczną i nikogo pewnie nie zdziwi, że swoją karierę rozpoczynałam właśnie w różnych korporacjach. Poznałam tam świetnych ludzi, było bardzo fajnie, ale jednak byłam troszeczkę w takiej bańce, tak mi się wydaje : że to tak powinno wyglądać i że ja, mając dobrą pracę, mimo tego, że skończyłam studia o semestr wcześniej, więc to był taki idealny moment na tę wymianę, to że po prostu ja nie powinnam tego robić. Nikt mi nigdy tego nie powiedział, ale po prostu czułam, że ta praca jest taką wartością, że ja muszę być tu i teraz i że na te marzenia jeszcze będzie czas. Teraz bym zrobiła trochę inaczej, ale widocznie skądś mi się to wtedy wzięło.

Tak, to jest niezwykłe, że w naszych głowach mieszka taki inny ludzik, który nam mówi różne rzeczy, i że po czasie dojrzewamy do tego, żeby powiedzieć: no nie, on wcale nie podpowiadał nam fajnych rzeczy. Uczymy się, jak z nim rozmawiać i przekonywać go do tego, co jednak dla nas jest fajniejsze.

À propos tej analogii z rośliną, bo jest bardzo fajna, spodobała mi się, myślę, że mamy jedną bardzo dużą przewagę nad roślinami: mamy nogi, mamy ręce, mamy głowę i możemy sobie wybrać tę ziemię, to powietrze, te zbocza i warunki pogodowe, w których rośniemy, i samodzielnie zadbać o to, żeby stworzyć sobie dopływ takich inspiracji, które nam dobrze robią.

Tak, właśnie ostatnio usłyszałam od mojej przyjaciółki coś, co bardzo mi do tej pory rezonuje w głowie, że prawdziwych przyjaciół wcale nie poznaje się w biedzie, tylko wtedy, kiedy osiąga się sukces. I to mnie trochę zamurowało na początku, ale myślę, że to jest bardzo prawdziwe, nieco smutne też. I wiem, że to jest trudne, żeby niektóre relacje kończyć, czasami komuś powiedzieć wprost, że dana relacja nam nie służy.

I ja bardzo dużą uwag zwracam na to, żebym sama nie była taką osobą, która podcina skrzydła. Bo czasami jednym komentarzem naprawdę można komuś odebrać energię do spełnienia jakiegoś marzenia albo planu. I wiem, że trzeba balansować pomiędzy byciem rozsądnym, byciem realistą, a szybowaniem gdzieś tam ponad chmurami, ale szczególnie w tym początkowym etapie, kiedy ktoś do nas przychodzi z jakimś pomysłem, nawet jeśli on się nam wydaje zupełnie nieprzyszłościowy i beznadziejny tak naprawdę, to my po prostu nie mamy prawa, żeby komuś odbierać takie marzenie. Tak uważam. Więc myślę, że to jest bardzo, bardzo ważne, żeby przykładać wagę do tego, z kim spędzamy czas, czy ten ktoś nas inspiruje, czy ktoś nam dobrze życzy, oraz żebyśmy sami też byli takimi wspierającymi ludźmi.

I ja bardzo dużą uwag zwracam na to, żebym sama nie była taką osobą, która podcina skrzydła. Bo czasami jednym komentarzem naprawdę można komuś odebrać energię do spełnienia jakiegoś marzenia albo planu. I wiem, że trzeba balansować pomiędzy byciem rozsądnym, byciem realistą, a szybowaniem gdzieś tam ponad chmurami, ale szczególnie w tym początkowym etapie, kiedy ktoś do nas przychodzi z jakimś pomysłem, nawet jeśli on się nam wydaje zupełnie nieprzyszłościowy i beznadziejny tak naprawdę, to my po prostu nie mamy prawa, żeby komuś odbierać takie marzenie.

I w którym momencie, i pod wpływem jakich inspiracji w Twojej głowie wykiełkowało marzenie wejścia na Kilimandżaro?

