NM 69: Miłka Raulin – Grenlandia – najtrudniejsze i najmilsze chwile

  • 00:41:37
  • 11 sierpnia, 2022
  • 95,2 MB

Dzisiejsze spotkanie jest dla mnie klamrą spinającą czas, który minął od pierwszego odcinka podcastu, do dziś. Spotykam się ponownie z Miłką Raulin. Blisko 3 lata temu, w pierwszym odcinku, rozmawiałyśmy o projekcie Korony Ziemi, czyli zdobyciu najwyższych szczytów poszczególnych kontynentów. Miłka dokonała tego jako najmłodsza Polka. Od tego czasu zrealizowałyśmy kilka projektów, a Miłka spełniła kilka kolejnych marzeń, w tym to o trawersie Grenlandii, największej wyspy nie będącej kontynentem, która jest pokryta w ponad 80% przez lądolód. 

To właśnie o tej wyprawie będziemy dziś rozmawiać. 

A także o tym, czy kobietom realizuje się takie projekty łatwiej, czy trudniej? Co było dla Miłki najtrudniejsze, a co najłatwiejsze, najmilsze? Czy podczas takiej wyprawy człowiek tęskni za cywilizacją? 

Zamierzam Miłkę zapytać także o to czy planuje kiedykolwiek wybrać się na emeryturę. Padnie także stałe pytanie – jakie przesłanie Miłka ma dla Was. 

Zapraszam do słuchania!

W odcinku „Miłka Raulin – Grenlandia: najtrudniejsze i najmilsze chwile”  usłyszycie o tym:

  • jak doszło do przejścia Trawersu Grenlandii i co było potrzebne;
  • z jakimi trudami mierzyła się podczas przejścia;
  • w jaki sposób się przygotowywała;
  • dlaczego skarpetki mają tak duże znaczenie; 
  • jakie znaczenie ma sprzęt i odpowiednie nastawienie;
  • czy płeć ma znaczenie;
  • jakie momenty wyprawy był najtrudniejsze;
  • jakie momenty były najwspanialsze;
  • na jakie rzeczy zwraca się uwagę na Grenlandii;
  • co dzieje się w głowie podczas takiej wyprawy;
  • do czego tęskniła;
  • jak wyglądały codzienne czynności; 
  • jakie są jej dalsze plany; 
  • czy wyobraża sobie swoją emeryturę.

 

To, że uwielbiam moich gości, mówiłam wielokrotnie i z góry zapowiadam, że zamierzam w tej kwestii się powtarzać. Jednym z powodów tego uwielbienia jest to, że z naszych spotkań rodzą się piękne projekty i długotrwałe relacje, właśnie takie jak ta, która połączyła nas z Miłką.  Dlatego serdecznie Cię zachęcam do otwartości na innych ludzi, do spotkań i rozmów. 

 

Jeśli chciałbyś, chciałabyś spotkać się ze mną, daj znać! 

 

Do usłyszenia w kolejnym odcinku!

 

Więcej o Miłce znajdziesz tutaj:

Podcast Napędzani Marzeniami dostępny jest też:

A jeśli spodobał Ci się ten odcinek, będę wdzięczna za komentarz i podzielenie się tym odcinkiem z innymi osobami, którym jego treść może być przydatna. Będzie mi też miło jeśli poświęcisz chwile i zostawisz krótką ocenę podcastu w iTunes – dzięki temu inne osoby łatwiej dotrą do tego podcastu.

 

Cześć, Miłka.

Cześć, Asiu.

Cieszę się bardzo, że mogę Cię przywitać na tej kanapie po raz drugi, bo potkałyśmy się tutaj trzy lata temu, bo to właśnie z Tobą prowadziłam pierwszy odcinek podcastu. To było spotkanie po tym, jak zakończyłaś swój wielki projekt – zdobycie Korony Ziemi, najwyższych szczytów na poszczególnych kontynentach. I chciałam Ci w tym momencie przeogromnie podziękować właśnie za to, że mi zaufałaś. Bo ty nie wiedziałaś, kim ja jestem. Nie wiedziałaś, czy ja mówię z sensem, czy nie, a zgodziłaś się i przyjęłaś to zaproszenie.

Zaraz będziemy beczeć, już nam się szklą oczy. No tak, bo to właśnie wszystko z serca płynie. Po prostu. I ja Ci dziękuję, że Ty mi dziękujesz. Dziękuję Ci, że jesteś. Bo jest coś takiego, jak wibracja, po prostu, i to się czuje, że z kimś nadaje się na tych samych falach. I ja pamiętam ten dzień, kiedy do mnie zadzwoniłaś, byłam wtedy na stacji benzynowej. I mówiłaś takim bardzo niepewnym głosem, tak, no wiesz, bo ja mam tutaj taki pomysł i w ogóle, a ja czułam, że to po prostu popłynie wszystko. Naprawdę.

I popłynęło. 67 nagranych już odcinków i ponad 60 niezwykłych osób, bo z niektórymi osobami miałam okazję rozmawiać dwa razy. Dla mnie przeogromna satysfakcja, duża zmiana, tyle niezwykłych osób wokół. I to nie jest też tak, że my się spotkałyśmy trzy lata temu i teraz po trzech latach ponownie. Nie. My się cały czas spotykamy, dużo się dzieje.

My cały czas działamy. Bardzo dużo się dzieje. Mamy dużo wspólnych ludzi wokół, mamy dużo wspólnych projektów, dużo wspólnej przestrzeni. I to jest tak, jak Ci kiedyś powiedziałam na jednym z naszych spotkań: ja się czuję członkiem Katalogowej rodziny. Jestem napędzana marzeniami i jestem córką Katalogu Marzeń.

