NM 19: Ekogospodarstwo jako biznes. Rozmowa z Weroniką Rybińską

  • 1:04:13
  • 16 czerwca, 2020
  • 88,1MB

Czy ekogospodarstwo można traktować jako biznes? Specyfiką pracy rolnika jest to, że nie jest się w stanie przewidzieć wielu elementów. W grę wchodzi nie tylko pogoda, bo z jednej strony zmieniają się tendencje rynkowe, a z drugiej nie przewidzimy jak zachowają się rośliny lub zwierzęta, którymi się zajmujemy.

Weronika, zakładając ekogospodarstwo, nie spodziewała się, że planowany zakup dwóch kóz zmieni się w hodowlę o wielkości 50 zwierząt, a także uprawę lawendy i tymianku.

Jak to się stało? Jak ogarnąć tyle zwierząt jednocześnie? Co ją podkusiło, żeby się na to zdecydować?

O tym dowiesz się z dzisiejszego odcinka. Zapraszam do słuchania!

W odcinku Ekogospodarstwo jako biznes z Weroniką Rybińską, rozmawiamy o tym:

  • skąd wzięła pomysł na prowadzenie ekogospodarstwa;
  • na co zwrócić uwagę szukając miejsca do zamieszkania;
  • co daje posiadanie własnego kawałka ziemi;
  • dlaczego zdecydowała się na hodowlę kóz i z czym to się wiąże;
  • jak odróżnia od siebie różne kozy;
  • dlaczego zdecydowała się na uprawę lawendy i do czego ją wykorzystuje;
  • z jakimi wyzwaniami borykają się dzisiaj rolnicy;
  • jak organizuje czas w sezonie rolniczym i poza nim;
  • czy jest teraz moda na ekologiczne gospodarstwa;
  • co należy wziąć pod uwagę, planując przeprowadzkę na wieś?

Przeprowadzka na wieś od dawna za mną chodziła. Choć nie wychowałam się w typowo rolniczej rodzinie, to moi pradziadkowie mieli własną ziemię i zawsze zastanawiało mnie, jak się żyje w takiej rzeczywistości. Która – w dodatku – jest całkiem inna od życia w mieście.

Dzięki Weronice wiem już jakie ma to korzyści i z jakimi obowiązkami się wiąże. Rolnictwo – tak niezbędny element gospodarki – wiąże się wieloma wyrzeczeniami i nie wiem, czy ktokolwiek mógłby nazwać ten zawód łatwym i przyjemnym.

To praca, w której nie ma urlopów, a wolne weekendy zdarzają się z częstotliwością deszczu na pustyni. Jak jednak słyszałam z ust mojej rozmówczyni, jest to zajęcie, które daje ogromną satysfakcję i zadowoli osoby, które nie przepadają za siedzącym trybem życia.

Też masz podobne wrażenia? A może wyciągnąłeś z naszej rozmowy coś dla siebie?

Jeśli tak, to koniecznie podziel się tym w komentarzu.

Do usłyszenia w kolejnym odcinku!

Osoby i miejsca wspomniane w rozmowie:

Więcej o Weronice Rybińskiej znajdziesz tutaj:

 

Podcast Napędziani Marzeniami dostępny jest też:

A jeśli spodobał Ci się ten odcinek, będę wdzięczna za komentarz i podzielenie się tym odcinkiem z innymi osobami, którym jego treść może być przydatna. Będzie mi też miło jeśli poświęcisz chwile i zostawisz krótką ocenę podcastu w iTunes – dzięki temu inne osoby łatwiej dotrą do tego podcastu.

Przeczytaj transkrypcję podcastu:

Cześć, Weronika! Bardzo mi miło gościć cię w podcaście Napędzani Marzeniami. Cieszę się, że przyjęłaś zaproszenie.

Mamy taką kategorię gości – może to źle brzmi, kategoryzacja gości, ale tak jest, żeby jakoś nasi słuchacze lepiej się orientowali w temacie, to mamy taką kategorię: „Rzuciła wszystko i…”.

Czy to tak właśnie z tobą było? Czy Koza na lawendzie pojawiła się, ponieważ w którymś momencie życia stwierdziłaś, że masz dosyć tego wcześniejszego życia i po prostu przysłowiowo rzucasz wszystko i wyjeżdżasz w Bieszczady, vel Mazury w twoim przypadku?

Dzień dobry Joanno i dzień dobry wszystkim słuchaczom! Czy to tak było? Chyba nie do końca. Dlatego, że ja ogólnie pochodzę ze wsi i wiedziałam, że na tę wieś chcę w jakiś sposób wrócić. Też nie do końca rzuciłam wszystko, ponieważ ciągle jesteśmy z mężem jedną nogą na wsi, jedną w mieście. Staramy się to wszystko bardzo fajnie pospinać. To nie jest takie proste: rzucić wszystko i nagle się wyprowadzić, szczególnie kiedy jest rodzina. W międzyczasie, kiedy zdecydowaliśmy się poszukać domu i zdobyć kawałek miejsca dla siebie, no to zaczęły nam się pojawiać dzieci. My mamy z mężem trójkę naszych, z poprzednich związków mamy po jednym synu, czyli razem jest 5. Jest wesoło!

To nie było: rzucić wszystko. Jednak było też takie z naszej strony, że jeżeli już pojedziemy na wieś i będziemy się tym zajmowali, to tak będzie nam to pochłaniało większą część naszego czasu i naszych wszystkich zasobów.

Mój mąż rzucił pracę zawodową, jeździł jako kierowca tirów. Rzucił to, żeby móc działać przy gospodarstwie. Teraz też się zajmuje pokrewną rzeczą – ogrodami. Sama zrezygnowałam z prac związanych z Internetem, prac korporacyjno-stacjonarnych, nie tylko na rzecz tego, że pojawiły się dzieci, ale też nie chciałam wracać do takiego trybu, w którym żyłam przez długi okres, w którym też wychowywałam swojego pierwszego syna.

Czyli to był proces rozłożony w czasie. Zazwyczaj jest tak, że jest taka iskra, moment, w którym ten proces się uruchamia. Czy pamiętasz ten moment, kiedy pojawił się w twoim życiu pomysł na to, żeby założyć gospodarstwo ekologiczne?

Było w ten sposób u nas, że szukaliśmy albo ziemi, albo domu do remontu. Chcieliśmy stworzyć sobie dom.

Żeby mieszkać na wsi?

Tak. Żeby po prostu wyprowadzić się na coś swojego – na wsi, na uboczu. Mieliśmy tutaj, w wiosce, która jest niedaleko miasta, powiedzmy „zaklepaną” działkę. Można powiedzieć, że była właśnie zaklepana dla nas. Nieduża działeczka, nie pamiętam dokładnie, chyba ok. 40 arów, więc nic wielkiego. Jakoś tak wyszło, że zaczęłam się rozglądać za namową mamy męża, za czymś, żeby porównać ceny, coś popatrzeć.

Patrzyliśmy też na stare siedliska, ale one były praktycznie dla nas poza zasięgiem finansowym, bo Mazury nie są aż takie tanie w tych okolicach, w których mieszkamy, czyli Ostróda, Grunwald, Zachodnie Mazury. Działki i domy, siedliska są bardzo drogie. W porównaniu do tego, co na przykład dzieje się na Mazurach na północy – tam te nieruchomości są o wiele tańsze, ale jest i dojazd dalszy, i gorszy. Mniejsze zaludnienie, więcej lasów. Bardziej wymagający też klimat, bo jest trochę chłodniej. To wszystko się na to składa.

