NM 56: Anna Zoll – warto słuchać siebie.

  • 00:42:33
  • 18 stycznia, 2022
  • 66,4 MB

Ile masz lat? 20, 30, 40, a może jesteś w grupie 50+? Historia z dzisiejszego odcinka pokazuje, że wiek nie ma znaczenia dla spełniania marzeń. Mam na myśli takie marzenia, których realizacja wymaga całkowitej zmiany życia. Czy warto słuchać siebie?

Na to i inne pytania odpowiemy w dzisiejszym odcinku! 

Zaprosiłam do rozmowy Annę Zoll – dawniej przedsiębiorczą bizneswoman, a dziś artystkę aktywną w świecie filmu. Producentkę, scenarzystkę, laureatkę nagród za 3 filmy krótkometrażowe, oraz dyrektorkę KinoGramu – Kina w niezwykłej Fabryce Norblina – niezwykłego pod wieloma względami miejsca, w którym możemy spotkać się ze Sztuką przez duże Sz.

Zapraszam do słuchania!

W odcinku “Anna Zoll – warto słuchać siebie” usłyszycie o tym:

  • jak wyglądały jej 40 urodziny;
  • dlaczego rzeczy materialne nie mają dla niej znaczenia;
  • kiedy nastąpił moment zwrotny w jej życiu;
  • co popchnęło ją w stronę filmu;
  • kiedy i dlaczego postanowiła nagrać pierwszy film;
  • skąd pomysł na Heart Therapy;
  • jak powstały kolejne filmy;
  • jak to się stało, że została dyrektorką KinoGramu
  • jakie są marzenia Ani?

Mam ogromne szczęście do ludzi, których spotykam na swojej drodze. Ania swoją postawą udowadnia, że nigdy nie jest za późno na spełnianie marzeń. Zmieniła swoje życie o 180 stopni. Posłuchała siebie i poszła w stronę marzeń i pasji. Mam nadzieję, że dzisiejsza historia zaszczepiła w Was chęć i odwagę do działania, a może nawet zmian na lepsze.

A może ktoś z Was również stawia pierwsze lub kolejne kroki w świecie filmu? Dajcie znać!

Będę wdzięczna za każdy komentarz w mediach społecznościowych czy w aplikacjach podcastowych. 

Anna Zoll Film - warto słuchać siebie

Do usłyszenia w kolejnym odcinku!

Linki dodatkowe: 

Więcej o Ani znajdziesz tutaj:

Podcast Napędzani Marzeniami dostępny jest też:

A jeśli spodobał Ci się ten odcinek, będę wdzięczna za komentarz i podzielenie się tym odcinkiem z innymi osobami, którym jego treść może być przydatna. Będzie mi też miło jeśli poświęcisz chwile i zostawisz krótką ocenę podcastu w iTunes – dzięki temu inne osoby łatwiej dotrą do tego podcastu.

Cześć, Aniu!

Cześć, Asiu!

Bardzo ci dziękuję za przyjęcie zaproszenia do podcastu Napędzani Marzeniami, bo tych marzeń w Twoim życiu widzę multum i zdradziłaś już, że na horyzoncie są kolejne!

Pamiętasz dzień, rok swoich czterdziestych urodzin? Pytam, bo to jest taki moment, kiedy ludzie zaczynają podsumowywać, do czego dotychczas doszli i zastanawiać się, czy dalej chcą iść tą samą drogą, czy może coś zmienić?

Bardzo dokładnie pamiętam moje czterdzieste urodziny oraz to, co miałam w głowie. Dziś temu mocno zaprzeczam, m.in. dlatego, że życie mi pokazało, że to nie był ten kierunek, który chciałam. Kupiłam sobie na te czterdzieste urodziny – to był też taki bunt przeciwko pewnym sytuacjom, w które byłam uwikłana i kupiłam trzy wartościowe rzeczy. Wszystko materialne. To było auto, które było moim marzeniem, pierścionek z większym brylantem oraz okulary, bo wszyscy mówili, że z moim wzrokiem jest coś nie tak. Na tamten czas dla mnie to były drogie okulary, bo ja nigdy nie kupowałam sobie jakichś drogich, nie uważałam to za ważne. A na czterdzieste urodziny kupiłam.

