NM 32: Jak dożyć setki? Rozmowa z Julianem Sobiechem

  • 00:39:01
  • 5 stycznia 2021
  • 53,5 MB

Większość z nas marzy o długim i szczęśliwym życiu. A jak szczęśliwym, to zapewne też zdrowym. Ale jak dożyć setki? Czy mamy wpływ na osiągnięcie celu, czy też… Nasze dni są policzone?

Na to odpowiada mój dzisiejszy gość: Julian Sobiech. Fizjoterapeuta, dietetyk, przedsiębiorca, ale przede wszystkim założyciel bloga jakdozycsetki.pl. Julian dzieli się zdobytą wiedzą i pomaga nam wszystkim sprawić, by tytułowa “setka” stała się możliwa.

Zapytałam Juliana, co może wpłynąć na długość życia. Poruszyliśmy zarówno podstawy, o których uczymy się w szkole, jak i mniej popularne czynniki, na temat których większość z nas rzadko się zastanawia. 

Nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić Cię do wysłuchania tej ciekawej, a także wartościowej rozmowy!

W odcinku “Jak dożyć setki?” z Julianem Sobiechem rozmawiamy o:

  • wpływie genów, stylu życia i środowiska na długowieczność;
  • roli diety i profilaktyki zdrowotnej w dbaniu o siebie;
  • wpływie temperatury otoczenia na odporność i długość życia;
  • powiązaniu emocji ze zdrowiem;
  • pielęgnacji swojego umysłu;
  • masażu, fizjoterapii i osteopatii;
  • ścieżce kariery Juliana oraz pomyśle na jego blog.

Rozmowa z Julianem bardzo mnie ucieszyła – w końcu utwierdził mnie w przekonaniu, że dożycie do setki jest jak najbardziej możliwe. Musimy po prostu pamiętać, jak kluczowym czynnikiem jesteśmy my sami – a dokładniej nasze decyzje.

Dbanie o siebie jest podstawą w walce o długie i zdrowie życie. Pamiętajmy o odpowiedniej dawce ruchu, zdrowej diecie, ale także spokojnej głowie, a na pewno nie będziemy musieli widywać się z lekarzami częściej, niż potrzeba.

Mam nadzieję, że za 57 lat wszyscy razem zweryfikujemy, co z dzisiejszej rozmowy było najbardziej wartościowe.

Dbajcie o siebie i do usłyszenia w kolejnym odcinku!

Osoby i miejsca wspomniane w rozmowie:

Więcej o Julianie znajdziesz tutaj:

Ja dożyć setki Julian Sobiech

Podcast Napędzani Marzeniami dostępny jest też:

A jeśli spodobał Ci się ten odcinek, będę wdzięczna za komentarz i podzielenie się tym odcinkiem z innymi osobami, którym jego treść może być przydatna. Będzie mi też miło jeśli poświęcisz chwile i zostawisz krótką ocenę podcastu w iTunes – dzięki temu inne osoby łatwiej dotrą do tego podcastu.

Transkrypcja podcastu:

Cześć, Julian! Bardzo dziękuję, że przyjąłeś zaproszenie do podcastu Napędzani Marzeniami. Przyznam, że bardzo wyczekiwałam naszej rozmowy, dlatego że dożyć setki to jest właściwie moje marzenie.

Co więcej – powiem nawet, że to jest mój cel. Zadaję sobie pytanie, czy ja faktycznie mam na to wpływ? Czy to nie jest tak, że my jesteśmy uwarunkowani genetycznie i po prostu gdzieś jest to zapisane, że maksymalnym czasem długości mojego życia może być jednak trochę mniej niż 100 lat.

Tak Aasiu, zdecydowanie masz rację. Każdy z nas ma szansę, ponieważ jest kilka rzeczy, które pozwalają kształtować nam styl życia, nasze zdrowie, sylwetkę. Wpływ genów jest często przeceniany, bo wiele osób myśli, że skoro są otyli, to jest kwestia genów. Moja mama była otyła, podczas gdy to jest też kwestia dziedziczenia nawyków, przyzwyczajeń. Nie mam wątpliwości, że geny mają decydujący wpływ, jeśli chodzi o takie choroby jak Zespół Downa czy fenyloketonuria albo inne wady, które nie pozwalają nawet przyjść człowiekowi na świat, bo trzeba powiedzieć, że wiele ciąż kończy się poronieniem.

W tym wypadku geny mają ogromne znaczenie, to prawda. Natomiast jeżeli ktoś już przyszedł na świat i dożył wieku dorosłego, to znaczy, że ma już mocny zestaw genów. Miał szczęście w loterii genetycznej, więc można zakładać, że – jest to bardzo prawdopodobne, że jednak dożyje przynajmniej tej starości albo późnej młodości.