Pewnego razu, tak jak mówisz o impulsie, znalazłam to gospodarstwo, w którym teraz jesteśmy i częściowo już mieszkamy. Akurat pod Grunwaldem, od nas widać ten posąg, od muzeum, które tam stoi. Taki to był impuls.

Jak zobaczyłam tę starą oborę – ona jest z 1891 roku. Zobaczyłam kamienie, które tam są. Zobaczyłam stare fundamenty, które zostały i do tego setki żurawi i dzikich gęsi, bo to było w marcu przy zachodzie słońca… To naprawdę zauroczyło mnie to i wtedy przez miesiąc suszyłam głowę mężowi, żeby przyjechał i zobaczył. Że to będzie to – to nie ta ziemia, kilka arów, tylko będzie gospodarstwo i będziemy działać. Będziemy na swoim.

Jak zobaczyłam tę starą oborę – ona jest z 1891 roku. Zobaczyłam kamienie, które tam są. Zobaczyłam stare fundamenty, które zostały i do tego setki żurawi i dzikich gęsi, bo to było w marcu przy zachodzie słońca… To naprawdę zauroczyło mnie to i wtedy przez miesiąc suszyłam głowę mężowi, żeby przyjechał i zobaczył. Że to będzie to – to nie ta ziemia, kilka arów, tylko będzie gospodarstwo i będziemy działać. Będziemy na swoim.

To był więc taki impuls.

Czyli pojawiła się ziemia, pojawił się dom – czy już sobie dopowiadam?

Domu nie było, dom dopiero został wybudowany i też jest to nieduży, drewniany domek. Była ta obora. Ona zrobiła na mnie największe wrażenie i robotę, ponieważ jak weszłam do środka i zobaczyłam te stare bele, to drewno, które jest połączone ze sobą bez żadnych gwoździ i poczułam tę całą historię, do tego jeszcze bardzo ładna okolica, to chyba było to. Plus jeszcze wizja, co można zrobić w takim miejscu. Oczywiście nie myśli się o środkach, pieniądzach, jakie to pochłania i ile to naprawdę kosztuje, no ale jak się człowiek zauroczy czy zakocha, to tak jest. Jak to bywa z miłością – bywa trudna, mieliśmy też nieraz chwile zwątpienia związane z naszym gospodarstwem. I też myśleliśmy, że może trzeba to sprzedać, może się wycofać.

Wiem na pewno, że gdybyśmy stanęli teraz przed – może to kogoś zaszokuje – ale gdybyśmy stanęli teraz przed decyzją, że ktoś od nas to odkupi i mielibyśmy jeszcze raz kupić sobie – bo na pewno nie wrócilibyśmy do miasta, tylko dalej na wieś – kupić sobie jeszcze raz gospodarstwo, to byłoby to na 100% siedlisko stare do remontu z domem już, żeby móc być na miejscu. Nawet jeżeli ten dom miałby być do wybebeszenia cały i od nowa to zrobić, to i tak byśmy w to poszli, niż bawić się w budowy niektórych rzeczy na nowo. Może to brzmi dziwnie, ale nie jesteśmy bogatymi ludźmi, nie mamy bogatych rodziców, nikt nam nie pomaga i to, co zarabiamy, wszystko wkładamy w nasze gospodarstwo. Dom jest potrzebny, nawet jeżeli jest najmniejszy, taki ja teraz mamy. Na pewno jeszcze raz bym się zastanowiła, czy brać tylko ziemię z przyszłościową oborą. To tak.

Tak się domyślam, bo sama nie mam takich doświadczeń, ale wydaje mi się, że w rolnictwie to jest jednak ważne, żeby był na miejscu i z tego względu jak rozumiem o tym mówisz? Że dobrze byłoby od razu mieć miejsce, że można mieszkać na ziemi przy gospodarstwie. Czy to jest ten aspekt? Że mówisz, że dobrze byłoby mieć od razu siedlisko?

Tak! Warto jest mieszkać od razu, jeśli się myśli o tym, żeby uprawiać ziemię, bo sama wcale nie nastawiałam się na to, żeby przyjmować ludzi i robić od razu jakąś agroturystykę. To nie jest do końca mój klimat i wolałam najpierw zająć się tym, co lubię robić, czyli uprawą warzyw. Bardzo to lubię, bo mam z tego efekty. Widzę, jak to rośnie, jest przy tym bardzo dużo pracy, ale jest to dla mnie satysfakcjonująca praca.

Miało to znaczenie jeszcze nawet jak zwierząt nie było, bo dzień wtedy jest dłuższy. Pewne obowiązki, które są związane w domu, rano z tym że wstajemy, robimy sobie śniadanie i ja ogarniam dzieci. Schodzi na tym czas.

Jak jesteśmy tam na miejscu, bo teraz jak jest sezon i jest cieplej, mieszkamy sobie w tym naszym domku, niewykończonym, to wtedy to wygląda na takiej zasadzie, że dzieci wstają, ubierają się i lecą na dwór. Już ich nie ma. Najwyżej w locie jakieś śniadanie, ale ja w tym czasie mogę wyjść do tuneli, otworzyć je, zobaczyć co się dzieje, kiedy podlać. To samo wieczorem, kiedy padam ze zmęczenia nie muszę wtedy jechać. To tylko 30 km między naszym gospodarstwem a miastem i traktuję to tak, jak kiedyś jechałam do normalnej pracy etatowej. Nawet więcej kilometrów. Tylko jednak to jest już inne zmęczenie.

Jak jestem tam cały dzień, od rana do wieczora, namacham się tą motyką z widłami czy nałażę się z kozami, no to wtedy już człowiekowi się wracać nie chce, jak jest tam brzydko, chłodno, zimno i nieprzyjemnie.

Jeżeli ktoś myśli o tym, żeby się gdzieś wyprowadzić, to raczej tak, żeby miał tam dom albo możliwość zamieszkania. My sobie sprowadziliśmy domek holenderski i też w taki sposób na początku żyliśmy, zanim stanął nasz domek drewniany. Teraz w tym domku holenderskim mój tata do mnie dotarł, więc on sobie tam mieszka i zajmuje miejsce. My jesteśmy w naszym domu. I tak to się po prostu kręci. Co jeszcze, żeby było ważne? To, żeby ludzie, którzy dojeżdżają, nie brali sobie na głowę za dużo obowiązków. My to potraktowaliśmy – to jest moja praca, jestem jako rolnik, to jest mój zawód. Muszę więc być tam codziennie, dlatego też zdjęłam taki obowiązek z mojego męża, który się zajmuje innymi rzeczami i on nie musi. Dwie osoby nie są w to zaangażowane.

Do tego to, że choćby się waliło i paliło, tak jak teraz ta sytuacja z koronawirusem, no to do zwierząt trzeba dojechać, zwierzęta muszę wydoić i jadę i tak na produkcję do miasta z mlekiem. To się gdzieś tam zazębia i staram się, żeby to było takie logistycznie dograne, z każdej strony. By nie pochłaniało zbyt wielu środków.

Jeżeli więc ktokolwiek myśli o jakichś zwierzętach, to niech pomyśli dobrze i dokładnie, bo u mnie historia była taka, że mieliśmy mieć tylko dwie kozy, a wyszło od razu osiemnaście. To też były siły na zamiary, wiedziałam, że muszę tam być i tak jestem, i tak będę – już tam był ten domek. Także nie było z tym problemu, żebym po prostu miała ten zwierzyniec.