Zacznę od tego, że mimo tego, że rozmawiam ze swoją szefową, obiecuję, że nic nie jest ustawiane i mówię to, co chcę. Zaczęłam pracę w Katalogu ponad 3 lata temu i od tamtej pory poznałam bardzo dużo osób, którym się chce robić rzeczy, które robią rzeczy. I to są pracownicy i przyjaciele Katalogu, bardzo różne osoby. I myślę, że tutaj naturalnie wskażę i pozdrowię Miłkę Raulin. Poznałyśmy się niedługo po tym, jak Julka została najmłodszą Polką z Koroną Ziemi na koncie i w sumie nie wiem, kiedy dokładnie był ten moment, w którym sobie pomyślałam, że może ja te bym chciała.

Bo na początku sama się trochę negowałam i myślałam, że po co mi to, że przecież już ktoś to zrobił, więc to nie jest wcale jakieś super wyjątkowe, to już było, ktoś o tym słyszał. Ale Dawid, który z nami pracuje, kiedyś mi powiedział: no i co Cię interesuje, czy ktoś już to zrobił, czy nie? Nie musisz pobijać żadnych rekordów, to jest Twój rekord, Twoje marzenie. My się możemy nawet wszyscy z tego śmiać, ale jeśli dla ciebie to jest ważne, to coś z tym po prostu zrób i zacznij działać.

I to Kilimandżaro jest takie w sumie fajne na początek, jeśli się myśli o górach wysokich. Ponagrywałam się trochę Julce na Instagramie z różnymi pytaniami. Odpowiedziała, zachęciła. I tak sobie jakoś podreptałam na górę.

Nawiązałaś do zdobycia przez Julkę Korony Ziemi. Czy w Twoim marzeniu też od razu był taki szerszy plan, wychodzący poza Kilimandżaro?

Szczerze mówiąc, nie było szerszego planu, ale później, już po zdobyciu Kilimandżaro, pomyślałam sobie, że potrzebuję jednak jakiegoś konkretnego celu. To jest duży cel, ale bardzo fajnie da się go podzielić na mniejsze kawałki. I myślę też, że jest to cel na miarę moich możliwości. Bo oczywiście, ktoś może powiedzieć, że Korona Ziemi jest teraz passe i każdy może na swój sposób skomentować. Teraz też wiem, że dużo większą uwagę się przykłada do wspinaczy, którzy wchodzą na 5-, 6-tysięczniki, ale wyznaczają nowe, trudne drogi. Kurcze, ja tego raczej nie zrobię, nie mam po prostu takich aspiracji. Dla mnie celem jest teraz Korona Ziemi i myślę, że później pewnie się znowu pojawi coś innego, ale na razie to mi chodzi po głowie. Więc tak góra po górze będzie.

Nie wiedziałam, że to są tak dalekosiężne i ambitne plany, więc trzymam ogromnie kciuki i liczę na to, że będziemy mogły w międzyczasie rozmawiać na ten temat. A teraz chciałabym Ci zadać kilka takich konkretnych pytań o wejście na Kilimandżaro. Bo wspomniałaś, że to jest najbardziej dostępna góra z Korony Ziemi i dużo osób ma możliwość, planuje i potrzebuje informacji, żeby zrealizować tę wyprawę. Więc takie podstawy o Kilimandżaro: gdzie ona jest, jaką ma wysokość, jak długo się idzie, jaka tam jest pogoda?

Zacznijmy od tego, że zapraszam na bloga Katalogu Marzeń, bo tam poczyniłam taki długi artykuł właśnie o wyprawie na Kilimandżaro.

Podlinkujemy.

Super. To jest góra w Tanzanii. Najwyższa góra Afryki, jeden z najwyższych wulkanów na świecie. Mierzy dokładnie 5895 m n.p.m. Fenomenalny jest widok i to, jak ona jest usytuowana, bo naprawdę jest płasko, płasko, długo nic, i nagle taki kolos totalny. To jest jedyne miejsce w Afryce, gdzie śnieg można zobaczyć przez cały rok. Lodowiec, nie tylko śnieg. Można wybrać wyprawę, która trwa 6 albo 7 dni, takie warianty są najpopularniejsze. Ja wybrałam taki 7-dniowy, bo chciałam mieć pewność, że będę mieć jeszcze ten jeden dzień na aklimatyzację tak w razie czego. Przed Kilimandżaro moja najwyższa góra miała nieco ponad 3700 m n.p.m., więc to jest duża różnica, ponad 2 kilometry.