Właśnie. I dzisiaj rozmawiamy o kolejnym Twoim dużym marzeniu, które zrealizowałaś mniej więcej 50 dni temu, czyli o trawersie Grenlandii. I chciałabym zacząć od takiego podobnego pytania, które zadałam CI poprzednio, czyli czy pamiętasz ten moment, kiedy to marzenie zakiełkowało po raz pierwszy w Twojej głowie?

Teraz już tak sobie myślę, że kiedy słyszę słowo marzenie, to od razu mam w głowie hasło projekt. Ja nie mogę powiedzieć, że mam marzenie, bo marzenie to mogę mieć polecieć w kosmos – to jest rzeczywiście w kategorii marzeń. Ale pamiętam, jak wpadłam na pomysł, żeby po prostu pojechać na Biegun Południowy. I sobie mówię: A, może pojadę na Biegun Południowy. To jest wszystko tak luźno rzucone, jako jakaś myśl w głowie, a tak naprawdę, to Grenlandia przyszła sama do mnie. Ja tak specjalnie za nią nie chodziłam, ona przyszła do mnie. Dlatego że człowiek, z którym chciałam ten biegun zdobyć, powiedział: Wiesz co? Może najpierw byśmy się sprawdzili na Grenlandii? I tak się wydarzyło, że właśnie ta Grenlandia. Ale bardzo się cieszę, bo Grenlandia jest kobietą.

Teraz już tak sobie myślę, że kiedy słyszę słowo marzenie, to od razu mam w głowie hasło projekt. Ja nie mogę powiedzieć, że mam marzenie, bo marzenie to mogę mieć polecieć w kosmos – to jest rzeczywiście w kategorii marzeń.

O to też będę zaraz Cię pytać. Ale najpierw chciałam zapytać, co jest takim wyzwaniem w tej Grenlandii?

Ojejku, tam jest bardzo dużo wyzwań. I w gruncie rzeczy dzisiaj rozumiem, dlaczego to jest tak mało eksplorowany rejon. Po pierwsze, jest tam bardzo duża wilgotność, sięgająca nawet 90%. To jest taka upierdliwa wilgotność, dlatego że ona powoduje, że nie jesteśmy w stanie niczego tam wysuszyć, a są tam temperatury ujemne.

Ujemne to mało powiedziane.

Tak, to mało powiedziane, bo jak się wchodzi na lądolód, to wiadomo, jest cieplej, bo jesteśmy bliżej wybrzeża, ale potem, jak wchodzimy w głąb lądolodu, to jest to średnio -25, -30 stopni, a takie ekstremum, które mieliśmy w czasie wyprawy, to było -39 stopni. Ale poczekaj, bo zgubię pytanie.

Wilgotność.

Tak, wilgotność, minusowe temperatury i turbo trudna logistyka. I ja w ogóle już teraz nie chwalę się takimi rzeczami, bo kogo to interesuje, że moje sanki nie przyszły cały czas jeszcze z Tasiilaq i właśnie wczoraj dostałam maila, że one gdzieś zaginęły, razem z całym moim sprzętem – moim własnym, który musiałam wykupić na wyprawę plus sprzęt pożyczony, bo dużo sprzętu pożyczałam, bo po prostu przed pandemią i w trakcie ciężko było niektóre rzeczy pozyskać.

Tak że ta logistyka jest mega, mega trudna. Dotarcie tam to jest jedna rzecz, ale w ogóle, organizacja wyprawy, wszystkie pozwolenia, zgoda na wejście na lądolód, pozwolenie na telefony satelitarne, na lokalizatory GPS, w ogóle na łączność, broń, jeśli ktoś bierze, transport tam już na miejscu, na lądolodzie, pierwotnie zresztą miała popłynąć łódką, a trzeba było wziąć helikopter – no to jest bardzo duże logistyczne przedsięwzięcie. Bardzo duże.

I jeszcze do tego sama odległość i fakt, że tam nie ma po drodze jakiejś bezpiecznej przystani, tylko zaczynasz w jednym miejscu i wiesz, że masz przed sobą te 600 km.

Możesz się ewentualnie wycofać, możesz zawrócić. Przekalkulować sobie, że aha, tam do przodu mam 400, za mną 200, to łatwiej mi jest w tamtą stronę przejść.

I jak przygotowywałaś się do tych wszystkich wyzwań?

Muszę przyznać, że przygotowywałam się naprawdę rzetelnie. Ale ja się zawsze przygotowuję rzetelnie do wszystkiego. I na tę ilość czasu, którą miałam, to byłam bardzo dobrze przygotowana, tak oceniam swój stan, i psychiczny, i fizyczny, i sprzętowy, i logistyczny itd.

Fizycznie przygotowywałam się w ten sposób, że zaczęłam chodzić na siłownię, a dla mnie to taka trochę kara chodzenie na siłownię, ale wzmacniałam mięśnie grzbietu, bo wiedziałam, że ten grzbiet, plecy, ręce będą mi tam mocno pracowały. I martwy ciąg to był mój największy kumpel. Co jeszcze robiłam? Takie wszystkie wysiłkowe rzeczy, żeby właśnie te mięśnie powzmacniać. Oprócz tego bieganie.

Jeśli chodzi o sprzętowe wyposażenie, to była naprawdę wielka praca, żeby przewertować i posprawdzać te rzeczy, bo zamówiłam bardzo dużo drobiazgów, które wydają się być mało istotne, ale jednak okazują się później bardzo ważne, np. skarpetki. Żeby były odpowiednio cienkie, musiałam sprowadzać cztery czy pięć par z Norwegii i testowałam je, jak moja stopa reaguje, bo tam małe rzeczy mogą urosnąć do rangi bardzo dużego problemu.

A dlaczego cienkie? Bo waga, czy żeby szybciej schły?

Żeby właśnie szybko schły, żeby nie przecierały skóry. Niestety i tak miałam grube odciski po tej wyprawie i w ogóle, dużo części ciała mnie nadal po niej boli.