W tym wypadku ten okres dorosły, to jak on będzie przebiegał – mam na myśli głównie stan zdrowia, bo nie da się ukryć, że jak żyjemy zdrowiej, ale i lepiej, bo o prostu odpada nam z głów całe mnóstwo problemów. Dlatego zdecydowanie warto się starać.

I tak – styl życia odpowiada za stan zdrowia w mniej-więcej 50%. Jestem fanem tzw. pół zdrowia Marca Lalonde. To były minister zdrowia Kanady. Wysnuł taką koncepcję, że wbrew intuicji stan zdrowia tylko w 10% zależy od opieki zdrowotnej w danym kraju, a to dlatego, że dobrego lekarza potrzebujemy zdecydowanie rzadziej, niż dobrego ruchu czy dobrego jedzenia na przykład.

Wpływ genów, jakość i długość życia oszacował na 20%, kolejne 20% to środowisko – czyli to gdzie żyjemy, w jakim otoczeniu, z jakimi ludźmi, jakie mamy relacje z bliskimi czy nawet z dalszymi – na przykład, jeżeli żyjemy na początku w wielodzietnej rodzinie, ale te relacje są bardzo dobre, przyjacielskie i tak dalej, to nawet niespecjalnie potrzeba dużej grupy znajomych, żeby wykształcić w sobie umiejętności społeczne i zachować zdrowie psychiczne.

Lubię matematykę. Lubię liczby, więc szybko sobie policzyłam – 50, czyli styl życia, 20 – środowisko, 20 – geny i 10 – opieka zdrowotna. Czyli można powiedzieć, że 70%, 80% mam wpływ na swoje życie!

Dlaczego mówię 70%, 80%? Bo styl życia de facto to ja determinuję, ja wybieram, jaki styl życia chcę mieć. Środowisko – może tutaj troszeczkę trudniej, ale ja też mogę sobie wybrać, czy chcę mieszkać w tych przysłowiowych Bieszczadach, czy w dużym mieście. Sposób, w jaki kształtuje relacje to są też moje decyzje i ostatnie 10%, opieka zdrowotna – no to w pewnym sensie też mam na to wpływ. Odpowiednio dbając o profilaktykę, chodząc do lekarzy, których samodzielnie wybieram. Faktem jest, że przy publicznej opiece zdrowia nie każdy ma taką możliwość, ale to temat na inną dyskusję niż nasza.

Do czego dążę – dążę do tego, że bardzo ucieszyła mnie Twoja odpowiedź, bo to znaczy, że niemalże wszystko w moich rękach i ta setka będzie w zasięgu. To przechodząc do tego kluczowego elementu – 50%, czyli stylu życia. Co się na ten styl życia składa?

Na pewno styl życia składa się w nieznanych mi ani nikomu proporcjach – ruch, dieta – oczywiście nie odchudzanie, tylko sposób odżywiania oraz profilaktyka.

Ruch, wiadomo – chodzi o to, żeby unikać siedzącego trybu życia i to jest, skoro lubisz liczby, bardzo dobra informacja, bo to też jest policzalne. Absolutna podstawa to jest to 8000 kroków dziennie, w mediach bardzo często podaje się liczbę 10000, natomiast jest to trik psychologiczny.

Ty mów dalej a ja sprawdzę, jaką mam średnią liczbę kroków!

Dobrze! Bardzo dobrze powiedziałaś, że chodzi o średnią z ostatnich dni, bo chodzi o średnią w dłuższej perspektywie. 8000 to jest takie minimum, żeby zachować zdrowie stawów, układu krążenia. Mało kto wie, że stawy są odżywiane w taki specyficzny sposób, bo jedynie przez maź stawową.

Ona jest wyciskana do stawów w trakcie obciążenia, zassana, gdy staw się odciąża, rozluźnia. Dokładnie do tego dochodzi w czasie chodzenia. To są powtarzające się sekwencje: dociążenie, odciążenie. To jest jedyny sposób, żeby odżywić stawy. Bez tego one po prostu obumierają i odchodzi do zwyrodnień. Dlatego zarówno leżący styl życia – może to niefortunne wrażenie, bo mam na myśli pacjentów, którzy są przewlekle chorzy albo wręcz nieprzytomni. U nich trzeba wykonywać ćwiczenia, żeby chociaż mieć namiastkę tego, bo bez tego stawu bardzo szybko się rozsypują. Natomiast druga skrajność to jest na przykład modne ostatnio stanie w pracy przy biurkach. Są biurka pozbawione krzeseł. Nie jestem do końca fanem tej koncepcji, bo raz, że stawy są przez cały dzień obciążone a dwa, że męczą się też mięśnie posturalne, które wbrew pozorom, mimo że się nie ruszamy, to jednak przez cały dzień są napięte. Mięśnie czworogłowe, mięśnie pleców. I to jest męczące. Razem z tym męczy się też układ nerwowy, bo te mięśnie, żeby być przez cały czas napięte muszą otrzymywać bodźce. Układ nerwowy też bardzo szybko się męczy, więc siłą rzeczy nie jest to idealna koncepcja, bo po prostu nie przysłużą się niczemu. To jest złudzenie, że w ten sposób pokonujemy siedzący tryb życia.