Moim zdaniem jak najbardziej jest to góra dostępna dla każdego. Wyzwaniem jest wysokość, bo może się okazać, że mimo tego, że jesteśmy super wysportowani i jak najlepiej przygotowani, to jednak organizm może nie tolerować tej wysokości. Ale też jest to dosyć droga góra, porównując do innych wypraw. Głównie dlatego, że trzeba iść tam z przewodnikiem. Tak jest zbudowany ten ekosystem.

Prawny, nie ze względu na trudność terenu. Żeby wejść na teren parku narodowego, musimy to zrobić z przewodnikiem.

Tak. Z tego utrzymują się ludzie, którzy żyją w tych rejonach, więc też to, że oddajemy jakieś swoje rzeczy tragarzom, porterom, nie może za bardzo wywoływać wyrzutów sumienia, bo oni po prostu z tego utrzymują całe rodziny.

Jeśli chodzi o pogodę, ja byłam tam w lutym i właśnie ten sezon naszej zimy jest bardzo dobry, ale też można się śmiało wybierać od czerwca do sierpnia, wtedy jest troszkę bardziej tłoczno.

I z jakiej wysokości się startuje?

Mniej więcej 1800 m.

Domyślam się, że jest tam wtedy ciepło. A na górze lodowiec.

Tak. Powiem szczerze, że na dole było ciepło, troszkę nam popadało w trakcie drogi, szliśmy bardzo, bardzo wolno i na początku utyskiwałam niesamowicie, że to tempo jest tak wolne.

Jakie przewyższenia dziennie się robi, albo ile kilometrów?

Średnio robi się 800-1000 m przewyższenia, ale te dystanse naprawdę nie są długie, bo łącznie ta droga Machame, którą my szliśmy, która podobno jest najpiękniejsza widokowo, ma ok. 60 km, z tego co pamiętam.

Tak że dziennie wychodzi czasami 8, czasami 10 km albo mniej, więc jest czas na odpoczynek. I to jest moim zdaniem taki dobry wariant wyprawy wysokogórskiej, na której można po prostu się sobie trochę poprzyglądać, czy w ogóle się lubi spać w namiocie, czy jest się w stanie odpoczywać w takim miejscu, czy to Ci daje fun, zwyczajnie.

A jak się przygotowywałaś? I od strony kondycyjnej i od organizacyjnej. Co tam trzeba zabrać, a co zapewnia przewodnik czy agencja?

Na co dzień jestem dosyć aktywną osobą, jest grany rower, czasami się trochę zmuszę do biegania, bo wiem, że to dobre kardio, ale przede wszystkim pakowałam sobie, ile wlezie książek do mojego 30-litrowego plecaka i po prostu naginałam równo po schodach, po klatce schodowej. To tylko 5 pięter, więc już mi się kręciło w głowie, później zaczęłam chodzić na siłownię na te schody. I myślę, że ciężko jest znaleźć lepsze ćwiczenie, które nas przygotuje właśnie do tego, żeby schodzić i wchodzić. Nie robiłam jakichś specjalnych treningów, nie zgłaszałam się do trenera. Jak ktoś ma ochotę, to pewnie, że polecam.

A jeżeli chodzi o samą organizację, to tutaj bardzo pomocna była agencja. Ja akurat leciałam z polską agencją. Można się też wybrać z lokalną, jest bardzo dużo tych agencji, a koszty są w sumie podobne. Cała organizacja jest po stronie agencji, więc ja się czułam tam, szczerze mówiąc, dosyć luksusowo.

Na co dzień jestem dosyć aktywną osobą, jest grany rower, czasami się trochę zmuszę do biegania, bo wiem, że to dobre kardio, ale przede wszystkim pakowałam sobie, ile wlezie książek do mojego 30-litrowego plecaka i po prostu naginałam równo po schodach, po klatce schodowej.

Musisz mieć własny namiot, śpiwór, czy to zapewnia agencja?