Wiadomo, że są wzloty i upadki, jest czasem gorzej, lepiej, człowiek jest zmęczony, mniej zmęczony, ale dajemy radę. To jest takie trochę ekstremalne – prowadzenie gospodarstwa na odległość.

No właśnie. Skąd te kozy? Powiedziałaś, że były dwie, teraz 18. Sobie dużo rzeczy odpowiadam, ale dopowiadam, że dwie w charakterze zwierząt domowych, ale 18 to nie brzmi jak zwierzątka domowe tylko jako zwierzęta hodowlane.

Nie zakładałam kóz jako zwierzęta domowe, bo do razu wiedziałam, że jeżeli się u nas pojawią, to związane będą z produkcją serów. Takie jest prawo. Nie za bardzo można robić w ten sposób i dalej z tego, co wiem, że kupować mleko, wytwarzać sery, ale jako jedna osoba, fizyczna. Bo jako przedsiębiorstwo przetwórcze to tak. Jako osoba, która nie ma własnych zwierząt, z których pozyskuje mleko i wytwarzać sery? No to tak nie można.

Przemyślane to było. Krowa to jest duże zwierzę i wiedziałam, że dwójka dzieci, męża nie ma to ja mogę sobie z krową po prostu nie poradzić też siłowo, żeby ją nakarmić, wyprowadzić, bo to jest duże zwierzę. Myślałam sobie: no dobra, dwiema kozami dam radę się zająć. Poświęcam im tyle czasu, że będą wystarczająco przeze mnie dopieszczone i będę miała od razu mleko, żeby tworzyć sery, gdzie u nas w okolicy nie ma, nie było legalnych producentów kozich serów w takiej ilości, mówimy o okolicach Grunwald, Olsztynek, te okolice.

Jak nagle 18 się zrobiło? Wyszło w ten sposób, że pojechaliśmy do pana, który miał kozy. Zobaczyłam, w jakim stanie są te kozy. No i po prostu stwierdziliśmy, że musimy je stamtąd zabrać. I przyjechały do nas. Teraz razem jest ich ok. 50, razem z młodymi z tego roku. Tak się rozwijamy.

Z racji tego, że są dotacje – dostałam jedną na dach, muszę wywiązać się z biznesplanu, to muszę mieć 60 matek dojnych, czyli kóz będzie o wiele więcej, niż obecnie. Podejrzewam, że około 120 może być!

I ty to ogarniasz samodzielnie?

Ogarniam to w tym roku razem z moim tatą. Mąż w tamtym roku mi pomagał, kiedy urodziła się najmłodsza córka i po prostu nie pozwalała mi odejść od siebie za daleko, więc miałam utrudniony proces dojenia. Bo doimy ręcznie. To było troszeczkę utrudnione, więc mąż mi coś tam zawsze pomagał. Tak to obrządek robimy z tatą na pół. Jedno idzie z nimi na spacer, drugie zostaje i przygotowuje wszystko w oborze. I na zmianę.

Tak z tatą ogarniamy cały ten bałagan związany z gospodarstwem.

Kozy trzeba codziennie wydoić?

Tak. I mogą być dojone raz dziennie, tak jak jest to u mnie albo dwa razy dziennie. Na razie jest to raz, dlatego że i młode są, ja się staram nie wykorzystywać moich kóz za bardzo. Patrzę też na to, czy jest wystarczająca ilość zielonego na pastwisku, bo u nas bardzo długo nie padało. Dopiero w maju zaczęło. To też wpływa na jakość mleka. Widzę też po zwierzętach – tyle, ile ja uzyskuję mleka, bo dojnych jest 18 matek, było więcej przez chwilę kóz. Każdy, kto jest koziarzem, się uczy i później pozbywa się, czyli odsprzedaje te kozy, które nie pasują albo ktoś przyjedzie, stado się zmniejsza, zwiększa. Na razie mam 18 matek, które dają mi mleka i średnia jest ok. 20 litrów dziennie, więc na razie mi to wystarcza.

Tak powoli, powoli sobie do przodu działam!

Jak myślałam nad pytaniami do ciebie, to pomyślałam, że zadam ci pytanie, czy wszystkie kozy mają imiona. Jak powiedziałaś, że jest ich 50-60, to myślę, że jest to trochę mało realne, żeby tak było!

Co do kozich imion, to te główne stado, czyli to, które kupiliśmy, mają imiona. Imiona nie są standardowe, czyli Zosia, Kasia, Basia, tylko każda ma od swojego charakteru, od właściwości, częściowo od numeru, który ma na kolczyku tak mówimy, ale proszę nie odbierać tego tak, że to jest numerek. Jak mówimy 45 albo 57 – 57 to jest też Kleopatra, to po prostu wiemy, która to jest koza, bo to są w większości białe kozy, które dla kogoś z boku wyglądają prawie identycznie i my też je rozpoznajemy po wymionach, więc jest Cycata, jest Dziurawy Cycek, mamy taką kozę, która z jednego strzyka cały czas, leci mleko, kiedy ma laktację. I to jest jej wada, taka uroda.

No i tak są nazywane. Jest Pękata, są Krótkie Rogi, jest Murzynka, jest Siostra Basen. Także one mają różne imiona, imiona też dostają po kolei dzieci tych kóz. Najczęściej zdarza się tak, że z którą kozą jestem jeszcze bardziej związana, wtedy też i dzieciaki mają imię od razu.

Tak to przychodzi to z czasem.

Czy reagują na imiona?

Reagują, tak! Jak jestem na polu i któraś wołam, to tak. Przeważnie reagują na to, jak chodzę po polu i wołam „Kozy, kozy, kozy!”. Słuchają się – nie zawsze. Jak to koza, trawa jest bardziej zielona u sąsiada, choćby miały nie wiadomo jaki wywiad i ile się nie chodziły, ale to z jednej strony są to bardzo piękne zwierzęta, bardzo mądre i inteligentne. Są pioruńsko cwane, wredne, więc to nie jest takie proste.

Koza nie jest głupia. To na pewno. Koza nie zje wszystkiego. To, że mówią, że nawet miotłę. Kiedyś miotły były robione z gałęzi brzozy i wierzby a one to lubią po prostu zjadać, koza zjada do 170 różnych roślin, ziół, które potrafi sobie wybrać. Ona więc doskonale będzie wiedziała, co ma zjeść, kiedy ma jeść, jak się czuje i potrafią się same leczyć.

Koza nie jest głupia. To na pewno. Koza nie zje wszystkiego. To, że mówią, że nawet miotłę. Kiedyś miotły były robione z gałęzi brzozy i wierzby a one to lubią po prostu zjadać. Koza zjada do 170 różnych roślin, ziół, które potrafi sobie wybrać. Ona więc doskonale będzie wiedziała, co ma zjeść, kiedy ma jeść, jak się czuje i potrafi się sama leczyć.

Ziołami się leczyć?

Tak. Leczą się ziołami. Ale wiadomo, że jak się tam coś puści, na tej zasadzie, że one gdzieś tam wlecą, będą bardzo głodne, to zjedzą wszystko i też potrafią się nie pohamować i coś capnąć, co nie powinny. Ale ja nie miałam jeszcze przypadku zachorowania, także wszystko jest dobrze.

U nas mają dostęp pełny na pastwisko, na łąki, wychodzimy z nimi dodatkowo, żeby się poobjadały po okolicy, na miedzy. Wesoło jest!