To jest taka podstawa. Generalnie bardzo dobry jest ruch – jakikolwiek. To nie musi być sport. Grunt, żebyśmy siedzieli przez mniej niż 8-10 godzin dziennie. Jeżeli przez większość dnia jesteśmy w stanie gdzieś tam się krzątać nawet w kuchni czy w ogródku, to już jest super i naprawdę nie potrzeba nic więcej, żeby zachować zdrowie.

To był ten pierwszy punkt: ruch. Drugi punkt, mówiłeś, dieta. To są takie absolutne podstawy. Pytam o podstawy, bo wiem, że moglibyśmy mówić o tym bardzo długo, a ja tu mam kilka takich pytań, które bardzo chciałabym ci zadać.

Dobrze, to skoro mówimy o tych ogólnych zasadach: przede wszystkim, mimo że wiele osób nie lubi matematyki, no to jednak przydaje się umiejętność liczenia kalorii. Zawsze zalecam to osobom, które nigdy tego nie robiły, a chciałyby na przykład schudnąć. Nie chodzi o to, żeby wszystko ważyć, mierzyć i tak dalej, ale kilka tygodni takiej praktyki pozwala wypracować to takie myślenie, które pozwala od razu oszacować jaki posiłek ile ma kalorii, ile białka, węglowodanów, tłuszczu jest naprawdę bardzo proste na takim podstawowym poziomie, absolutnie kluczowe. Węglowodany i tłuszcze należy traktować jako paliwo, tłuszcz jest, wiadomo, nośnikiem witamin i ma parę innych funkcji.

Białko to jest głównie budulec, więc znając swoje zapotrzebowanie, co też jest proste do oszacowania – nie będziemy już też wchodzić w te szczegóły, ale jest mnóstwo kalkulatorów w internecie, one są dość dokładne.

Można oszacować swoje zapotrzebowanie i na tej podstawie, mając już tę wiedzę ile, jaki produkt zawiera, jakich wartości odżywczych, możemy bardzo łatwo dopasowywać te posiłki nawet patrząc w sklepie, że potrzebuję tego, nie mam jeszcze mięsa do obiadu, o – jest białeczko, jakiś tłuszcz, jakieś warzywa i tak dalej. To są w praktyce bardzo proste rzeczy. Po kilku tygodniach każdy jest w stanie to załapać.

Druga sprawa, moim zdaniem najważniejsza, to jest unikanie niedoborów. Tutaj bardzo przydają się takie aplikacje jak darmowe Fitatu. Wybacz reklamę, ale to jest darmowa aplikacja, dostępna dla wszystkich. Gdy wpisze się tam wszystkie posiłki, jakie się danego dnia zjadło, to pokazuje nie tylko ile zawierało się w nich białek, węglowodanów czy tłuszczów, ale też witaminy i inne pierwiastki. Na tej podstawie jesteśmy w stanie wyłapać, czy na przykład nie potrzebujemy więcej wapnia lub witaminy B12, tego typu rzeczy.

I tutaj bym przeszła płynnie do tego tematu trzeciego, czyli profilaktyka, bo to też jest związane ze zbadaniem ewentualnych niedoborów. To jest tylko jeden element, wiem, a ty zaraz opowiesz szerzej.

Profilaktykę zaliczyłem do stylu życia, mimo że ona ma sporo wspólnego z opieką medyczną. Natomiast tu chodzi o takie podstawowe parametry, które nie wymagają jakiejś kosmicznej technologii. Warto na przykład raz na pół roku, raz na rok iść zbadać krew, wybrać się do dentysty, minimum raz na rok, nawet częściej. Chodzi o to, żeby wpleść do swojego stylu życia na stałe takie drobne kontrole i obserwowanie swojego ciała, gdy coś boli to tego nie wypierać, tylko iść do specjalisty, bo jeśli przez 3 miesiące boli kogoś bark albo ma regularne migreny, to jednak fizjoterapeuta czy lekarz ortopeda to jest osoba, która może bardzo szybko taki problem uciąć. I zamiast męczyć się z tym miesiącami czy latami, można błyskawicznie skasować taki problem.

Chodzi o takie poczucie – alertness. Coś à la uważność, żeby być cały czas po prostu świadomym i nie ignorować takich początkowych, pierwszych objawów.