Namioty są po stronie agencji, podstawowe jedzenie też. Ciepłe posiłki, woda. Ja musiałam zabrać ze sobą przekąski, jakieś batony energetyczne, które tam ciężko jest znaleźć, kabanosy, czekolady czy orzechy, żele energetyczne. Śpiwór, plecak, rękawice, łapawice, bieliznę termiczną. Wszystko jest wypisane na blogu, bo teraz mogę o czymś zapomnieć, ale nie są to rzeczy, które osoba lubiąca chodzić po górach by nie miała. Kurtka puchówka, w której można też sobie chodzić po mieście zimą, co polecam, bo jest lekka, fajna, dobrze się sprawdza. Więc to też nie jest tak, że trzeba kupować coś, czego się potem nie wykorzysta, o ile się lubi góry albo jakieś sporty.

A od strony mentalnej, na co warto się przygotować? Chciałabym tu nawiązać do tej aklimatyzacji. Bo jeśli ktoś podobnie jak Ty był dotychczas w górach na wysokościach ok. 3000 m (myślę, że ja też byłam najwyżej na mniej więcej takiej wysokości, gdzieś na jakichś alpejskich czy włoskich lodowcach, nigdy nie miałam jakichś takich doświadczeń, żeby było mi niedobrze czy żebym miała ból głowy), to na co warto się nastawić? Bo też samo nastawienie i świadomość, że coś może się wydarzyć, już nas do tego przygotowuje.

Tak, zdecydowanie się z tym zgadzam. Ja dużo czytałam o tej chorobie wysokościowej. Informacje są dosyć ogólne, bo jeżeli ktoś nam mówi, że jednym z objawów jest ból głowy, ta głowa może nas boleć równie dobrze dlatego, że się stresujemy po prostu, albo mieliśmy duży wysiłek fizyczny. Ale wydaje mi się, że najważniejsze jest, żeby nie bać się o tym mówić, bo jeżeli wchodzi się w grupie, to wiem, że ktoś może mieć opory przed tym, żeby się przyznać, bo wydaje mu się, że skoro się źle czuje, to jest słaby. Absolutnie nie. To chodzi o nasze życie i nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czy zrobi nam się niedobrze, niekomfortowo na wysokości 1500 m czy dopiero 5000 m. Oby się nie robiło nikomu niedobrze w ogóle, ale są przypadki choroby wysokościowej też w Tatrach, tak że różnie może być.

Mieć dla siebie po prostu zrozumienie. Bo wiem, że to jest duży wydatek, duży cel, bardzo nam na tym zależy, ale ja też jestem (chociaż często może się tak nie wydawać) bardzo pokorną osobą. Pokorną szczególnie względem natury. I trzeba słuchać swojego organizmu, mieć zrozumienie dla siebie i mieć takie podejście, że to ta droga jest celem, a nie sam szczyt. Każdy chce stanąć na szczycie. Wiem, że łatwo mi mówić, bo już tam byłam, mam to zdjęcie z ukochaną tablicą, ale naprawdę nie za wszelką cenę, po prostu.

Mieć dla siebie po prostu zrozumienie. Bo wiem, że to jest duży wydatek, duży cel, bardzo nam na tym zależy, ale ja też jestem (chociaż często może się tak nie wydawać) bardzo pokorną osobą. Pokorną szczególnie względem natury. I trzeba słuchać swojego organizmu, mieć zrozumienie dla siebie i mieć takie podejście, że to ta droga jest celem, a nie sam szczyt. Każdy chce stanąć na szczycie. Wiem, że łatwo mi mówić, bo już tam byłam, mam to zdjęcie z ukochaną tablicą, ale naprawdę nie za wszelką cenę, po prostu.

Potrafisz sobie odtworzyć ten moment stanięcia na szczycie? Bo ja sobie tak wyobrażam, że to jest taka euforia, satysfakcja, radość, wow, zrobiłam to, takie poczucie, że jest bardzo ciężko, ale ja właściwie niemal fruwam w powietrzu. Myślę, że to jest bardzo indywidualne, ale ja na samą myśl o takim szczycie mam takie uczucie. Jak to było w Twoim przypadku tak naprawdę?

Ja już się śmieję tutaj w duchu, dlatego że Asia akurat widziała już ten mój filmik ze szczytu, na którym ja ryczę i nie jestem w stanie nawet włożyć sobie z powrotem okularów przeciwsłonecznych na nos. Była euforia, było zadowolenie, był płacz ze szczęścia, ale jakieś 6–8 godzin później dopiero, jak zeszłam z tego szczytu.