Słuchaj, ja Cię złapię za takie szczegóły, bo myślę, że to jest bardzo ciekawe. Skąd wiedziałaś, że te skarpetki powinny być cienkie? Bo intuicyjnie można by sobie pomyśleć, że będzie tam zimno, to powinny być grube.

Miałam mojego guru. Moim guru był Wojtek Moskal. I Wojtek przyjął mnie do swojego domu, to też jest m.in. jeden z etapów przygotowań do wyprawy, że ja po prostu komunikowałam się z ludźmi, którzy już tam byli. I Wojtek był takim dobrym duchem mojej wyprawy. Zresztą trochę mnie oszukał, powiedział: E, spoko, będzie bułka z masłem, zobaczysz. No więc nie była bułka z masłem, Wojtku. To była trudna wyprawa. I Wojtek powiedział jeszcze coś takiego, że w połowie drogi, to już będzie z górki. To też tak nie jest. Więc trochę tutaj muszę Wojtka skorygować, że się mylił, albo że nie pamiętał.

I Wojtek był takim dobrym duchem mojej wyprawy. Zresztą trochę mnie oszukał, powiedział: E, spoko, będzie bułka z masłem, zobaczysz. No więc nie była bułka z masłem, Wojtku. To była trudna wyprawa. I Wojtek powiedział jeszcze coś takiego, że w połowie drogi, to już będzie z górki. To też tak nie jest. Więc trochę tutaj muszę Wojtka skorygować, że się mylił, albo że nie pamiętał.

Albo to był taki element tego przygotowania mentalnego.

Dokładnie, Wojtek zrobił to celowo, żeby mnie nie przestraszyć. I właśnie, jednym z elementów przygotowań są też rozmowy z takimi ludźmi. Norbert Pokorski, który jest naprawdę specem od Grenlandii, Wojtek Moskal właśnie, Marek Kamiński również, Gosia Wojtaczka, która jako pierwsza przeszła Biegun Południowy, bo te nazwiska warto wymienić, ponieważ to są naprawdę niesamowici ludzie, dysponujący przeogromną wiedzą, i to, co jest najważniejsze, oni się tą wiedzą chętnie dzielą, i to jest bardzo, bardzo ważne.

Czyli przygotowanie kondycyjne, sprzętowe…

Mentalne, logistyczne – które było podzielone w tym przypadku na naszą grupę, bo to nie jest tak, że ja to wszystko sama musiałam ogarniać, tylko każdy z nas miał jakieś zadanie, byliśmy w grupie międzynarodowej polsko-brytyjsko-szwedzkiej. W grupie niekomercyjnej, bo to też trzeba powiedzieć, nie było z nami żadnego przewodnika, żadnego guide’a. W ogóle na żadnym etapie tej wyprawy nie korzystaliśmy ze wsparcia agencji. I była robota do zrobienia, trzeba było podzielić to, co jest do wykonania i każdy miał jakieś tam zadanie.

A właśnie, czy wśród tej grupy kategorii przygotowań – siła mentalna, fizyczna, sprzęt, zespół, z którym idziesz, logistyka – da się wyłonić taką jedną kategorię, która jest kluczowa, że jak tam pójdzie coś nie tak, to będzie trudno. A z kolei jak w innych coś pójdzie nie tak, to tą jedną, główną nadrobisz?

Myślę, że tam sprzęt jest bardzo ważny. W sensie jakość tego sprzętu jest bardzo ważna. Ale właśnie nie najważniejsza. Bo tak naprawdę okazuje się, że ważna jest Twoja głowa tam na miejscu, bo jak Cię wszystko boli i nie możesz się ruszyć w tym śpiworze, nie wiesz, jak się przekręcić, żeby nie czuć bólu, to ważne jest też to, żeby mieć świadomość tego, że dzień będzie lepszy i jakoś dam radę, nie jestem tu sama. Chociaż to jest taka przestrzeń, takie miejsce, gdzie tak naprawdę, gdyby coś się działo, to w pierwszej kolejności każdy myśli o sobie. I to jest zupełnie naturalne i tak naprawdę każdy powinien być przygotowany, żeby sam sobie udzielić pomocy, żeby być niezależnym i samowystarczalnym. Ale nie jestem w stanie tak powiedzieć, co było najważniejsze. Tak, jak na każdej wyprawie – wszystko jest ważne. Chyba z takim wskazaniem na ten sprzęt.

Który teraz jest w Tasiilaq, ha, ha!

Sprzęt, ale zespół. Szłaś w zespole 4-osobowym, w którym byłaś jedyną kobietą. Właśnie o tę płeć chciałam Cię zapytać: Czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Bo z jednej strony mówi się o nas słaba płeć, może ci panowie narzekali, że ich stopowałaś, a może było zupełnie inaczej? A może to nie ma znaczenia?

Ma znaczenie. W te pierwsze dni było mi strasznie trudno, dlatego że ja ważę 50 kg, a ciągnęłam za sobą sanie 94 kg. Moi koledzy ważyli po ponad 100 kg, a ciągnęli 115 kg, ich sanki były trochę cięższe, ale ta proporcja nie była aż taka miażdżąca. Więc myślę, że to ma znaczenie, że jestem kobietą, bo jestem fizycznie po prostu słabsza. Ale, uwaga, bo jeśli dorównałam im kroku, to znaczy, że jestem po prostu harda. Słowo harda jest dobrym słowem. I my kobiety w ogóle musimy w takich sytuacjach, w których mamy mało tej siły fizycznej, nadrabiać po prostu naszą psychiką.

Zresztą my w ogóle potrafimy, dziewczyny, zagryźć zęby, dam radę, dam radę, tylko pytanie, czy zawsze jest sens, żeby tak robić, nie? Bo ja się też z czasem uczę tego, żeby odpuścić i pozwolić, żeby chłopaki coś zrobiły. Oni są silniejsi, po co ja mam tutaj wypruwać z siebie flaki.