Przekroczyłam już tę magiczną liczb z 4 z przodu. W roku 40. urodzin wymyśliłam, że na każde urodziny to będzie dla mnie moment, żeby pamiętać o tym pakiecie badań kontrolnych. Nie muszę wiec sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz je robiłam, bo wiem, że czerwiec – miesiąc moich urodzin, to mniej więcej wtedy faktycznie robię te podstawowe badania krwi, USG, żeby upewnić się, że wszystko jest w porządku.

Wiem, że się tak prześlizgnęliśmy po tych tematach tej trójki: ruch, dieta i profilaktyka. Na ten temat jest bardzo dużo źródeł i informacji, myślę, że też wiele osób ma taką wiedzę podstawową.

Chciałabym cię zapytać o kilka takich specyficznych rzeczy, które albo gdzieś wyczytałam, albo usłyszałam – wydaje i się, że są ważne. Chciałabym, żebyś to zweryfikował.

Pierwszy punkt to jest zimno, a zimno rozumiane jako temperatura, w której przebywamy. Wyczytałam, że jeśli w domu, w mieszkaniu im niższa temperatura, tym dłuższy wiek, do którego możemy dożyć. I do tej temperatury w domu od razu dodam pytanie o takie aktywności jak morsowanie i zabiegi jak krioterapia.

To może zacznę od końca, tak będzie najprościej. Jeśli chodzi o morsowanie, to wbrew intuicji i wbrew powszechnej opinii, trochę brakuje dowodów naukowych na skuteczność morsowania, natomiast dowody naukowe to jedno, a drugie to statystyka. I statystyki pokazują, że faktycznie morsy rzadziej zapadają na przeziębienia, więc moim osobistym zdaniem, mimo że akurat tutaj trochę brakuje dowodów, mocnych dowodów, bo jakieś pojedyncze badania się pojawiają, to jednak warto morsować.

Kiedy więc ktoś mnie pyta o opinię, to jestem zdecydowanie za tym, żeby spróbować. Krioterapia jest często stosowana w postaci na przykład komór, w której regenerują się sportowcy. Teoretycznie skoro stosują to wielcy mistrzowie, to zwykli ludzie też mogliby na tym skorzystać, natomiast pojawiło się w ostatnich latach kilka takich badań, które sugerują, że jednak jeśli chodzi o urazy – bo na przykład po treningu zakwasy, czyli DOMS-y, czyli delayed onset muscle soreness, to jest nic innego jak stan zapalny spowodowany mikrourazami. I teoretycznie zimno powinno przyspieszać regenerację, natomiast wbrew pozorom jest odwrotnie.

Bo czy przy urazach większych niż naderwanie mięśni czy nawet złamania zimno spowalnia regenerację i powoduje, że te komórki, które odrastają w miejscu tych zniszczonych są nie dość, że rzadsze to jeszcze mniejsze i trochę zdeformowane. To też jest jeszcze kwestia do zbadania, natomiast tutaj akurat należy być ostrożnym. Morsowanie więc stawiam nieco wyżej niż krioterapię.

Jeśli chodzi o temperaturę, w której przebywamy – jeśli chodzi o sypialnię, to tutaj sprawdzają się zazwyczaj – statystycznie – temperatury typu 18-19 stopni, czasem 20. Chodzi o to, żeby to była trochę niższa temperatura, niż w zwykłym pomieszczeniu w ciągu dnia, a zazwyczaj w większości mieszkań jest to 21-22 stopnie, bo w nocy my też się nieco wychładzać. Nie ruszamy się, nie produkujemy tyle ciepła.

To można akurat samemu, metodą prób i błędów wypracować, jaka temperatura komu odpowiada i w jakiej czujesz się komfortowo. Natomiast w takim szerszym kontekście, bo można to podłączyć pod kwestię klimatu, to tutaj wbrew pozorom też nie ma to wpływu na długość życia, bo jeśli spojrzymy na kraje, które są w czołówce państw, których obywatele żyją najdłużej, to znajdziemy tam zarówno Islandię, która jest położona bardzo daleko na północy. Nasza zima i jesień to jest nic przy klimacie islandzkim. Jest tam teoretycznie według niektórych zimno i depresyjnie, ale statystyki na to nie wskazują, bo Islandczycy żyją bardzo długo. To samo można powiedzieć o Finach, Norwegach, Szwedach, cała Skandynawia. Natomiast na drugim biegunie jest Singapur. To jest wprawdzie małe państwo-miasto, ale w klimacie równikowym. Tam przez cały rok jest 31-32 stopnie, więc to jest jakby drugi biegun.