To była taka lekcja życia, bo wszystkie trzy rzeczy straciłam. Brylant wyleciał, po dwóch, trzech latach i to jeszcze na ognisku! Nawet go nie szukałam. To było ważne, trochę dla mnie symboliczne. Okulary skradziono mi w pociągu, a samochód okazał się – to jest najbardziej pozytywne, bo to, że zainwestowałam w drogi samochód i go sobie ściągnęłam ze Stanów, to to była pomocna ręka w momencie, kiedy przyszedł do mojego życia kryzys rodzinny też parę lat później. To była pierwsza rzecz, której się właśnie pozbyłam.

Czuję, że wtedy ta mądrość zaczęła do mnie wchodzić, że rzeczy materialne w ogóle nie mają wartości. Dla mnie liczy się człowiek i to, co przeżyje, więc gdybym mogła dziś cofnąć czas, to jeździłabym po prostu fajnym, bezpiecznym samochodem. Tak też wtedy wybierałam, ale to nie musiało być to auto. Ten pierścionek, bardziej podarowany przez moją rodzinę stanowi dużo większą wartość. Coś, co dziś mam na palcu, bo ten pierścionek, który noszę dzisiaj to jest największa wartość, bo pamiętam, jak moja mama go zawsze miała na ręce i on się kojarzy z ciepłem domu rodzinnego, z moją mamą, moim tatą. Wtedy te pieniądze trzeba było poświęcić na podróże z dziećmi. Pokazać im więcej świata.

To jest bardzo ciekawe co mówisz. Też mam za sobą doświadczenie kradzieży, włamania się do domu, podczas którego wiele takich cennych rodzinnych pamiątek i przedmiotów rodzinnych nam skradziono.

Oczywiście, na początku to była taka trauma, ale teraz wspominam to wydarzenie w taki oczyszczający sposób. Człowiek uczy się, że da się bez tego żyć. I że to uwalnia od kotwicy materialnej.

Tu jest jeszcze taka różnica, że mówisz o pamiątkach rodzinnych. Też w domu mam moje pamiątki rodzinne, które są dla mnie bardzo ważne. Jesteśmy rodziną, która się bardzo mocno razem trzyma i bardzo kultywujemy wszystkie nasze tradycje i pamiątki.

Jeżeli coś jest w rodzinie Zollów, to może być tylko u rodziny Zollów! Dostaję też bardziej po moich babciach niż po moich dziadkach – brat dostaje po dziadkach. Są bardzo cenne!

A to, co ja tobie mówię, to są rzeczy, które ja z chęci zaimponowania może komuś albo podniesienia własnej wartości, co jest totalnie płytkie i mało wartościowe. Te rzeczy więc nie miały wartości. Tylko materialną.

W moim przypadku było różne – część była sentymentalna, część materialna, ale nie sentymentalna o taki ciężarze gatunkowym, o którym mówisz, więc z tego powodu było mi trochę łatwiej i faktycznie było to uwalniające.

Wracając do ciebie – czyli te urodziny nie były momentem zwrotnym w twoim życiu? Ten moment zwrotny dopiero zaczął się dziać parę lat później?

W ogóle na te czterdzieste urodziny bardzo czekałam, bo wydawało mi się, że będzie wow! Trzydziestka była super, cudowna. Moje dzieci przyszły na świat jak miałam 33 lata, więc czterdzieste urodziny przechodziłam z siedmioletnimi bliźniakami, najcudowniejszymi dzieciakami świata. Ta czterdziestka zawiodła mnie pod wieloma względami. Początek czterdziestki to było jedno z najbardziej przyziemnych lat w moim życiu i nawet nie zawsze takiej fajne. Ale im bliżej pięćdziesiątki tak zaczęło się coś ruszać, też przeszłam sama taką transformację moim myśli, tego, co mi w duszy gra i nagle w środku – zawsze lubiłam słuchać siebie, nie było to zbyt łatwe dla moich rodziców.