Tak że płeć ma znaczenie. Zwłaszcza np. taka bardzo naturalna, normalna rzecz – te dni, które mają dziewczyny. Jak dostałam okres, to byłam wypompowana, nie miałam siły. I pamiętam, że prosiłam chłopaków o wybaczenie, mówiłam: Słuchajcie, ja dzisiaj będę szła wolniej – po prostu, bo mi się w głowie kręciło. Ja byłam słaba. Jeszcze te sanki, to jest taki czas, w którym dziewczyny wolą siedzieć w łóżku i pić ewentualnie ciepłą herbatę, a nie zasuwać z 94-kilogramowymi sankami.

Tak, fizjologia nam nie sprzyja, mamy pod górkę. Mnie przychodzi też do głowy słowo wytrwałość. To jest chyba to, co sprzyja. Bo siła fizyczna jest bardzo ważna, ale nie wystarczająca. Do tego jest też ta wytrwałość, hardość – jak to nazwałaś – potrzebna. I jednocześnie chciałam się też Ciebie zapytać o taki szerszy aspekt, bo wydaje mi się, że w tych takich wyprawach podróżniczo-wyczynowych kobiet jest dużo, dużo mniej.

No i właśnie. Czy to jest z powodu tej fizjologii? Czy coś innego?

Myślę, że z powodu tężyzny fizycznej i psychicznej. Bo to jest taka hybryda, nie tylko fizyczność jest ważna. Bo ona jest ważna, ale tak naprawdę ważna jest głowa. I mężczyźni lubią się sprawdzać po prostu w takich obszarach. My, dziewczyny, może trochę mniej, dlatego nas jest tam mniej.

W ogóle Grenlandię do tej pory przeszły trzy Polki. Ja jestem trzecią Polką. Przy czym też trzeba powiedzieć, że dwie dziewczyny mieszkają poza granicami Polski. Pani Ewa Rzewuska, która zresztą też była bardzo pomocna podczas moich przygotowań, bo od takiej typowo kobiecej strony radziła mi, jak się przygotować, mieszka w Niemczech od ponad 20 lat. Druga Polka to Monika Amor-Wilkes, która mieszka w Wielkiej Brytanii też od blisko 20 lat.

Tak że to jest trudne i dlatego jest tam mało pań, bo fizyczność, takie niewygody, które my, kobiety, chyba gorzej znosimy, właśnie brak możliwości umycia się itd. I jest nas tam mniej.

A czy jest jakiś aspekt tej kobiecości, który daje przewagę? Bo – może tak podpowiem – coś, co mi przychodzi do głowy, to zarówno w Koronie Ziemi, w tym projekcie, jak i w projekcie grenlandzkim, jesteś Polką. Polką, kobietą. W przypadku Korony Ziemi – najmłodszą Polką. Teraz mówisz o tym, że jesteś trzecią Polką, pierwszą, która mieszka w Polsce.

No tak, to jest dosyć ważny aspekt, rzeczywiście mało jest tam nas, kobiet, więc łatwiej takim projektem kogoś zainteresować. Ale ja myślę, czy nam na miejscu jest jakiś aspekt tego, czy mi, jako kobiecie, jest łatwiej. Ja jestem mniejsza i sprawniejsza. Np. sanki nam wpadły do szczeliny, to kto idzie? No Miłka idzie, bo ją jest najłatwiej wyciągnąć. A jednocześnie ja też się fajnie czuję, że oni mnie tam zaasekurują w taki sposób, że ja wiem, że nic mi się nie stanie, a jestem takim bardzo ważnym ogniwem w zespole. Łatwiej jest też rzeczywiście na tym etapie przygotowawczym.

Już dzisiaj mogę tak powiedzieć, po tych moich różnych projektach, które realizowałam, że wybierając taki obszar, w którym jest mało kobiet, łatwiej jest zachęcić partnerów, sponsorów do tego, żeby wsparli Twoją wyprawę, żeby byli częścią tej wyprawy.

Bo tak naprawdę my już na etapie przygotowań do wyprawy stanowimy zespół. Ja akurat mam takich fajnych sponsorów, że jak mi brakuje toneru w drukarce, to przychodzę i sobie drukuję, albo jak mi się internet skończył, to mogę sobie tutaj przyjść.

Zapraszamy nieustająco.

Tak że to chyba tak, nie wiem, czy mogę coś jeszcze dodać o tym aspekcie kobiecości.

Zaraz do tego jeszcze wrócę, ale w kontekście następnego pytania, bo podałaś ten przykład, jak do szczeliny wpadły sanki, a ja chciałam Cię zapytać, jaki był najtrudniejszy moment tej wyprawy.

Pierwsze 10 dni.

Długi moment.

Tak, długi moment i myślałam, że on się nigdy nie skończy. Potem było rzeczywiście coraz lżej. Pierwsze 10 dni były trudne, dlatego że to było 10 dni bólu. Bardzo mało przyjemnego bólu. Wieczorami naprawdę, jak kładłam się w swoim śpiworze, to wszystko mnie bolało. Bałam się, że sobie coś zrobiłam tak na stałe. Takie momenty, np. przestaje działać Ci kuchenka, bo postanowiłaś ją wyczyścić i sobie myślisz: no przecież czyszczę starą kuchenkę, bo miałam taką bardzo dobrą, właśnie od Wojtka Moskala ten palnik miałam taki stary, przetestowany, już takich rzeczy nie produkują, ale one są najbardziej wydajne i najsprawniejsze. I ja ją przeczyściłam. I myślę sobie: po co ja to w ogóle robiłam?

Tak, długi moment i myślałam, że on się nigdy nie skończy. Potem było rzeczywiście coraz lżej. Pierwsze 10 dni były trudne, dlatego że to było 10 dni bólu. Bardzo mało przyjemnego bólu. Wieczorami naprawdę, jak kładłam się w swoim śpiworze, to wszystko mnie bolało. Bałam się, że sobie coś zrobiłam tak na stałe.