Nie spodziewałam się, że mnie to tak, kolokwialnie mówiąc, przytyra. Po prostu ten atak szczytowy… było zimno, było monotonnie. I naprawdę, Miłka, ja już Ci to mówiłam, że mi powiedziałaś, że od Stelli to tam jest już tylko pół godzinki i idzie się po płaskim i to już końcóweczka. No tak średnio. I naprawdę byłam bardzo, bardzo zmęczona i przyznam szczerze, że okej, zrobiłam to zdjęcie, było fajnie, ale zaczęłam to przeżywać tak naprawdę głęboko i się z tego cieszyć dopiero, jak zeszliśmy bezpiecznie do tego czwartego obozu i zaliczyłam dwie godziny drzemki i coś zjadłam. Wtedy dopiero sobie pomyślałam: Kurczę! Weszliśmy, i to prawie wszyscy razem, była fajna pogoda, wszystko się udało tak, jak chciałam.

Tak że odroczone troszkę to uczucie szczęścia. Ale jest też takie coś, jak schemat alpinisty, tak to się chyba nazywa, że jak się zdobędzie jeden szczyt, to już się myśli o następnym. I bardzo, bardzo próbuję się tego nauczyć, żeby tak nie robić, żeby sobie dać ten czas na celebrowanie tego sukcesu. Więc się bardzo skupiałam wtedy na tym, że weszłam tam, było to trudne dla mnie, ale osiągnęłam ten cel i żeby się z tego pocieszyć.

W jak dużej ekipie szłaś?

Łącznie było nas dziesięcioro plus liderka Ania z Polski. Bardzo ciepła i myślę, że też odegrała bardzo dużą rolę, szczególnie w trakcie mojego kryzysu. Przedział wiekowy był bardzo duży, od 17 do ok. 60 lat.

A motywacje?

Rocznice ślubu (najstarsza para), więc super, gratuluję ponownie.

Pięknie!

Tak. Albo po prostu właśnie takie wyzwanie, bo chcę czegoś więcej. Ale wiem też, że większość osób nie miała planów na dalsze odkrywanie wyższych gór.

A czego dowiedziałaś się o sobie poprzez tę wyprawę?

Potwierdziłam to, że absolutnie nie ma sensu się porównywać do kogoś innego, bo nigdy nie mamy pełnego obrazu, i że nie ma sensu wstydzić się swoich marzeń. Bo często mamy taki mechanizm, że umniejszamy tym swoim marzeniom, że się boimy coś powiedzieć na głos, bo wydaje nam się, że ktoś nas oceni, że ktoś powie, że to głupi pomysł. I często to sobie powtarzałam, że nawet jeżeli ktoś powie, że Kilimandżaro jest proste – Nie, no kurczę, nie jest proste! To było dla mnie bardzo duże wyzwanie i obiecałam sobie, że jak będę wymyślać kolejne projekty, kolejne marzenia, to właśnie będę je tak oceniać – czy to jest ważne dla mnie, czy to mi samej daje radość i wtedy to działanie ma sens i to ja mam być z tego zadowolona.

No tak, bo jest masa ludzi, dla których Śnieżka, czy jeszcze mniejsze szczyty są marzeniami i wejście na nie też daje masę satysfakcji, tak że każdy ma swój własny Mount Everest, swoje własne marzenie.

Zgadzam się.

A trochę tak z innej perspektywy, bo domyślam się, że poza takim walorem przygodowym, sportowym, taka wyprawa jest też zetknięciem się z inną kulturą, z zupełnie inną częścią świata, z drugiej strony 7 dni, więc relatywnie krótko, ale co Ci zapadło w pamięć z tej perspektywy?

Chciałabym tam spędzić więcej czasu i na pewno do Tanzanii jeszcze kiedyś wrócę, już nie w górskich celach. Było to dla mnie też niestety, ale zderzenie z biedą. No umówmy się, że tak to właśnie wygląda. My, ludzie bogatej Europy, jesteśmy bardzo uprzywilejowani i nie ma co tego ukrywać. I to mnie tak trochę dopadło, że nawet w czasie tego wejścia, gdzie my mamy super buty, każdy z nas ma jakieś goretexy, jest ekstra przygotowany, dobrane kolory i w ogóle, idzie koło nas człowiek, który niesie 4 razy cięższy ładunek na plecach i ma jakieś podarte tenisówki. Ja jestem bardzo wrażliwa na to i gdzieś z tą myślą wracałam, że ja się fajnie bawię, ale ta osoba wędruje tu 30 raz w zupełnie innym celu i dla niej to nie jest już takie fajne. I jednak chciałabym, żeby te różnice między nami się z czasem wyrównywały.