I to o kozach. A w nazwie gospodarstwa jest jeszcze lawenda. Skąd ona się pojawiła i co z tą lawendą się dzieje?

Lawenda jest jeszcze tymianek – o nim mówię mniej, bo on jest mniej atrakcyjny wizualnie. Lawenda pojawiła się w podobnym czasie – chociaż był wcześniej mój pomysł, przed kozami – częściowo się zazębia z tym pomysłem, co miało być u nas uprawiane, dlatego że mam tylko dwa hektary. Trzeba było wyrobić się z tym, żeby je dobrze zagospodarować, żeby dostać jakikolwiek zwrot pieniędzy. To jest inwestycja – to traktuję jako firmę. Wszyscy dookoła mówili, że z dwóch hektarów się nie wyżyje, a ja uważam, że jeżeli dobrze się pomyśli, to da radę. Jest ciężko, bardzo ciężko, szczególnie poza sezonem, ale można. Można żyć i zarabiać.

Nie mówię tu o dopłatach bezpośrednich, bo ja nie mogę powiedzieć 1670 zł rocznie to jest nic na całe gospodarstwo i stwierdziłam, że ja ogólnie kwiatów nie lubię. Nie będziemy ciągle dzierżawić takiego ornego hektara dla sąsiada, bo my też chcemy coś zadziałać. Na 30 arach warzywnik i co dalej?

Zaczęłam myśleć o tym, że w sumie trzeba posadzić coś takiego, co jest ładne, przyciąga oko, nie powtarza się, do tego spróbuję, żeby przezimowało w naszych warunkach, a potem, żeby też tego kozy nie jadły, ale żeby było dla pszczół – bo mamy pasiekę. Wszystkie aspekty poskładałam.

Pojawiła się u nas lawenda. Wejście w lawendę to takie trochę biznesowe rozwiązanie. Dla pszczół i później się okazało, ze kozy nie jedzą lawendy no i równocześnie tymianek był takim ziołem, który stwierdziłam, że tak: po pierwsze, kozy nie jedzą eterycznych roślin, czyli między innymi tymianku. Tymianek jest bardzo miododajny, to naszym pszczołom się przyda no i jest to uprawa wieloletnia. Nie musimy wtedy nikogo na te 1,5 hektara prosić, żeby przyjechał sprzętem, orał, zbierał, no bo to nam się po prostu nie opłacało.

Co jest wytwarzane z tej lawendy i tymianku? Czy to po prostu są suszone kwiaty, liście, czy coś więcej?

Z lawendy zbieram kwiaty, kwiaty na susz. To są na początku bukieciki, czasem ktoś ode mnie kupi na wiązanki, ale też zbieram je z myślą o tym, żeby później produkować syrop lawendowy, który robię sama i go sprzedaję. Czasem jest tak, że używam tego do produkcji, nazwijmy to kosmetyków.

Dlatego, że razem z koleżanką, która zajmuje się ziołami robimy też teraz od niedawna produkty, które z rzeczy z moich gospodarstwa: lawendy, tymianku, koziego mleka, serwatki, takie produkty nazwijmy to kosmetyczne. Mydła, które są też takim efektem tego, aby nie marnować wszystkiego, co jest w gospodarstwie, bo nie każdy kupi woreczek z suszem lawendowym, bo nie każdy musi taki woreczek sobie wieszać na mole. Nie każdy lubi zapach w takiej intensywności, no ale wykorzystanie takiego woreczka to jest jednoznaczne. To, że zbieram, czasem tworzę też jakieś mieszanki herbat z lawendą, ale przede wszystkim zbieram na susz, na to, żeby wykorzystywać je kulinarnie. Robiłam też swego czasu sery z lawendą.

I ty to wszystko robisz samodzielnie? Obrządek kóz, warzywniaka, wytwarzanie serów. Wszystko, co jest związane z lawendą, tymiankiem, przerabianie, pszczoły, pasieka więc i miód. I to jesteś w stanie samodzielnie? Rozumiem, że także z mężem i tatą, o którym wspomniałaś? Tak się udaje? Bo brzmi jak bardzo dużo pracy, a ty jesteś również aktywna mocno w mediach społecznościowych. Napisałaś kilka e-booków, które są też dostępne na twojej stronie. Zadaję sobie po prostu pytanie, jak ty to wszystko ogarniasz jeszcze biorąc pod uwagę piątkę dzieci!

Jak ja to ogarniam? Nie ogarniam, od razu mówię! To nie chodzi o ogarnianie. Dobra organizacja pracy, zaplanowanie różnych rzeczy do przodu. Tata w tamtym roku przyjechał i zaczął pomagać więcej, bo byłam wyłączona, ale widziałam, że chłopaki we dwóch sobie nie dawali rady, bo to też jest inaczej, jak chłopak się nie do końca zna i wie, co tam ma zadziałać, bo mój mąż uczył się upraw.

Jak ja to ogarniam? Nie ogarniam, od razu mówię! To nie chodzi o ogarnianie. Dobra organizacja pracy, zaplanowanie różnych rzeczy do przodu.

Odnośnie do tego wszystkiego, co trzeba zrobić. To jest dobre planowanie przy całej strategii, to jest układanie dnia do tego co dzisiaj robimy. To jest dobrze zaplanowane, naprzód, przez kilka dni, zawsze siadamy już po skończonej pracy wieczorem i mówimy sobie co jest jeszcze do zrobienia. Staram się po prostu wszystko poukładać. Nie zawsze wszystko wychodzi no i bywa tak, że po prostu pewne rzeczy się przesuwają w czasie, jak jakieś sadzenie, nasadzenie. Czasami mnie to irytuje, bo chciałabym spełnić wszystko to, co sobie zaplanuję, ale wiem, że czas nie jest z gumy, nie rozciągnie się. I pewne rzeczy trzeba też ustawiać w priorytecie.

Trzeba stawiać sobie priorytety dlatego, że wiem, że nie wykonam wszystkiego naraz. Nie będzie mnie dla moich dzieci zawsze, musimy podzielić wtedy też opiekę nad dzieciakami, muszę znaleźć im zajęcie, muszę mieć przygotowany obiad, więc też coś wymyślę szybciej. Systematyzuję sobie zajęcia, gdzie co mam zrobić. Małymi kroczkami, po prostu każdą rzecz sobie zaplanuję i robię, wykonuję. Nie zawsze jest tak, że ze wszystkim zdążę od razu. Jak jest po sezonie, to wtedy jest tej pracy znacznie mniej na gospodarstwie i to też jest taki okres po sezonie, gdzie wiem, że mogę poświęcić ten czas na planowanie, robienie biznesplanów. Mniej więcej układać ramy czasowe tego, jak ma wyglądać cały sezon.

Także mogę powiedzieć, że praktycznie jestem ja i mój tata na gospodarstwie, mąż przyjeżdża z pracy i w weekendy nam pomaga, chyba że robi wolne. Wtedy nam pomaga i jesteśmy we trójkę. On dostaje jakieś zadania specjalne, które tylko mężczyźni potrafią zrobić.

Dobra, czyli dzieje się dużo! Czy to tak wygląda przez cały rok? Tak sobie wyobrażam nie znając praktyki pracy rolnika, że takim bardzo zajętym okresem jest ten czas od wiosny do jesieni, a w zimie w końcu można trochę odpocząć.

Przy czym w twoim przypadku pewnie ten odpoczynek to jest pewnie ogarnianie mediów społecznościowych, to są e-booki i nie wiem, co jeszcze. Jak to wygląda z Twojej perspektywy jako praktyka?