W trakcie? Czy przed?

W trakcie wyprawy. Ona mi przestała działać i to mnie automatycznie wyklucza z wyprawy, bo ja nie mam wody, nikt nie będzie się ze mną na dłuższą metę dzielił. Ktoś może mi jeden, dwa, trzy dni zaparzyć herbatę, ale tak naprawdę nie wiem, jak by się ta moja drużyna zachowała, bo to jest obciążenie dla zespołu. A Ty nie możesz być po prostu elementem ciążącym. Ty musisz być elementem, który coś dodaje. Ty musisz być wsparciem, a nie tym ciągnącym w dół.

Więc najtrudniejszy moment to pierwsze 10 dni plus jakieś takie niespodzianki, które bałam się, że będą długoterminowe, np. ja wiem, że to jest taka prozaiczna rzecz, ale miałam odcisk na stopie. Jak się ma odcisk wielkości dłoni i on przebiega przez całą stopę, to nawet taki głupi odcisk może Cię wykluczyć. Albo nie wiem, jakiś taki ból – bo to też psychicznie ten ból działa niestety – jeśli trwa cały dzień, potem drugi dzień również i jeszcze następny, to jesteś w stanie to znieść, ale jeśli masz walczyć z bólem przez tydzień, to Cię po prostu ściąga.

Wtedy wiesz, że musisz brać leki, nie wiadomo, jak to się skończy, od razu trochę obawiasz się o to, czy będzie miało jakieś dalekosiężne skutki, czy ja naprawdę niszczę teraz totalnie swój organizm. Zawsze wpadają jakieś takie rzeczy do głowy, odmrożenia na przykład. Ja akurat wróciłam bez odmrożeń, ale moi koledzy mają poodmrażane palce, mają też poodmrażane uda, co jest takim typowym odmrożeniem polarnym, to się nazywa polar [nz 21:33 ?] – nie wygooglujcie sobie tego broń Boże przed obiadem, bo to jest mało estetyczne i to są głębokie, poważne rany. Więc to są takie rzeczy, które tworzą trud tej wyprawy.

A miałaś kontakt z lekarzem? Z kimś, kto Ci podpowiadał w tych trudnych fizycznych momentach?

Miałam, mojego Rafałka Klapetka, zresztą widziałam się z nim dwa dni temu, bo to jest mój serdeczny przyjaciel, ale oczywiście był też lekarz, który był opłacony w ramach ubezpieczenia, więc miałam ten kontakt zdwojony, ale celowo, żeby nie uruchamiać tej całej lawiny procesów, które związane są potem z jakąś ewentualną ewakuacją, gdyby cokolwiek się działo. A miałam kontakt z Rafałem przez telefon satelitarny, Rafał mi mówił, jak mam rozciągnąć mięśnie, jak mam się położyć, jak mam się przekręcić, albo np. jak mam się otape’ować, bo się okazało, że mam rwę udową i imałam taki kawałek plastra, tzw. tape’ów, więc Rafał mówi: no tu, tu przyciśnij ręką, teraz pociągnij tak, rozciągnij taśmę, coś tam, tu skręć w prawo, tu od kolana masz mieć rękę. I to była taka teleporada na Grenlandii, ale tak, Rafałek był i wspierał, nie tylko dobrym słowem praktyczną wiedzą.

To te trudne momenty, a jaki moment był najwspanialszy?

Najwspanialsze były dwa ostatnie dni, bo już naprawdę czułam, że zjeżdżam z górki, czułam, że mnie te narty niosą. Byłam szybka. Byłam tak szybka, że ja bym tych moich kolegów zostawiła najchętniej z tyłu, ale nie mogłam, bo oni poprzednie dni też czekali na mnie, więc nie mogłam takiego numeru zrobić. Ale to było najfajniejsze właśnie, jak czułam, że nabieram prędkości, że mam pełną kontrolę nad nartami, że moje sanki nie są już ciężarem, tylko po prostu sobie za mną tam fruną.

O, jeszcze muszę Ci powiedzieć o śmiesznym momencie, bo to był numer.

No i tak, to był ten przedostatni dzień. I ostatni dzień, który był bardzo wysiłkowy, bo przeszliśmy 47 km, ale ta radość taka, że się dotarło, że to już koniec, łzy mi popłynęły po prostu i to było cudowne. Nie, więcej było tych fajnych dni. Jeszcze ten dzień, gdy wsiadłam do helikoptera i poczułam, że zrobiłam naprawdę coś wielkiego, że to nie była bułka z masłem. Zresztą to chyba będzie tytuł mojej książki: Grenlandia. To nie była bułka z masłem. No, te trzy dni.

A ten śmieszny moment, mogę jeszcze?

Najwspanialsze były dwa ostatnie dni, bo już naprawdę czułam, że zjeżdżam z górki, czułam, że mnie te narty niosą. Byłam szybka. Byłam tak szybka, że ja bym tych moich kolegów zostawiła najchętniej z tyłu, ale nie mogłam, bo oni poprzednie dni też czekali na mnie, więc nie mogłam takiego numeru zrobić. Ale to było najfajniejsze właśnie, jak czułam, że nabieram prędkości, że mam pełną kontrolę nad nartami, że moje sanki nie są już ciężarem, tylko po prostu sobie za mną tam fruną.

Jasne!

Bo miałam przyczepione te sanki do siebie na uprzęży i do takiego karabinka, przez który przebiegał sznurek i w taki sposób byłam połączona z moimi saniami. No i ten sznurek się odkręcił, rozwinął się. I ja tego ostatniego dnia idę, idę, idę i nagle dobiega do mnie Piter, mówi: Miłka, Miłka! Zostawiłaś sanki! A ja patrzę: faktycznie tak sobie idę, tak mi lekko, w ogóle ich nie czułam. I to było takie komiczne. Bo naprawdę musiałam tam pod górę trochę podejść i się nagimnastykować, ale to było bardzo zabawne, że te sanki się odczepiły i ja sobie tak szłam taka szczęśliwa i zadowolona.