Wiadomo, że ani na biegunie, ani na Saharze człowiek dużo nie przeżyje, ale ta rozpiętość, w której ludzie potrafią się dostosować, zaadaptować i żyć długo pokazuje, że mamy ogromne zdolności w tym zakresie, więc temperatura nam specjalnie w tym nie przeszkadza. Można żyć długo, średnio nawet 82 lata w tych krajach skandynawskich, jak i w Singapurze czy Australii. Są więc inne czynniki – klimat ani temperatura nie są tu kluczowe.

Może tym innym czynnikiem jest to o co chciałam cię zapytać jako drugi punkt, czyli emocje, emocjonalność, charakter. Bardzo upraszczając, ludzi można podzielić na takich stoików, którzy zarówno duże, życiowe tragedie, jak i wielkie radości przyjmują ze spokojem.

I druga grupa ludzi to ci, którzy mocno rozpaczają, przeżywają, jak dzieje się coś złego i równie mocno świętują, cieszą się jak dzieje się coś pozytywnego. Tak sobie teraz skojarzyłam, że powiedziałeś o Skandynawii, Singapurze – zarówno Skandynawia jak i północne kraje kojarzą mi się z takim właśnie większym spokojem, Singapur to daleka Azja – w sumie też mi się kojarzy daleka Azja z ludźmi, którzy tych emocji nie pokazują. Nie wiem, czy nie przeżywają ich w środku. Ale raczej chyba tak bardzo nie pokazują.

Pytanie brzmi: czy to podejście, ta emocjonalność – czy to może mieć wpływ na długość naszego życia?

W mojej intuicyjnej ocenie musimy tutaj rozróżnić dwie kwestie, czyli charakter i temperament. Temperament jest wrodzony i niezmienny, on się ujawnia już w pierwszych miesiącach życia i bardzo łatwo to zauważyć, bo każdy zna jakieś osoby, które są naturalnie pobudzone, wszędzie ich pełno, mają mnóstwo energii. I z kolei też na drugim biegunie są tacy stoicy, wycofani melancholicy, którzy potrzebują więcej czasu do namysłu albo wszystko robią wolniej. I to jest temperament – tego nie da się zmienić, chociaż niektórzy określają, że temperament jest jak sprężyna, czyli można go lekko nagiąć, ale koniec końców i tak wróci do pierwotnego kształtu. Natomiast charakter to jest już trochę inna spraw a i tutaj wrzuciłbym też takie cechy jak umiejętność radzenia sobie ze stresem, bo zarówno te silne emocje, pozytywne, jak i negatywne, wielkie porażki, sukcesy, są określane jako stresor w psychologii, więc teoretycznie patrząc też od strony medycznej i te dobre emocje – w cudzysłowie „dobre,”, bo wszystkie emocje są dobre, i złe mogą być szkodliwe w nadmiarze.

O ile nie mamy jakiegoś wentyla! Tutaj bardzo przydaje się umiejętność radzenia sobie ze stresem. Tutaj mam do dodania – bo wspomniałem w zasadzie wykład. To był wykład z TEDx, pani nazywa się Kelly McGonigal – jest bodajże psychologiem, bodajże z Ameryki. Ona zajmuje się generalne właśnie problemami ze stresem. Zauważyła coś takiego, co wydaje się poparte badaniami, że stres owszem, jest szkodliwy – a nawet bardzo, bo chroniczny stres zwiększa ryzyko przedwczesnej śmierci o 43%. Natomiast wyłącznie u osób, które są świadome, a raczej wierzą w to, że ten stres szkodzi. Jeżeli człowiek traktuje go jako sprzymierzeńca w walce albo coś, co powoduje takie pobudzenie, które ułatwia radzenie sobie z wyzwaniami, to tutaj jest już zdecydowanie łatwiej i taki stres nie jest szkodliwy. To jest jedna sprawa.

Druga sprawa jest taka, kiedy człowiek potrafi sobie przetłumaczyć te swoje reakcje na stan fizjologiczny. To jest taka umiejętność – taka inteligencja. Chodzi o to, że gdy dopada nas ciężki stres, wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego, co się z nimi dzieje. Po prostu czują napięcie, pobudzenie, fale gorąca.

Natomiast jeśli ktoś zdaje sobie sprawę albo potrafi zauważyć, tak jak osoby zaznajomione z jogą albo medytacją potrafią stanąć obok i zacząć siebie obserwować. Widzą, że „O, teraz szybciej bije mi serce”, „Teraz zaczynam się pocić, teraz czuję coś w brzuchu”. Czyli potrafią sobie uświadomić i nazwać te stany, w których się znajdują, to jakby to napięcie dużo łatwiej się rozładowuje. Badania właśnie pokazują, że to też ma ogromny wpływ na to, że ten stres przestaje być niszczący. I przestaje wpływać negatywnie na długość życia.