Słuchałam też oczywiście rodziców i różnych osób, które po drodze spotkałam, które były moimi autorytetami albo mi coś nakazywały. Ale po tej czterdziestce – poczułam, że przede wszystkim chcę siebie słuchać. To jest coś, co pokazuję tutaj, bo czuję, że to jest tutaj. Mój najlepszy doradca, najlepszy partner w moim życiu i to jest właśnie to coś tutaj, ten ktoś tutaj, czyli tak naprawdę ja.

Moje wnętrze mi mówiło, im bliżej było mi do pięćdziesiątki, że coraz więcej mogę, a coraz mniej muszę. I to dawało wielki komfort i uwolnienie od jakichś takich ciężarów. Równolegle z tym poczuciem, że ja mogę więcej, nawet będąc cały czas mamą, ale to też jest ważny element, ponieważ będąc mamą zaczęłam widzieć moje dzieci, które zaczynają frunąć w swoim kierunku. Zawsze chciałam, żeby były bardzo wolnymi ludźmi, starałam się ich nie ograniczać. A to też powodowało, że coraz mniej mnie tam miało być!

Moje wnętrze mi mówiło, im bliżej było mi do pięćdziesiątki, że coraz więcej mogę, a coraz mniej muszę. I to dawało wielki komfort i uwolnienie od jakichś takich ciężarów.

To było też takie wyzwanie, ale to właśnie dawało poczucie, że coraz więcej mogę i coraz mniej muszę. I wtedy zaczęły przychodzić pewne rzeczy, które mnie w środku znowu pchały, a to, co mnie pchało najbardziej, tak ok. 48, to była firma. Prowadziłam nadal firmę konsultingową i trochę zaczynałam czuć bezsens, że nie chcę tego, tylko tak robić, bo życie jest za piękne, ja jestem głodna życia, świata i wtedy – to była jedna noc, moje dzieci poszły spać, a ja poczułam bezsens tego, że włączyłam znowu telewizor, nalałam sobie lampkę wina i znowu to samo.

Wyłączyłam wszystkie światła, wyłączyłam telewizor, lampkę przeniosłam na stół, wzięłam laptopa i zaczęłam pisać pewną historię, która we mnie po prostu była i eksplodowała. To był początek mojego scenopisarstwa, a scenopisarstwo przeniosło mnie do świata filmu i Heart Therapy, który tobie jest też już dobrze znany!

Tak. To jest taki duży przeskok od wieczoru przy laptopie i scenariuszu do Heart Therapy i do tego miejsca, w którym dziś siedzimy. A jakbyś mogła przypomnieć sobie następny dzień, poranek po tym wieczorze, kiedy usiadłaś do laptopa zaczęłaś pisać scenariusz.

Poranek był taki, że ja cały czas pisałam – całą noc. I rano zadzwonił budzik, ja nie poszłam spać, tylko budzik zadzwonił, że mam budzić dzieci. Wszystko wzięłam prysznic, dzieci, zawiozłam je do szkoły i cały dzień myślałam o tym, żeby znowu był wieczór, moje dzieci poszły spać i żebym mogła powtórzyć i tak chyba ponad miesiąc funkcjonowałam.

Nie było tak, że codziennie pisałam do rana. Załóżmy od 22:00 do 1:00, 2:00, 3:00. I tak powstawała historia, która miała być ewentualnie książką, ale nie jestem osobą, która czyta książki. Po prostu jestem dyslektykiem i nie czytam szybko, więc książka nie jest produktem, po który ja sięgam. To jest jak wazon. Muszę usłyszeć albo zobaczyć.

Pomyślałam, że chcę mieć film. Znalazłam osobę, która napisała książkę – ta książka nie jest jeszcze wydana – na podstawie tej historii, a ja napisałam scenariusz. Film też jeszcze nie powstał, ja go noszę tutaj, to jest czarna perła.

Tak pewnie miało być, że miałam pisać ten scenariusz pełnometrażowego filmu, ale pisząc go i ucząc się pojechałam od razu do Londynu na największy zjazd scenarzystów na świecie. To było po pierwszym pół roku mojego pisania.

Każdy może się zapisać na taki zjazd?