A tak kulturowo bardziej, to niestety, ja tam bardzo szybko poleciałam, weszłam i wróciłam, tak że następnym razem będę opowiadać troszkę więcej o tym. Miałam tylko takie górskie doświadczenie.

Kolejne górskie doświadczenie to był Mont Blanc, na który się wybrałaś niecałe 6 miesięcy później. I tu już nie będę Cię tak szczegółowo wypytywać, ale takie podsumowanie z perspektywy podobieństw i różnic do wyprawy na Kilimandżaro gdybyś mogła zrobić. Zacznijmy od podobieństw.

Duża góra, ryzyko choroby wysokościowej. Tak naprawdę, z podobieństw, o dziwo, to chyba tyle.

Śnieg na szczycie.

Tak. Trochę było na Kilimandżaro faktycznie, ale wiem, że miesiąc wcześniej go nie było wcale, tak że różnie można trafić.

Różnic jest trochę więcej. Mont Blanc jest niższy, ale przez to, że jest wymagane doświadczenie zimowe, czyli chodzenie w rakach, związanym liną (wiem, że to się wydaje banalne, ale w terenie okazuje się, że wcale takie nie jest), trzeba umieć użyć czekana. To przez to, mimo że jest kilometr różnicy w wysokościach tych szczytów, to jednak jest to porównywalny wysiłek. Tak bym to określiła.

Pierwszy raz w ogóle byłam w Alpach, tak że takie mocne doświadczenie od razu. I ja się też zdecydowałam na to, żeby wejść z przewodnikiem, byliśmy związani liną, i to była, myślę, dobra decyzja. Podniosła mocno koszt, ale moje poczucie bezpieczeństwa wtedy było też ważne, mimo tego, że ja takie zimowe górskie (tatrzańskie) doświadczenie mam, to jedna trzeba się obyć trochę z tymi szczelinami lodowcowymi i wiedzieć, co się robi, podejmować szybko decyzje.

Pierwszy raz w ogóle byłam w Alpach, tak że takie mocne doświadczenie od razu. I ja się też zdecydowałam na to, żeby wejść z przewodnikiem, byliśmy związani liną, i to była, myślę, dobra decyzja. Podniosła mocno koszt, ale moje poczucie bezpieczeństwa wtedy było też ważne, mimo tego, że ja takie zimowe górskie (tatrzańskie) doświadczenie mam, to jedna trzeba się obyć trochę z tymi szczelinami lodowcowymi i wiedzieć, co się robi, podejmować szybko decyzje.

Kilometr różnicy w wysokości, a w czasie wchodzenia? W Afryce 7 dni, a w Europie? I właśnie, z którego kraju startowałaś?

My wchodziliśmy z Francji, mieliśmy plan, żeby wybrać drogę klasyczną przez schronisko Gouter, ale niestety w lipcu było tak gorąco, że kamienie wielkości lodówek spadały, przecinając ten szlak i podjęliśmy się wyzwania, żeby wybrać drogę 3M. Ona jest troszkę trudniejsza technicznie. Wg przewodnika wchodzi się 8 godzin, mnie chłopaki przytyrali mocno i weszliśmy w 6, tak że jest to sukces.

Wow! Ale nie tak z samego dołu?

No właśnie, to jest tak, że w Alpach generalnie, jak się chce gdzieś powspinać, to się najpierw wjeżdża kolejką zazwyczaj, więc my startowaliśmy z wysokości 3600 albo 3800 m i trzeba było troszkę zejść i potem wejść. Generalnie atak szczytowy wygląda tak, że wstaje się po północy, chwilkę w schronisku się spędza, wychodzi się nocą, wschód słońca ogląda się po drodze już niedaleko szczytu (jeśli się ma dobre tempo). I to jest 1250 m przewyższenia dokładnie na tej drodze, później trzeba jeszcze, wiadomo, wrócić. Ale to jest do zrobienia w jeden dzień tak naprawdę. Tylko wcześniej trzeba się zaaklimatyzować.