Ostatnia rzecz to jest pomaganie innym, bo okazuje się, że nawet osoby zestresowane albo samotne, które jednak znajdują w swoim życiu przestrzeń, żeby dzielić się swoją wiedzą, doświadczeniem albo po prostu czasem z kimś innym, z kimś samotnym, potrzebującym – u nich dochodzi do takiego zadziwiającego procesu, takiej fantastycznej regeneracja.

U osób zestresowanych – to jest akurat powszechna wiedza – dużo częściej zdarzają się choroby serca. U osób, które angażują się w pomaganie innym, te rany lepiej się zabliźniają, ciało nagle zdobywa nowe moce regeneracyjne. I tutaj łącząc te wszystkie składniki okazuje się, że jeśli ktoś potrafi panować nad stresem i jeszcze dzieli się tym, co umie i tym, co ma ze światem, to jednak ten stres wcale nie musi być taki niszczący.

Bardzo to jest ciekawe. W szczególności ten fragment o pomaganiu, bo myślę, że to też jest łatwe do wdrożenia w życie. Faktycznie myślę, że tu mechanizm – na logikę to analizuję teraz – może być taki, że jak pomagam to znaczy, że ktoś, kto potrzebuje pomocy jest w trudniejszej sytuacji niż ja, czyli ja jestem w lepszej sytuacji. A jeszcze mam tę możliwość, żeby pomóc, czyli czuję, że ma pozytywny wpływ na czyjeś życie i dzięki temu moja uwaga, od tych moich trudności przenosi się na to, że ja robię coś pozytywnego dla innych. Tak sobie tłumaczę ten mechanizm.

Jeśli chodzi o stres, to też jest bardzo fajne i pozytywne, to o czym mówiłeś – odczytuję to tak, że to nie stres wpływa na ewentualne skrócenie naszego życia, tylko nasze nastawienie do tego stresu. Zarządzanie stresem i uważność.

Cieszę się, że tak jest – o tych psychosomatycznych aspektach. Pamiętam z czasów szkolnych, że zawsze przed klasówkami mnie bolał brzuch. Dosyć szybko zdałam sobie z tego sprawę, że to nie jest ból, bo coś się dzieje, tylko ból związany z tym stresem i później faktycznie mniej się tym przejmowałam.

Było o zimnie, było o emocjach – trzeci temat, który chciałam poruszyć to jest kwestia umysłu. Na ile dbanie o umysł wpływa na przedłużenie naszego życia? I jak można o ten umysł zadbać?

Z umysłem jest tak samo, jak z mięśniami, czyli wymaga stałego treningu. Natomiast sytuacja jest o tyle lepsza, że to, co wypracujemy działa dużo dłużej i jest łatwiejsze i przyjemniejsze do wykonania.

Pół roku bez treningów i leżenia w łóżku, po mięśniach nie ma śladu. Natomiast to, co wypracujemy przez całe życie, głód wiedzy, który nas napędza i powoduje, że gromadzimy przez całe życie nowe bodźce i nowe informacje, to jest kluczowa cecha, która pozwala zachować dobrą kondycję umysłu i tu i teraz, i przedłużyć nasz okres, kiedy jesteśmy w pełni wydajni.

Chodzi o to, że wiele chorób jak demencja czy choroby neurodegeneracyjne polega na tym, że w mózgu tworzą się „dziury”, tkanka zanika. Mówiąc tak na logikę, łopatologicznie, to im więcej zgromadzimy przez całe życie informacji i bodźców, wytworzymy połączeń nerwowych, tym dłużej zejdzie się czasowi, żeby nadgryźć ten nasz mózg. Oczywiście zdarzają się wyjątki, bo nowotwory czy jakieś demencje o piorunującym przebiegu to jest oczywiście kwestia na ten moment nie do pokonania, natomiast patrząc tak szeroko, podpierając się badaniami naukowymi, wiemy, że głód wiedzy i nauka, wykształcenie – nie tylko formalne, ale też samokształcenie, to są takie czynniki, które bardzo przedłużają życie i pozwalają nam lepiej konsumować świat dookoła. Bo wiadomo, że im więcej wiemy, im więcej rozumiemy z tego, co się dzieje, no to nie tylko zapewni nam dłuższe życie, ale też przyjemniejsze.

Czyli mamy lepszy bieżący komfort życia, jak i zwiększamy jednocześnie szanse na to, żeby dożyć setki. Bardzo mi się ten koncept dożycia setki podoba i bardzo mi się nazwa twojego bloga podoba. Znalazłam taki wpis, jeszcze w kontekście dbania o umysł – wpis o 9 sposobach, jak odmłodzić mózg i umysł. tam jest głębokie oddychanie, relaksacja, czytanie, uczenie się nowych rzeczy, podróżowanie, bycie ciekawym świata, szukanie nowych bodźców, joga, medytacja, ćwiczenie i ciała, i umysłu. Pobudzanie wyobraźni książkami, muzyką, grami. Długa lista!