To jest tak, że w ciągu roku, kiedy przychodzi sezon, to powiedzmy już tak koniec lutego, początek marca, to jestem wyjęta z Internetu. Może nie całkowicie, bo wiadomo, że telefony teraz umożliwiają nam dostęp wszędzie, gdzie jesteśmy i czasem się zerknie czy wieczorem, rano czy na jakiejś przerwie. To jest ten czas, kiedy czasem nawet z opóźnieniem odpowiadam na pytania klientów, bo po prostu nie mam tego telefonu przy sobie, kiedy jestem na polu z kozami albo w uprawach. Tak – jest to wymagający czas, szczególnie kiedy przychodzą sery, czyli mleko, produkcja serów, ponieważ robię to od rana do wieczora w ogrodzie a wieczorami do samego rana lepię te serki. Także jeszcze pracuję z mlekiem.

Tego czasu jest mało. Zaczyna się go robić więcej koło października. Wtedy jest to po sezonie. Nie jest to dobry czas pod względem finansowym, ale jest to czas pod względem rozwoju i można działać i w mediach społecznościowych, można podzielić się wiedzą, napisać e-booka, zrobić jakiś kurs. Jednak to też się wszystko nie zazębia, ponieważ my nie mieliśmy mleka, może w tym roku coś wyjdzie z mlekiem na zimę, jeżeli urodzą się kolejne kozy. Będzie wtedy mleko – ciągłość. Bo tak to robiliśmy do tej pory, że po prostu mleka nie było, więc przeprowadzenie kursu serowarskiego i pokazanie ludziom jak robić sery na nie swoim mleku i często zdobywanym skądś, no to nie jest to, co ja bym chciała pokazywać.

Tak jak i nie opowiem o wszystkim, o sadzeniu w ogrodzie, jak i nie pokażę przycinania lawendy. Różnych innych czynności, na które po prostu też nie mam czasu w momencie, kiedy przychodzi sezon. Jeszcze to nagrywać, później montować i tak dalej. Podejrzewam, że przydałby mi się sztab ludzi do tego, żeby to wszystko robić. To, co mam w głowie, żeby przekazać, no ale trudno. Nie da się. Trzeba wybrać najważniejsze rzeczy, dlatego bardzo się cieszę, że zaczęłam współpracować z Natalią, czyli Płonką, która pomaga mi robić nasze cudeńka z moich produktów, aromatyczne mydełka czy mgiełki. I też napisałyśmy razem jednego e-booka o ziołach. Ziołach w trawieniu i ziołach w przemianie materii.

Akurat tak trafiłyśmy w ten czas, kiedy ten koronawirus się tak rozwinął, ale nie było pisane z myślą o leczeniu różnych wirusów, pandemii. Po prostu publikacji, która jest nadal dostępna u nas w sklepie na kozanalawendzie.pl/sklep. Ona jest po prostu taka z serca od nas dwóch do leżenia takiego domowego, czy to dzieci, dorosłych, którzy nie chcą używać leków. Że można sobie to ciągle zakupić i też zrobić teraz zapasy, które są potrzebne – rzeczy, które się wykorzystuje później do tych e-booków.

Napisałam też o swoim gospodarstwie [słychać dzieci w tle]. To moja widownia i cała ferajna jak słychać! Oni mi kibicują i mój czas się właśnie skraca!

Przez to, jak oni chodzą do przedszkola, to ja też mam poza sezonem więcej czasu, bo w sezonie moje dzieci uczestniczą w pracach na wsi.

Co do tego czasu – nie ma go za wiele, trzeba go maksymalnie upychać i wtedy pisze jak najwięcej, robię jak najwięcej rzeczy, żeby je poskładać zimą. I żeby przygotować sobie trochę do przodu.

Tak jak i z podcastami – nagrałam sobie bardzo dużo wywiadów i przygotowałam materiał, ale niestety nie mam czasu, żeby po prostu poskładać. Nawet dużo to nie zabiera czasu, ale tak, żeby zostać w domu i ten dzień stracić. Tracić taki dzień, który fajnie, bo słońce wyszło, ja zaraz uciekam, bo my nagrywamy to, kiedy już jest po południu i ja dalej uciekam do siebie na wieś, będę gdzieś działać i pracować, rozwozić też zamówienia.

Po prostu żałuję tego czasu, aby zostać w domu i poświęcić go na składanie jakichś rzeczy do Internetu. Liczę na wyrozumiałość moich słuchaczy, widzów, klientów i obserwatorów, że docenią to, że staram się włożyć swoją siłę nie w Internet, nie w coś wirtualnego i może mnie być mniej a w to, żeby były wysadzane pomidory, ogórki. Bo tak jak pytałaś wcześniej o to, czy ja robię sama? Większość rzeczy tak. Jeżeli to jest taka praca w sezonie związana z jakimiś ciężarami, czy przerzucaniem, to pomagają mi moje chłopaki. Czyli mąż i mój tata. Jak coś trzeba zrobić wtedy też myślimy nad tym, aby poświęcić jakiś konkretny dzień albo kilka dni, no, ale jeżeli chodzi o wysiewanie rzeczy, pielenie i tak dalej, plus produkcja żywności i serów, no to robię to ja.

Tak jak już wspomniałam – wkurza mnie to niesamowicie, kiedy tego nie zrobię i w stu procentach to nie jest zrobione. Albo coś się wywali, albo jest dzień, kiedy ja po prostu nie mam siły, bo kobiety mają też takie dni. Ostatnio tez miałam przeciążone ramię i jeszcze źle się wyspałam i wszystko stało się naraz. Przez to, że jestem zadaniowa i lubię też wykonywać zadania, żeby to się spięło, nie zawsze wychodzi tak, jakbym chciała i łapię takie zniechęcenie i próbuję dokręcić później tę śrubkę, żeby było tego więcej do nadrobienia.

Poza sezonem jest tego czasu więcej, chociaż jak są dzieci i taka ilość to można powiedzieć, że nie do końca, bo trzeba im wtedy ten czas związany z przedszkolem czy żłobkiem zorganizować. Dodatkowo też wczesna jesień jest związana z tym, że robię dużo przetworów i tak to wygląda.

Wspomniałaś, że e-book jest dostępny na stronie. My podlinkujemy tę stronę gdzie można z e-bookiem się zapoznać i go kupić. Na stronie masz też sklep, w którym można kupić twoje produkty. Jak rozumiem wysyłasz je wszędzie? W dowolne miejsce w Polsce?

Tak, założyłam sklep. Bardzo długo to trwało, ponieważ to też jest moja robota. Wszystko robię sama. Nie ma czegoś takiego na wsi, jeśli ktoś nie ma bogatych rodziców, dziadków, nie odziedziczył spadku czy nie wygrał w totolotka, to się nie ma po prostu na wszystko środków. Dzisiaj każda usługa jest droga. Jak trochę umiejętności człowiek posiada, to dłubie sobie sam. Chyba że właśnie nie ma czasu. [śmiech]

Założyłam sklep i ruszył dość dobrze już w styczniu albo i wcześniej. Wtedy poświęciłam mu sporo czasu, bo byłam uwolniona od dzieci, że mogłam w ciągu dnia posiedzieć przy tym. Znajdziecie na sklepie różne produkty. Czasem są tylko na zamówienie, bo nie mogę ich wstawić tyle, ile mam w danym dniu, dlatego że serki świeże schodzą od ręki i po prostu musiałbym cały czas tylko stany magazynowe sprawdzać, co jest na sklepie.