Więc my byliśmy tam tydzień i wyjeżdżaliśmy wtedy kolejką gdzieś do schroniska, przewodnik też nam pokazał bardzo fajne granie, mieliśmy też trochę testowania wysokościowego, ale też technicznego, więc bardzo dużo się nauczyłam na tym wyjeździe już przed samym zdobyciem szczytu, co też pozwoliło przewodnikowi ocenić, czy my w ogóle jesteśmy gotowi na to, żeby wejść na ten szczyt. Gotowi, bo nie byłam tam sama, ale o tym to pewnie przy okazji innego odcinka.

I mam też nadzieję, że powstanie artykuł, który będzie też takim przewodnikiem.

Tak, nawet chyba już jest, tak mi się wydaje. Nie mojego autorstwa, ale to też nie będę zdradzać.

To te podlinkujemy, bo myślę, że warto. A co dalej?

Styczeń. Będzie. Niedługo. Mam nadzieję, że wyjdzie nam Aconcagua. Nam, bo zdecydowałam, że tym razem nie chcę iść z agencją, myślę, że jestem w stanie zorganizować to sama, tudzież we współpracy ze znajomymi. I mówiłam wcześniej o tym otoczeniu, że warto szukać inspirujących ludzi. Oni nie dość, że nas inspirują do spełniania marzeń, to mogą te marzenia spełniać razem z nami. I jeszcze to nie jest dogadane, ale ja już wiem, że Kasia Trzeba-robić-rzeczy się tam na pewno ze mną wybierze i mam tutaj jeszcze parę osób chętnych ze środowiska, ale to zdradzę później.

Tak że Ameryka Południowa. Szukam tanich biletów. Nie ma takich, więc szukam jak najtańszych.

Mówisz o tym otoczeniu i dużym wpływie i wsparciu osób, które są wokół nas. Czy widzisz różnicę między swoim pokoleniem (już się pogubiłam – Y, Z?), a pokoleniem moim, które, mówiąc wprost, jest pokoleniem Twoich rodziców, więc też masz jakiś taki ogląd. W takim podejściu do życia i do realizacji marzeń.

Myślę, że mamy dużo wspólnego, ale też mamy dużo, dużo różnic. Mało konkretna odpowiedź. Na własnym przykładzie mogę powiedzieć, że jestem pierwszym pokoleniem, myśląc o swojej rodzinie, które rzeczywiście jest też bardziej aktywne fizycznie po prostu. U mnie tego sportu nie było jakoś tak, nikt się tym za bardzo nie interesował.

Myślę, że było więcej ruchu tak po prostu, na co dzień. Mniej samochodu, więcej spacerów. Tak przypominam sobie siebie, jak byłam w Twoim wieku.

Tak, z pewnością. Ja widzę przede wszystkim różnicę w podejściu do pracy. Bo dla mnie – pomijając już to, że lubię mieć misję i wtedy mi się łatwiej i przyjemniej działa, jestem bardziej kreatywna i czuję wolność działania – praca jest ważna, ale ona jest takim kanałem do tego, żeby poznać fajnych ludzi, żeby zarobić po prostu na te swoje jakieś dodatkowe marzenia. A widzę tutaj taką kontrę. Nie chcę uogólniać, nie lubię generalizować, ale ten kult pracy był bardziej widoczny. Mój tata bardzo lubi pracować. Z jednej strony to jest fajny przykład, bo wiem, że warto dawać coś od siebie, bo to do nas wraca, tyle że ja to robię też po to, żeby potem mieć czas na odpoczynek. Z nim to muszę jeszcze trochę porozmawiać, żeby ten relaks wdrożył. Bo ja po prostu wierzę też w to, że po to pracujemy, żeby mieć szansę na spełnianie marzeń w czasie wolnym.

Patrząc z perspektywy lat, myślę, że po prostu pokolenie moich rodziców, i po części ja też, musieliśmy trochę więcej wypracować samodzielnie, a teraz wszystkim nam po prostu żyje się lepiej, więc już w momencie startowym łatwiej jest myśleć o tej realizacji marzeń. A moje pokolenie i to starsze ode mnie trochę nie nasiąkły takim podejściem, tak bardzo weszły w tę pracę, że teraz trudno się od niej oderwać, więc trzeba szukać inspiracji. Nie każdy miał takie szczęście, żeby mieć panią od geografii, której chce się więcej.