No tak, że poczułaś: taka lekkość, taka siła. A czy po drodze się tam nie nudziłaś? Bo tak, z przodu biało, z tyłu biało, na lewo biało, na prawo biało, ósma biało, dziesiąta biało.

Czasami było tak, że nie było całkowicie biało, tylko np. było niebiesko-biało i wtedy człowiek zaczynał zwracać uwagę na rzeczy, na które normalnie by nie zwracał uwagi, tzn. po pierwsze, że śnieg jest bardzo różny. On może być bardziej twardy, bardziej lepki, miękki, bardziej nawiany przez wiatr, jest naprawdę różny. Zwraca się uwagę na takie małe rzeczy, że on np. dzisiaj się bardziej mieni, wczoraj się tak nie mienił. To jest jedna rzecz. Ale ja się nie nudziłam dlatego, że przy dobrej pogodzie miałam taki bardzo fajny efekt, mogłam zrobić tak, i byłam na plaży. Albo teraz byłam np. w dżungli amazońskiej. O, teraz jestem np. w swoim pokoju, piję ciepłą herbatę.

Więc generalnie tak te moje myśli naprawdę wędrowały i byłam całkowicie skupiona w tamtym miejscu, w którym byłam, gdy była dobra pogoda. Gdy była zła pogoda, to trochę wędrowały te moje myśli wokół zadań związanych z moją ekipą, czyli co trzeba zrobić, gdzie trzeba dotrzeć itd., bo wtedy się włącza tryb przetrwania.

Momentami ciałem na miejscu, ale głową w innych miejscach. I o tę głowę właśnie chciałam Cię zapytać. Co się tam dzieje w głowie podczas takiej długiej wyprawy?

Nie no, naprawdę chcemy tam wchodzić?

No tak, mnie to interesuje. To już do Ciebie należy odpowiedź, czy chcesz.

O matko święta, nie no, by mi się skojarzyło to z taką reklamą domestosu, jak te robaki tam były, jakieś takie śmieszne rzeczy i tam jest taki bałagan czasami w tej głowie. Ale tak na poważnie. Co się dzieje w takiej głowie, tak? Bo takie było pytanie?

Tak.

Ja się bardzo cieszę, że w mojej głowie zaczęły się w tamtym czasie, jak tam byłam, dziać się przede wszystkim kolejne projekty, i tak sobie je układałam, ale też wracałam myślami do tego, żeby się zobaczyć z ludźmi, z którymi się nie widziałam. Pierwszy raz miałam coś takiego. Może właśnie ta jednostajność w tym przemieszczaniu się, taki proces, który trwał 8–9 godzin, powodował, że człowiek gdzieś tam szukał jakiejś zaczepki w myślach. I ja sobie np. zrobiłam na tej wyprawie listę osób, z którymi muszę się zobaczyć. To są tacy ludzie, z którymi naprawdę nie widziałam się z 15–20 lat. I cieszę się, bo może bym tego nigdy nie zrobiła, a tam to zrobiłam. A wiadomo, wszystko można w życiu robić, ale najważniejsza jest rodzina, przyjaciele, znajomi i to, żeby w tym życiu trochę pożyć, prawda?

Dokładnie. A do czego tęskniłaś. I, uwaga, celowo pytam do czego, a nie do kogo, bo to też mnie ciekawi, jakich wygód z codziennego życia najbardziej brakuje w takich ekstremalnych warunkach.

Nie tęskniłam za jedzeniem, co było bardzo dziwne, chociaż to jedzenie było bardzo jednostajne, ale jeśli za nim nie tęskniłam, to znaczy, że ono mi przyswajało wszystkich niezbędnych mikroelementów i witamin, czyli było dobrze dobrane.

Na początku tęskniłam za prysznicem, ale jak go wzięłam, to byłam bardzo rozczarowana, bo myślałam, że to będzie taki większy efekt wow po miesiącu, a wcale tak nie było. Za czym ja tęskniłam… Tęskniłam za dobrą kawą, tak teraz sobie myślę, że wtedy dużo bym dała, żeby taką dobrą kawę wypić. Ale te tęsknoty były tak naprawdę przez pierwsze dni. To jest niesamowite, jaką my mamy zdolność adaptacji do tych warunków, w których żyjemy, jesteśmy, które musimy czasami znieść. Ja nawet dzisiaj nie jestem w stanie sobie przypomnieć, za czym ja tęskniłam. Pewnie były takie rzeczy, ale nie jestem w stanie sobie przypomnieć. Pierwsza rzecz, jaka mi przyszła do głowy, to ta kawa.

To jest niesamowite, jaką my mamy zdolność adaptacji do tych warunków, w których żyjemy, jesteśmy, które musimy czasami znieść. Ja nawet dzisiaj nie jestem w stanie sobie przypomnieć, za czym ja tęskniłam. Pewnie były takie rzeczy, ale nie jestem w stanie sobie przypomnieć. Pierwsza rzecz, jaka mi przyszła do głowy, to ta kawa.

Ale to jest niesamowite. Bo to pokazuje, że to, bez czego dzisiaj wydaje nam się, że nie umiemy żyć – bez sprzętów, miejsc – to jednak wcale nie jest takie potrzebne.