Często informuję w swoich mediach społecznościowych o tym, co jest dostępne na dany moment albo jak jakaś nowość się pojawia, czyli na Facebooku i na Instagramie. A w sklepie są takie rzeczy, które na pewno, na bank, jest tego większa ilość. Obecnie – dzisiaj nawet. Była u mnie dostawa. Natalia dowiozła mi mydła, mydło koza na lawendzie – czyli lawenda i kozie mleko oraz tymianek na serwatce, czyli mydło z tymiankiem z serwatki koziej. Dojadą też niedługo mgiełki, ponieważ to też zostało szybko wykpione. Zapach taki wiosenny świetnie się sprzedaje. No i sery – sery idą na bieżąco. Nie wszystko też mam wrzucone. Czasem nawet po prostu nie zdążę dodać jakiegoś produktu. Trzeba się po prostu zapytać czasem mnie prywatnie czy jest dostępne. Bo tak jak już wspomniałam – schodzi to od ręki albo mam tylko zamówienia konkretne, że ktoś zadzwoni do mnie albo przyjedzie i mówi tyle i tyle rzeczy.

Jest tak z mlekiem. Mleko tylko do odbioru własnego. Nie wysyłam mleka, bo mam już też doświadczenie z tym, jak robię wysyłki słoików, przetworów. Kurierzy są niedelikatni. Nawet jeżeli przesyłka jest ubezpieczona, oznaczona no to niestety zdarza się tak, że są pobite słoiki albo coś się stanie z tą przesyłką. Także mleka nie wysyłam, ale jeżeli jest ktoś z okolic Ostródy, Grunwaldu, Olsztyna, Olsztynka, to jak najbardziej może u mnie kupić mleko.

Oprócz wysyłek i sklepu internetowego, tak jak było do tej pory, jeszcze przed tymi wszystkimi obostrzeniami, wystawiałam się też na różnych ryneczkach, na bazarkach, targowiskach, jarmarkach. Obecnie staram się też komunikować przez media społecznościowe, że przyjeżdżam do Olsztyna co najmniej 2 razy w miesiącu, więc mogę zebrać zamówienie i jeżeli ktoś jest chętny, to wtedy do mnie dzwoni, pisze i umawiamy się w jakimś tam konkretnym miejscu i robię dostawę.

Czyli popyt jest duży, tak? I rozumiem, że jeśli chodzi o klientów i zbyt tego, co wytwarzasz, produkujesz, to tutaj idzie dobrze? Czyli ta podaż i wyprodukowanie tego wszystkiego jest większym wyzwaniem?

W tym kontekście chciałam się ciebie zapytać, czy takich gospodarstw jest Twoje – czy widzisz, że jest ich coraz więcej? Tak, że jest jakiś taki trend, że tacy tradycyjni rolnicy przestawiają się właśnie z rodzajem swojej działalności albo więcej osób, które po prostu z miasta przyjeżdżają, uruchamiają takie gospodarstwa? Czy takich osób jest więcej?

Widać takie zjawisko? Czy ta polska wieś zmienia się właśnie w tym kierunku?

Jest coś takiego, że pojawiają się ludzie, którzy uciekają z miasta na wieś. Kupują takie siedliska, próbują robić agroturystyki no i przy tym od razu proponują własne produkty i żywienie. Do takiego rolnika, tak zwanego konwencjonalnego oni raczej do tego nie odchodzą. Mają bardzo dużo hektarów i im się nie opłaca przechodzenie na przykład na ekologię. Nie opłaca im się bawienie w tzw. rolniczy handel detaliczny bądź sprzedaż bezpośrednią i dokładanie sobie jeszcze pracy związanej z przetwórstwem. To musi być też myśl techniczna i jakby te osoby, często młode, wnoszą do takich starszych gospodarstw, gdzie są rodzice albo dziadkowie jeszcze na gospodarstwie i jakiś taki młody duch wchodzi, żeby rozwinąć interes i wtedy tak.

Z takich dużych gospodarstw to nie widzę przekształcania się, ale widze to, że pojawia się coraz więcej – dzięki temu, że weszła ustawa o możliwości handlu swoimi produktami i przetwórstwa w warunkach domowych, to pojawia się statystycznie coraz więcej takich małych gospodarstw, które coś tam produkują, sprzedają. Są to naprawdę niewielkie gospodarstwa, wtedy produkty są bardzo wysokiej jakości, są dopilnowane. Czy to jest trend? Myślę, że będzie. Coraz więcej osób będzie chciało wyprodukować swoją żywność, bo widzimy też jak ona drożeje w sklepach i ludzie się przekonują do tego, że jak zrobią coś sami, to im to mimo wszystko, mimo włożonej pracy samodzielnej i poświęconego czasu, wychodzi taniej i zdrowiej.

Statystycznie jest coraz więcej w okolicy, mam kilku znajomych, którzy zaczęli się tym zajmować, sprzedają, coś tam myślą, działają. Jest to raczej często powiązane z agroturystyką. Przyjeżdżają do nich gości i na pamiątkę coś by chcieli kupić. Przy agroturystykach jest to takie popularne. Mniej popularne są takie gospodarstwa jak moje, czyli ja nie przyjmuję gości a po prostu produkuję ekologiczną żywność na sprzedaż.

Cieszę się, że jest taki trend. Mieszkam w niewielkim mieście pod Warszawą i chciałabym kupować takie ekologiczne warzywa, a w warzywniakach czy rynku – mamy taki, który się dwa razy w tygodniu rozkłada w pobliżu – to wiem, że tam też są warzywa kupowane w hurtowniach w Warszawie. Ta żywność jest po prostu traktowana chemią.

Gospodarstw ekologicznych według statystyk z tego, co przeglądałam, bo przygotowuję się również do napisania e-booka o kozach bardziej, ale przeglądałam statystyki związane z gospodarstwami, ile tego jest. Statystycznie spadła ilość gospodarstw ekologicznych i mogę tylko podejrzewać, że chodzi tutaj przede wszystkim o papierologię i opłaty, które są z tym w związane. Bardzo wiele osób, które jako konsumenci odbierają nasze produkty i mówią, czy coś jest ekologiczne, nieekologiczne, czy ma certyfikat czy nie. Nie wiedzą o tym, że my ponosimy bardzo duże koszty.

Jeżeli ktoś ma większe gospodarstwo, to może tego nie odczuć aż tak. Osobiście powiem, że jest to dla mnie dość trudne i nie wiedziałam, że się wiąże to z takim nakładem pracy i opłatami. Dlatego może jest coraz mniej. Trzeba się narobić, żeby wyprodukować załóżmy ten kilogram ekologicznej marchewki. Łatwiej jest pojechać do hurtowni, kupić ją, przełożyć z worka i powiedzieć, że to jest dalej swoje! Można tak oszukiwać ludzi. Tak jak można oszukiwać na serach, że można kupić w sklepie i po prostu sprzedawać jako swoje i są takie praktyki!

To jest ta obawa jak rozróżnić prawdziwe, ekologiczne gospodarstwo od takiego nie do końca prawdziwego.