Myślę, że nie każdy też ma takie szczęście, że ma rodziców czy znajomych, którzy dają dobry przykład. Ale za to na pewno nasi słuchacze mają to szczęście, że trafili na tę naszą rozmowę i mogą posłuchać teraz od Ciebie, skąd czerpać te inspiracje. Wiadomo, że z podcastu Napędzani Marzeniami, pozwolę sobie trochę na autopromocję, ale poza tym podcastem, czy konkretne osoby, książka, film, wydarzenia, cokolwiek. Co podpowiesz?

Ciężko jest dać taką podpowiedź uniwersalną dla wszystkich, ale wydaje mi się, że rozglądać się. I obudzić w sobie taka ciekawość, żebyśmy nie czytali tylko o tym, co już znamy i nie oglądali tylko tego, co już znamy, i nie kręcili się trochę w kółko. Chodzić na festiwale podróżnicze. Jeżeli ktoś nie lubi gór, nie rozumiem, ale może się tak zdarzyć, może ktoś się interesuje motoryzacją. Naprawdę, jest tyle eventów, tyle różnych książek i postaci, które można sobie przyjąć za inspirację, tylko trzeba mieć w sobie troszkę takiej ciekawości, zapału, żeby szukać.

Ja mam nawet swoich influencerów, których podziwiam, lubię i kibicuję im, żeby te społeczności im się rozwijały i sama jestem częścią tych społeczności, np. Dodo Knitter to jest dla mnie super dziewczyna, w moim wieku, a wow, jak ona fajnie opowiada o tych podróżach, mimo tego, że robi zupełnie inne kierunki niż ja, i w innym stylu podróżuje, to jest coś takiego, co nas łączy. I myślę, że każdy może sobie takiego kogoś albo coś znaleźć. Najważniejsze, żeby być ciekawym, żeby nie przestawać szukać.

Najważniejsze, żeby być ciekawym, żeby nie przestawać szukać.

To bardzo ciekawe, co powiedziałaś, bo teraz sobie zdałam sprawę, że część gości podcastu bierze się właśnie z takiej mojej ciekawości i uważności, bo czasem albo coś wyczytam w jakiejś gazecie, albo gdzieś w mediach społecznościowych wyświetli mi się jakaś rozmowa czy czasem nawet reklama, albo w radiu.

Klaudia, takie końcowe pytanie, które staram się zadawać każdemu gościowi, to gdybyś miała taką moc sprawczą, żeby z tej naszej rozmowy w naszych słuchaczach, widzach zapadła jedna myśl, jedno przesłanie, to co chciałabyś, żeby t było?

Chciałabym, żebyście nie porównywali się do innych osób, do ich osiągnięć. Bo nigdy nie macie pełnej informacji o tych osobach i być może są takie obszary ich życia, których wcale byście im nie zazdrościli, jakbyście się o nich dowiedzieli i lepiej je poznali. Więc porównujcie się tylko do siebie. Wiem, że to jest trudne, ale tak będziecie się najlepiej rozwijać i po prostu będziecie mieć też satysfakcję z tego, co robicie.

Wielkie dzięki. Masy satysfakcji z Twoich kolejnych realizacji marzeń i do zobaczenia!

Bardzo dziękuję za rozmowę, to był dla mnie zaszczyt. Jestem podekscytowana (co słychać) i do zobaczenia!

W pełni się zgadzam z tym, co mówi Klaudia. Marzenia i ich realizacja mają sens, jeśli to są nasze marzenia, bo po co spełniać cudze? W końcu życie mamy tylko jedno. Dlatego, zamiast porównywać się z innymi, warto patrzeć na drogę, którą idziemy, i doceniać wysiłek w nią wkładany, Bo tak, jak mówi wielu moich gości, to nasza własna droga jest najważniejsza. Jeśli by będziemy się na niej dobrze czuć, to skorzystają z tego także inni. Nie bójmy się więc egoizmu. W zdrowej ilości jest po prostu zdrowy. I dla nas i dla innych.

Do zobaczenia wkrótce w kolejnym odcinku!

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Scroll to top