Bo też ograniczyłaś mnie w tym pytaniu, pytając nie za kim, tylko za czym. O, dobra, była jedna rzecz. Bardzo tęskniłam rzeczywiście, i pamiętam ten moment, za spaniem w łóżku. Za tym, żeby mieć taki normalny proces położenia się, a nie, że tutaj trzeba ugotować wodę, trzeba się rozebrać, trzeba się jakoś tam umyć, trzeba wejść do śpiwora, trzeba się przykryć, trzeba się zabezpieczyć, żeby rano szron na Ciebie nie leciał. I za tym rzeczywiście może tęskniłam. Ale to jest nieprawdopodobne, jak my szybko przyzwyczajamy się po prostu do tego, co mamy. Ja dzisiaj np. bym chciała sobie pospać w namiocie. Naprawdę.

No tak, trawa jest bardziej zielona tam, gdzie nas nie ma, ale z drugiej strony też myślę, że dzięki takim doświadczeniom bardziej potem doceniamy to, co mamy, jeśli przez moment jesteśmy tego pozbawieni.

Tak. To wszystko naprawdę fajnie smakuje, jak się wraca, aczkolwiek ten prysznic, tak jak mówię, rozczarowałam się nim, myślałam, że będzie większe wow. Bo ten moment, kiedy ja byłam bez wody, bez tego prysznica był tak długi, że sobie pomyślałam, że właściwie to można tak żyć, nie myjąc się przez 30 dni. Można i dłużej w sumie, nie? I oczekiwałam czegoś takiego, że po prostu spłynie na mnie ta woda i to będzie taki moment, że aniołowie będą w niebie śpiewać, że ja się myję. A tu było, no co, mydło, woda, no i okej.

Ale też miałam fajny patent tam na to mycie, dlatego że w pewnym momencie skończyły mi się nawilżane chusteczki, które swoją drogą były tam zamarznięte, więc żeby się umyć taką chusteczką, musiałam brać ją pod pachę albo pachwinę, żeby ona się rozmroziła. Ale potem wymyśliłam coś takiego, że w ogóle powinnam chyba to opatentować i sprzedawać, bo trzeba mieć dwa kubki na takiej wyprawie. Jeden do mycia, a drugi do picia. I nie wolno się pomylić. W każdym razie miałam zabandażowaną rękę i ten bandaż wkładałam sobie do tego kubka i tak się obmywałam cała. Nie wiem, może dlatego nie tęskniłam, może jednak byłam tam czysta. Nie byłam czysta – przypomniał mi się teraz jeden dzień, nie byłam czysta.

Super patent. Słyszałam – mam nadzieję, że nie zdradzam żadnej tajemnicy – że masz w planie napisać książkę o tej wyprawie?

Tak jest.

Czy Ty już jakoś tak w głowie, albo może w innej formie pisałaś w trakcie? Czy dopiero po powrocie?

Ja sobie nagrywałam dużo rzeczy, idąc, albo wieczorami, jak kładłam się do swojego śpiworka, to po prostu włączałam dyktafon i mówiłam: no, dzisiaj było tak, dzisiaj spotkałam ptaka, potem szliśmy, to mnie bolało, tamto mnie nie bolało. Ja nie chcę, żeby ta książka była za nudna, bo nie za wiele można w niej napisać już w trakcie samej wyprawy, bo te dni są naprawdę bardzo jednolite. I nie da się zrobić takiego dziennika, bo jest tak dużo wspólnych punktów każdego dnia, że po prostu byście się Państwo zanudzili, a mnie o to chodzi, żebyście czytali tę książkę z radością, z wypiekami na twarzy, więc będzie w tej książce dużo takich historii, które napisane są przez życie.

Przygotowania do książki trwały już tam, a teraz to tak naprawdę, bo ja jako inżynier zawsze się trochę z tego śmiałam, bo sobie myślałam no wena, wena, co to jest ta wena. No jest coś takiego, jak wena. I jest taki moment, w którym trzeba po prostu usiąść i rzeczywiście to musi do Ciebie przyjść. Pisanie książki musi do Ciebie przyjść, tego się nie da mechanicznie zrobić, chociaż pisanie książki jest taką dosyć matematyczną zagadką i jest pewien schemat w pisaniu książki, ale to po prostu musi do Ciebie przyjść. To, co ja robię, to słucham Hansa [nz 34:14 ?] i to po prostu w pisaniu książki pomaga.

A co dalej? Powiedziałaś, że już w głowie rodzą Ci się projekty… Nie wiem, na ile chcesz, możesz zdradzać. Druga część tego pytania będzie taka, czy Ty w ogóle sobie wyobrażasz takie życie, że dalej to może być tak, że praca od 8 do 16, potem coś może ugotujesz…

Kurcze, dwa fajne pytania, muszę teraz na nie odpowiedzieć.

Dobra, dobra, to drugie jeszcze tam dopowiem.

Co dalej… Dalej są plany i projekty, bo ja jestem takim typem, który musi mieć cel i musi mieć zadanie.

Praca, to ja sobie myślę, że bardzo bym chciała popracować na etacie, bo to powoduje, że masz takie bardzo usystematyzowane życie. I mnie tej systematyki trochę brakuje, ja niestety pracuję od poniedziałku do niedzieli, ja nie mam wolnego dnia. I czasami jest tak, że wszyscy sobie odpoczywają, a ja muszę iść do pracy, muszę sobie sama tą pracą zarządzać, a idziesz do pracy na etat i ktoś Ci tę pracę po prostu organizuje. I to nie Ty się martwisz o koszty, to nie Ty się martwisz o to, czy będziesz miała jutro zlecenie. Ktoś tym wszystkim zarządza.

Nie pracowałabym mniej, ale jednak z mojego punktu widzenia miałabym o wiele mniejszą odpowiedzialność. Dzisiaj mam bardzo dużą odpowiedzialność za to wszystko, a bycie pracownikiem jest gdzieś tam po prostu zrzucaniem tej odpowiedzialności na kogoś innego. Bo to ktoś się martwi o to wszystko, o co normalnie ty się martwisz, zresztą wiesz to jako pracodawca.