To też ma związek z tym że certyfikacja, czyli – jak ktoś mówi, że ma coś ekologicznego, to się przyjęło, że jest to naturalnie chowane. I zgadzam się, że samo słowo „ekologiczny” nie powinno być zastrzeżone. Mówienie o żywności, wskazywanie konkretnego produktu jest zastrzeżone. Nie powinno się używać „ekologiczny ser”, kiedy nie ma się na niego certyfikatu. Dużo ludzi się burzy, bo właśnie praca, która jest w to włożona, aby otrzymać i utrzymać ten zielony listek, jest ogromna a ktoś inny nie dba o to, robi to w tzw. zamyśle ekologicznym, w naturalny sposób. Uprawia warzywa. Nie traktuje tego chemią. No ale już nie może sobie tego listka przypisać, więc już te produkty nie będą tyle droższe, ludzie już kręcą nosem.

Wydaje mi się, że przede wszystkim mała ilość dobrych, ekologicznych produktów na rynku to jest zbyt wielka ilość dokumentacji i zbyt wielkie opłaty z tym wszystkim związane. W tym roku – ja tego nie ukrywam – pomidory nasze certyfikowane, ekologiczne, będą kosztowały 12 zł za kilogram, dlatego, że wiąże się to z ogromną ilością pracy, pośpiechem, czasem, dodatkowo dużą ilością wody, której potrzebują te rośliny, którą musimy im po prostu dostarczyć na pole różnymi sposobami. A tej wody jest coraz mniej i widzę to też po deszczówce, którą łapiemy czy po ciśnieniu z pompy, jaka jest do podlewania.

W tym roku – ja tego nie ukrywam – pomidory nasze certyfikowane, ekologiczne, będą kosztowały 12 zł za kilogram, dlatego, że wiąże się to z ogromną ilością pracy, pośpiechem, czasem, dodatkowo dużą ilością wody, której potrzebują te rośliny, którą musimy im po prostu dostarczyć na pole różnymi sposobami. A tej wody jest coraz mniej i widzę to też po deszczówce, którą łapiemy czy po ciśnieniu z pompy, jaka jest do podlewania.

To robi to, że obecnie w jakimś dyskoncie pomidory są chyba nawet po 4 zł za kilogram. I już mówią, że są to polskie pomidory. No to jak taki człowiek, który nawet teraz w kryzysie funkcjonuje ma sobie pozwolić na kilogram takich pomidorów? A jeszcze chciałby zrobić przerób z tego. To jest bardzo duży wydatek. Jestem tego świadoma, no ale nie mam 20 hektarów tuneli pomidorów, tylko mam dwa tunele i te pomidory u mnie będą smakowały jak od babci, dziadka kiedyś. Nie będą idealne. Będą trochę popękane, będą niedoskonałe. Po prostu będą moje!

Wychodzę też z takiego założenia, że jeżeli ktoś po prostu nie chce od nas kupić albo nie interesuje go taka totalnie zdrowa żywność, którą ja daję mojej rodzinie, moim dzieciom – no to właśnie nic się nie zmarnuje. Najpierw my, potem kozy, potem dopiero klienci, którzy są chętni.

Potwierdzam to, że ta różnica w jakości jedzenia z gospodarstwa ekologicznego versus to z dyskontów to jest nieporównywalna. Jasne, że fajnie byłoby, żeby to ekologiczne jedzenie było tańsze, ale ja wiem, że tak się nie da. Za tą ceną idzie jakość. Tak właśnie na to patrzę.

Kolejna rzecz, o którą chciałam cię zapytać, to też nauka. Wspomniałaś na początku naszej rozmowy, że twoim zawodem jest zawód rolnika. Rozumiem, że nie jest to zawód wyuczony. Że ty nie chodziłaś do szkoły rolniczej i tak jak rozumiem mówiłaś, że mieszkałaś na wsi, ale rodzice nie byli rolnikami, więc to jest coś, czego musiałaś się nauczyć. Jak ta nauka przebiega?

Jedna rzecz to jest hodowla, uprawa roślin, ale druga kwestia, to są te wszystkie proceduralne, formalne rzeczy, o których też wspominasz.

Nie jestem z wykształcenia rolnikiem. Wykształcenie mam całkowicie w innym kierunku, humanistyczne bardziej i też nie jestem żadnym weterynarzem, bo i o kozach musiałam się nauczyć. Także nauka samych roślin nie jest trudna, ponieważ i dziadkowie uprawiali działkę, my mieliśmy trochę ziemi, jak mieszkałam na wsi. Jeszcze jak byłam mała. Cały czas się więc tego uczyłam na bieżąco. Do tego nie jest trudno poczytać książki czy coś zobaczyć. Teraz jeszcze do tego jest Internet.

Trudniej jest ze zwierzętami dlatego, że to jest żywy organizm. Wiadomo, roślinkę się traktuje troszeczkę inaczej. Jak coś nie wyjdzie, no to nie wyjdzie a już ze zwierzętami jest ciężej, więc bardzo dużo książek, bardzo dużo różnego rodzaju publikacji po nocach, wieczorami. Oglądam bardzo dużo filmów na YouTube w różnych językach. Zarówno o kozach, o serowarstwie, o pszczelarstwie. Wszystkich rozwiązaniach. Oglądam dużo anglojęzycznych kanałów dotyczących rozwiązań uprawy roślin. Staram się tego uczyć.

Rolnikiem stałam się jeszcze przed zmianą ustawy o zakupie ziemi. Wystarczająca ilość hektarów, opłacane składki i tak się po prostu zdobyło ten status. Trzeba samemu. Można też oczywiście zdobyć wykształcenie rolnicze idąc na studia podyplomowe. To mi się przewinęło w związku z dotacjami. Możliwe, że będę robiła takie studia podyplomowe. Ale to jest bardziej formalność.

Bardzo dużo zależy od tego, ile samemu się po prostu przyswaja wiedzy w tym czasie i ile się chce po prostu wiedzieć i czegoś się nauczyć. Taka musi być w człowieku chyba ciekawość, żeby podjąć się czegoś nowego i uczyć się cały czas nowych rzeczy. Mimo że ja na przykład wiem, co roku i uprawiam pewne rzeczy – co roku to samo, ale pewne rzeczy mnie zaskakują. W tym roku co mnie zaskoczyło to to, że z rozsad kapusty pak choi zrobiłam – ona bardzo szybko mi poszła w kwiaty. Oczywiście dalej jest smaczna i aromatyczna, ale już wiem, że mimo że widziałam ją w tunelach, no to w tunelu ona mi zakwitła. Było tak dla niej ciepło, że po prostu poszła w kwiaty. Już wiem wiesz, że albo trzeba będzie ją we wcześniejszym terminie, kiedy jest chłodniej wysiać albo będzie ona tylko na zewnątrz.

Uczymy się cały czas. Tak jak i miałam przypadek – uczę się na zwierzętach, na kozach, bo nie każdy weterynarz ma taką wiedzę, mają wiedzę do dużych zwierząt, czyli bydło, świnie. Niektórzy dobrze się znają na ptactwie, ale kozy są w bardzo dużej mniejszości i trzeba się bardzo dużo samemu uczyć o tych zwierzętach. W roślinności to jest to też metoda prób i błędów. Czasami się zabije jakieś uprawy. I w tym roku robiąc eksperymenty pomidorowe z wysiewami wcześniejszymi załatwiłam jedną partię. Musiałam dosiewać, więc mogę też powiedzieć, że niech się ludzie nie martwią. Często jest tak, że w połowie kwietnia ktoś pyta, czy jeszcze można. Można siać pomidory, swobodnie urosną. Pewne rzeczy się swoim doświadczeniem zdobywa. Tak jak to, że źle zamknęłam kury, przyszedł lis. 30 kur poszło w jedną noc. To jest ogromny wydatek.