Teraz chciałabym przejść do czwartego punktu, który mnie intryguje. Hasłowo nazwałam go sobie „Fizjoterapia”, ale tak naprawdę chodzi mi w szczególności o masaże. Sama wyróżniam dwie kategorie. Masaże dla sportowców, które są związane z tym, żeby szybciej przywrócić ich ciało do formy – po dużym wysiłku, po jakichś urazach, a druga kategoria masaży, którą kojarzę, to są takie masaże stricte relaksacyjne, żeby się przez godzinkę miło poczuć.

Wydaje mi się, że w tych masażach jest coś więcej. Poza tym relaksem mają dla takiego zwykłego człowieka także pozytywny wpływ. Jak to jest naprawdę?

Chciałbym o razu rozszerzyć to pojęcia „masaż” o wszystkie techniki manualne, bo trudno czasem to rozgraniczyć. Masażem będzie zarówno dwuminutowy masaż mięśni podpotylicznych, jak i godzinny, relaksacyjny masaż. Wymieniłaś dwie kategorie: masaż relaksacyjny i sportowy, a ja bym dorzucił jeszcze masaż leczniczy. Tutaj spektrum, na jakie możemy działać jest bardzo szerokie, bo – to jest akurat moja specjalność, zajmuję się między innymi leczeniem bólów głowy w ten sposób. Wszyscy jesteśmy skonstruowani w ten sam sposób. Mamy te same kości, te same mięśnie, które przyczepiają się w tych samych miejscach. Napięcie u większości osób też gromadzi się też gromadzi w tych samych miejscach. One się ujawniają w postaci tzw. punktów spustowych. One są wyczuwalne palpacyjnie, to znaczy możemy poczuć takie twarde grudki, okrągłe, czasem obłe wyczuwalne nawet dla amatora, który nigdy nie masował i rozluźnienie takich punktów, czy to masażem, czy mocniejszymi technikami jak terapia punktów spustowych pozwala to napięcie uwolnić.

To się wydaje błahe, ale tak naprawdę – w szkołach tego nie uczą – my jesteśmy wciąż jakieś 20 lat za zachodem w tych kwestiach. W Polsce coraz większą popularność zdobywa osteopatia. Coraz więcej się o tym słyszy i bardzo dobrze, bo ona pozwala znaleźć przyczyny bólu często w zupełnie innych miejscach, niż naprawdę boli. Pod tę definicję podpadają też punkty spustowe, o których mówię. Chodzi o to, ze na przykład mamy taki mięsień mostkowo-obojczykowo-sutkowy, który biegnie od ucha do obojczyka, mostka. W momencie, gdy ktoś siedzi jak my teraz – ma stale skręconą głowę, my to pół biedy. Posiedzimy tak przez godzinę, ale jeśli ktoś ma w pracy na przykład monitor zwrócony w tę stronę, to napięcie będzie mu się gromadziło stałe i będzie nie do skondensowania. Będzie go tyle, że ten mięsień po prostu stwardnieje.

O czym mało kto wie, to napięcie często powoduje ból przy gałkach ocznych. Podobnie mięśnie podpotyliczne, o których wspomniałem – one są bardzo małe i znajdą się na granicy szyi, czaszki, ale z racji tego, że przyczepiają się do opony twardej, gdy są spięte – u osób, które siedzą zgarbione albo z głowa zwieszoną w przód, trzymają tę głowę, żeby nie upadła. Jeśli więc garbisz się w pracy, te mięśnie również znajdują się w stanie ciągłego napięcia i masaż jest tu po prostu zbawienny, bo to, że mięśnie podpotyliczne i cały ten kompleks dookoła – szyja, kark i tak dalej, to że potrafi rzutować na oponę twardą, pośrednio wpływa na mózg, bo ciągnąc za tę oponę, zwiększa się ciśnienie na mózg i przez to pojawia się mnóstwo objawów neurologicznych czy pseudo neurologicznych, bo pacjenci często mają zawroty głowy albo właśnie ciężkie migreny niewiadomego pochodzenia, a okazuje się, że źródłem są takie drobne punkciki, punkty spustowe.

To brzmi tajemniczo – ja bardzo staram się to promować, przynajmniej wśród swoich odbiorców, bo to jest nie dość, że proste, to jeszcze skuteczne i pozwala pozbyć się problemów, które z ludźmi są dosłownie przez lata, bo spotkałem już mnóstwo osób. Zresztą, takie grono jak moja Karolina, która latami cierpiała na migreny, miała ataki dwa razy w tygodniu w kulminacyjnym momencie, a takie ataki to jest kilkanaście do kilkudziesięciu godzin wyjętych z życia po prostu. Ona miała światłowstręt, zawroty głowy, raz zemdlała z tego bólu i okazało się, że wystarczyło popracować nad sylwetką i doraźnie stosować ten masaż.