A pomysły i plany są, ale ja o nich celowo i świadomie nie mówię. Nie mówię dlatego, że wierzę w coś takiego, jak dobra energia. I wierzę też w myśli ludzi i w to, jak oni myślą o mnie albo o moim projekcie, i celowo nie mówię pewnych rzeczy, dlatego że z takimi grubymi rzeczami trzeba się zdradzać tylko tym, którzy Ci dobrze życzą. I pamiętajcie o tym, żeby nie mówić światu o swoich pomysłach, bo nie wszyscy są Wam przychylni i oni nawet taką myślą gdzieś tam niefajną, którą wygenerują w swojej głowie, nie ściągają tej energii, którą powinni ściągnąć. I wyznaję taką zasadę, że jak już się wyłączy kamera, to ja Ci wszystko powiem, ale teraz nie wszyscy muszą wiedzieć.

Właśnie tak chciałam powiedzieć, że zapytam poza anteną. Tak że za chwileczkę ta rozmowa będzie kontynuowana. A jeszcze à propos tej pracy i tego, co po pracy. Ale po pracy w sensie takim późniejszym czasowo – emerytura. Czy Ty sobie wyobrażasz coś takiego, jak emerytura?

Jak to brzmi, ale to za chwilę, Szanowni Państwo.

No, jeszcze chwilka. Ja mam trochę bliżej. I zaczynam myśleć, wiesz?

No tak, ale czas leci mega szybko. I wiesz, my jesteśmy na tym świecie dosłownie taki ułamek sekundy. I myślę, że każdy, kto żyje świadomie, wie o tym, że tak jest, że my jesteśmy po prostu na tym świecie bardzo krótko. I dlatego ważne jest – bo jesteśmy na różnych etapach w życiu – żeby mieć świadomość tego, co w tym życiu jest najważniejsze.

Bo projekty są ważne i my się realizujemy w ten sposób, ale tak naprawdę ostatecznie ważne są relacje międzyludzkie. Ważne jest to, jak my myślimy o sobie. Ważne jest to, że my musimy się sami uskrzydlać, sami się musimy podnosić, bo ja mówię tutaj w ogóle tak globalnie też o tym, jak nas dzisiaj świat trochę ściąga. Mnie czasami ściąga po prostu w dół. A emerytura? To brzmi fajnie. I myślę sobie, no co, przyjdzie taki moment, i właściwie będzie to bardzo fajny moment, kiedy ja będę na emeryturze, tylko pytanie, czy ja ją będę miała.

Bo projekty są ważne i my się realizujemy w ten sposób, ale tak naprawdę ostatecznie ważne są relacje międzyludzkie. Ważne jest to, jak my myślimy o sobie. Ważne jest to, że my musimy się sami uskrzydlać, sami się musimy podnosić, bo ja mówię tutaj w ogóle tak globalnie też o tym, jak nas dzisiaj świat trochę ściąga. Mnie czasami ściąga po prostu w dół.

No właśnie. A ja sobie zadaję też pytanie, ile razy my się na tej kanapie spotkamy przed tą emeryturą. Mam nadzieję, że jak najwięcej różnych okazji, projektów, czasem z nagraniem, a czasem bez nagrania będzie dużo.

Już tak na koniec naszej rozmowy: ja pytam gości, Ciebie też pytałam za pierwszym razem, o to, jakie przesłanie masz dla odbiorców podcastu. Nie będę Ci przypominać, jakie miałaś za pierwszym razem. Ale to też nie jest test, bo to jest w ogóle ciekawe obserwować, jak człowiek się zmienia i jak te przesłania mogą się zmieniać.

Wiecie, te przesłania zależą od tego, w jakim humorze wstanę i w ogóle, i u Was jest tak samo pewnie, jak byście mieli komuś coś mówić. Dzisiaj i w ogóle, przez ostatni czas, moim przesłaniem życiowym jest to, żeby znajdować balans w życiu, bo ja cały czas mam z tym problem i taki message wysyłam nie tylko do Was, ale do siebie samej też, tak naprawdę, żeby mieć równowagę w życiu, jeżeli chodzi o pracę i tę taką bardzo ważną część, czyli rodzina, przyjaciele, znajomi, relacje. To musi być w równowadze.

Żeby być szczęśliwym człowiekiem, tak naprawdę do tego się dochodzi. O, à propos tej emerytury, im jesteśmy starsi, tym jesteśmy mądrzejsi itd. I ja zaczynam być bliżej tych przemyśleń, których pewnie bym nie miała jako dwudziestoparoletnia dziewczyna. Bo wtedy człowiek pędzi, zasuwa, i wszystko się dzieje, wiecie. Dzisiaj też wszystko się dzieje, ale ważny jest moment odpoczynku i relaksu, dawania sobie oddechu, czasu z przyjaciółmi, znajomymi, bliskimi.

Trzymam kciuki, kibicuję, biorę też bardzo mocno dla siebie i do zobaczenia kolejny raz na tej kanapie.

Do zobaczenia. Trochę się smucę, że to już koniec tego wywiadu.

Myślę, że poza anteną zaraz będzie druga część, taka troszkę bardziej prywatna.

Pogadamy, tak jest. Są lody, Kochani, ściskamy Was mocno. Lody są w zamrażarce, Wy też sobie dzisiaj kupcie lody. Buziaki!

O tym, że uwielbiam moich gości, mówiłam wielokrotnie. I z góry zapowiadam, że zamierzam w tej kwestii się powtarzać. Jednym z powodów tego uwielbienia jest to, że z naszych spotkań rodzą się piękne projekty i długotrwałe relacje. Właśnie takie, jak ta, która połączyła nas z Miłką. Dlatego serdecznie Cię zachęcam do otwartości na innych ludzi. Do spotkań i rozmów.

Jeśli chciałabyś/chciałbyś spotkać się ze mną, daj znać.

A tymczasem do zobaczenia i usłyszenia w kolejnym odcinku!

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Scroll to top