Tak jak wsadziłam 500 kapust i z tych kapust została mi 100 gdzieś pochowana. Może nawet mniej, bo wczoraj wsadzałam w to miejsce pomidory. No nie usiądę, nie będę płakać, tylko muszę pomyśleć wtedy, czy dosiewam, czy coś robię dalej. Co w to miejsce będzie innego? Trzeba być mega kreatywnym, szczególnie na tak małej ilości ziemi, uprawach. Szczególnie kiedy się z tego żyje i nie można tego wpisać w koszty, bo my rolnicy mam wrażenie, że jesteśmy traktowani jeszcze gorzej niż przedsiębiorcy.

Robimy i dokumentację przedsiębiorczą, musimy myśleć jak przedsiębiorcy, musimy też jak oni działać – rolnicy, przedsiębiorcy, wszystko naraz, nie mamy urlopów, wolnego. To, co mówią media to wcale nie jest tak.

Byłam na ZUS-ie, jestem na KRUS-ie. I słuchacze – uwierzcie, że to nie jest, że my mamy high life. To nieprawda. Jest jeszcze gorzej niż jak się jest na samozatrudnieniu na firmie własnej, bo totalnie nic nie przysługuje. Ani żadne tarcze, ani nic. Trzeba po prostu zakasać rękawy, ciężko pracować. Emeryturę też trzeba samemu odkładać.

Wyobrażam sobie, że łatwo nie jest. Tym bardziej jestem gotowa te 12 zł za pomidory płacić, bo wiem, że one są tego absolutnie warte.

Mówisz o nauce. Tę naukę też propagujesz w taki aktywny sposób, bo prowadzisz warsztaty, degustacje. One są bardziej dla osób, które chciałyby pójść profesjonalnie w kierunku prowadzenia własnego gospodarstwa, czy one są bardziej dla osób, które chciałyby po prostu tak troszeczkę poczuć z bliska wieś, poczuć gospodarstwo ekologiczne?

Jest to bardziej dla osób, które chciałyby odkrywać te nowe smaki i dowiadywać się o tym, jak to smakuje z pierwszej ręki, jak to wygląda, a jak to się robi. Trochę dla rozrywki – jest to prowadzone przeze mnie w większości dla ludzi, którzy są z miasta i czasem przyjeżdżają do jakiejś agroturystyki i nie mają co robić. Chcieliby czegoś spróbować nowego i się dowiedzieć, zobaczyć jak to wygląda. Miałam też takie osoby, które same chcą coś takiego tworzyć, robić. Bo po prostu mają do tego smykałkę, zacięcie, mają ochotę wykonać własny ser czy dowiedzieć się jak coś z lawendy. Na początku może się to wydawać czarną magią i ja robię sery od 4 lat i ja dalej się uczę. Dalej coś mi nie wychodzi i uważam, że jak ja się doskonalę, komuś coś przekażę, ktoś później się nauczy i pokaże mi też sposób, bo mam bardzo fajne feedbacki od tych osób, to to jest fajne. Żeby nie zatrzymywać, chociaż tej mikro wiedzy dla siebie. W większości to są osoby, które chcą poczuć smak wsi i dzieciństwa.

Dzieci wzywają – to kończymy! Na koniec chciałabym ci zadać jedno pytanie. Jakby komuś chodziła przez głowę taka myśl, że on ma już dosyć miasta, korporacji i chciałby wyjechać na wieś, założyć takie gospodarstwo. Jaką radę albo ostrzeżenie takim osobom być dała? Tak na start.

Przede wszystkim przemyśl co się chce robić na tej wsi i z czego się chce żyć. Zobaczyć wszystkie za i przeciw z dojazdami, przyjazdami, gdzie są szkoły, bo to też jest istotne, bo po pewnym czasie to tak wynika. Z tego, żeby gdzieś zawieźć dzieci, czy do szkoły, przedszkola. Gdzie są sklepy, jakie sklepy – nie ukrywajmy, nie uwolnimy się od tego, żeby nie kupować. Również to, co chcemy robić, jakie mamy rynki zbytu. Kogo chcemy zapraszać, jakie mamy siły przerobowe.

Trzeba potraktować taką ucieczkę na wieś, jeżeli ktoś chce się zaszyć, odejść z miasta, musi pomyśleć o tym jako o biznesie. Otwiera nowy biznes. To nie jest tylko nowy etap w życiu, ale i to jest nowy biznes.

Jeżeli jest taka ochota, to po prostu to zrobić i uczyć się na swoim własnym doświadczeniu, bo każdy inaczej to wszystko przeżywa, po swojemu. Każdy z nas ma inne myśli.

Może być tak, że przez kilka lat będzie daleko i głęboko w czarnych czeluściach pewnych czterech liter, a może być tak, że po roku nagle biznes rozkwitnie albo nie będzie żadnego biznesu. Będzie tylko dom i szczere pole i będzie zadowolony, po prostu. Trzeba to przeżyć. Jeśli jest taka chęć, wyprowadzić się z miasta na wieś to tak, trzeba to spełniać. Bo nikt tego nie zrobi. Nigdy nie będzie odpowiedniego czasu na to. Pomyśleć sobie – okej, żyliśmy w mieście ileś tam lat, co szkodzi na przeszkodzie? Co mamy do stracenia? Będzie się to wiązało z wieloma wyrzeczeniami, ale jak się tego nie spróbuje…

Tylko trzeba wiedzieć, że na wsi jest głośno, śmierdzi, kurzy się, są komary, i że potrafi być duże błoto, duży śnieg. Wesoło może być!

Weronika, ja bym ci jeszcze chciała zadać masę pytań. Ani moi rodzice, ani dziadkowie nie byli rolnikami, ale już pradziadkowie byli, więc jakoś ciągnie mnie do tej wsi i bym się o bardzo dużo chciała wypytać.

Mam nadzieję, że będzie okazja. Może podczas warsztatów, degustacji? Z przyjemnością bym się z tobą spotkała na miejscu, ale to już tak po rozmowie.

Dziękuję ci serdecznie za ten czas. Podlinkujemy twoje strony, media społecznościowe, stronę Koza na lawendzie, żeby tutaj słuchacze mogli się też zapoznać z tym, co robisz.

Życzę powodzenia i tak jak pisałam ci we wcześniejszych mailach – dużo słońca i deszczu!

Również dziękuję za rozmowę, mimo wielu technicznych trudności oraz mojego dzieciowego tła. Zapraszam serdecznie. Może spotkamy się na żywo i będzie nam wtedy łatwiej pogadać. Dłuższa rozmowa z tego wyjdzie, nie tak w biegu.

Przyjeżdżaj jak najbardziej. Wszystkich tych zainteresowanych tez zapraszam do siebie najpierw na stronę, niech popatrzą, co tam się dzieje, zapraszam też na zakupy. A jak jesteście gdzieś tam przejazdem w Grunwaldzie, to wystarczy telefon i jeżeli jest ładna pogoda to zapraszam, można wtedy też pooglądać co robimy, pogłaskać kozy. Po prostu: przyjechać!

Żyjemy na wiecznej budowie, jeden z klientów nam kiedyś powiedział, że trochę jak hipisi. Mówił to z wielkim uśmiechem, aż mu się oczy lśniły, że takie dzieci kwiaty może trochę. To jest jakaś lampka! Także zapraszam.

Dzięki wielkie!

Dzięki.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Scroll to top