Masaż leczniczy pozwala naprawdę zwiększyć komfort życia. Pośrednio myślę – bo także wydłużyć życie, bo życie właśnie z taką migreną przysparza mnóstwo stresu i to tego najbardziej szkodliwego.

Potwierdziło się, że warto dbać o swoje ciało właśnie w ten sposób, o którym rozmawiamy, czyli również poprzez masaże.

Julian, zmieniając trochę temat. Chciałam się ciebie zapytać i troszkę zbliżając się do końca naszej rozmowy – skąd zrodził się ten pomysł bloga Jak dożyć setki i propagowania wiedzy, którą przez ten blog nam serwujesz?

Chciałbym jakoś prosto odpowiedzieć na to pytanie, ale sam nie wiem, w którym momencie określić początek. O tym, jak wygląda moje życie teraz zdecydowałem jakieś 15 lat temu, czyli jeszcze w gimnazjum. Człowiek jeszcze wtedy nie za wiele wie, nie za wiele rozumie, ale już musi decydować o sobie. U mnie takim momentem był wybór klasy w liceum.

Byłem równie dobry z matematyki co z biologii, miałem wielki dylemat. Wybrałem matematykę – maturę zdałem bez problemu, przeszedłem liceum, dostałem się na Politechnikę – prawie nikt nie wie, że studiowałem tam prawie dwa lata – dostałem się na inżynierię biomedyczną, bo ta medycyna jakoś zawsze mnie ciągnęła. Stąd te dylematy, już od gimnazjum. Niestety okazało się, że jest to bardziej inżynieria, niż biomedyczna, więc ta komponenta anatomiczna była tam zbyt mała, żeby mnie zadowolić. Mnie nie interesowała taka inżynieria. I okazało się po dwóch latach, że znalazłem dwie uczelnie w Polsce, które z matematyką i fizyką przyjmują na kierunek medyczny, jakim jest fizjoterapia. No i się zaczęło!

Poszedłem na studia, zacząłem już wtedy pierwsze próby prowadzenia działań edukacyjnych. Mam taką potrzebę, że jak czegoś się nauczę, to po prostu zaraz chcę się tym dzielić. Nie wiem, skąd to jest, ale mam poczucie, że ta wiedza nie należy do mnie, a skoro ktoś to kiedyś wszystko odkrył, opisał i podzielił się tym ze światem, not o ja tym bardziej mam taką potrzebę.

Pierwsze takie próby, pierwsze fanpage, pierwsze artykuły napisałem na studiach, z 8-9 lat temu. Później porzuciłem, zresztą razem z całymi studiami, bo o tym też mało kto wie – obraziłem się trochę na zawód na parę lat, ale ta medycyna nie potrafiła ze mnie wyjść, nie potrafiłem jej z siebie wyrzucić, więc kilka lat temu wróciłem do tego. Przy czym nigdy nie zrezygnowałem z praktyki, bo cały czas mam stałych pacjentów, których też poznałem już często na studiach. Cały czas uczę się jak leczyć ból głowy i tak dalej, ale ta medycyna zawsze za mną chodziła. No i w pewnym momencie, jakieś 2,5 roku temu po prostu mnie olśniło. Wpadłem na tę nazwę, zapisałem ją sobie, przyszedł odpowiedni moment i zacząłem nad tym pracować. Bo zależało mi na takiej koncepcji, która wykracza poza fizjoterapię, bo interesuję się nie tylko fizjoterapią, ale jestem też dietetykiem i ogólnie interesuje mnie całość człowieka. Jest takie modne słówko – holistyczne. Holistyczne leczenie, holistyczne metody, czyli wszystko, co działa. I wszystko, co poprawia zdrowie. Mam poczucie, że Jak dożyć setki to nie tylko mogę w tym zmieścić wszystkie te rzeczy, ale idealnie oddaje to, do czego chcę dążyć. Żyć jak najdłużej w jak najlepszym zdrowiu, bo mogę powiedzieć, że to jest moim marzeniem. Cel ambitny, ale mierzalny i osiągalny.

Dokładnie. Dożyć setki to bardzo policzalny cel. Ambitny, ale właśnie osiągalny.

Bardzo dziękuję za tę rozmowę. Do setki mam 57 lat. Nie wiem, czy ten podcast będę prowadzić tak długo, ale jeśli się uda – ty masz do setki troszkę więcej – to zapraszam cię serdecznie do rozmowy za te 57 lat i będziemy weryfikować czy to wszystko, o czym mówiliśmy sprawdziło się w praktyce. Dzięki wielkie!

Również dziękuję! Przyjmuję zaproszenie, widzimy się za 57 lat!

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Scroll to top