Tak, trzeba też zapłacić. To kosztuje ok. 2500 zł z tymi wszystkimi dodatkowymi atrakcjami, ale to największy zjazd scenarzystów na całym świecie. London Screenwriters’ Festival. Pojechałam tam jako żółtodziób, ale zapisując się tam, dostaje się wcześniej akredytację. I mając akredytację można wysłać na ich wewnętrzne konkursy np. urywki scenariusza typu dialog, scena. To bierze udział w różnych konkursach. I tak się stało, że wysłałam dialogi i urywki mojego scenariusza Black Pearl i okazało się, że dostał się na kilka konkursów!

Po pół roku od rozpoczęcia pisania nagle się okazało, że brytyjscy aktorzy odgrywali sceny z mojego scenariusza pod okiem austriackiego reżysera i dostawałam cały feedback na temat tego, co powinnam zmienić. To mi dało też siłę, że może tak źle nie piszę, może kogoś to zainteresuje.

Wracając z tego pierwszego festiwalu mówili nam: trenujecie na krótkich metrażach. zrobiłam więc krótki metraż, treningowo. I to jest właśnie Heart Therapy.

Opowiedz, o czym jest Heart Therapy?

Jest o potrzebie przytulania. Skupiłam się w moim filmie na dzieciach i noworodkach, ale to dotyczy każdego z nas. Tym bardziej tutaj czasy COVID-u myślę, że też nam pokazują. Nam nie wolno się przytulać. A przecież to jest najlepsze lekarstwo!

To jest film, który pokazuje dzieci, które są porzucone lub oddane biologicznym rodzinom, które pozostają samotne w szpitalach. Zespół medyczny nie jest w stanie im poświęcić tak dużo czasu, jak rodzina w domu, więc te dzieci odczuwają większe potrzeby przytulenia, uwagi, dotyku, śpiewu. I to właśnie pokazałam w moim filmie. Chciałabym zaprosić do mojego kanału YouTube, żeby państwo zobaczyli – Heart Therapy, Anna Zoll.

Podlinkujemy w notatkach do tego podcastu, także każdy będzie mógł zapoznać się z filmem.

Zrobiłaś go w zaciszu domowym, po to, żeby poćwiczyć ten warsztat scenarzysty, producentki, reżyserki czy było coś więcej?

Nie, to był taki zew natury, jak zobaczyłam konkurs na Nespresso Talents i właśnie było „the difference she makes” – to jest hasło. Zmiany, jakie czyni kobieta. To mogła być Królowa Boną albo jakakolwiek wielka postać i pokazanie, jak zmienia świat na lepsze, mogła być też osoba przez nas niewidzialna.

Miała być historia kobiety, która zmienia świat na lepsze. I jak przeczytałam to hasło, i że to są trzy minuty, mały budżet – już się tego nauczyłam przez to pół roku, ile kosztuje film – oraz że można to zrobić własnym sprzętem. I jeszcze lubię nowe technologie. Film musi być wertykalny, czyli w pionie. To wszystko mnie tak chwyciło. I ja siedząc na kanapie, czytając o tym konkursie, znowu wieczorem, znowu przy winie – zobaczyłam wtedy ten film w oczach.

Tak powstały wszystkie moje filmy, bo zrobiłam ich kilka – kilka krótkometrażowych i za każdym razem wszystkie trzy pokazały mi się dokładnie w oczach. Nie byłam reżyserem, dziś już jestem tak nazywana i to przyjmuję, aczkolwiek ze skromnością, bo nie zrobiłam żadnego wielkiego filmu. Ale reżyseruję te moje i jak to robię – dokładnie to, co widziałam w tych oczach, ten pierwszy obrazek.

Nawet więc jak już zaprosiłam operatorów, różne osoby do filmów, wszyscy występowali bardziej jako wolontariusze, ale jak byłaby nagroda, mieliśmy się podzielić i tak też nam się udało. Każdy film zdobył jakąś nagrodę, wszystkie trzy. Ale właśnie to, co robię, to co przedtem powiedziałam Ci o tej czterdziestce – że tutaj jest mój doradca i to spowodowało, że jak mi różne osoby, które znały się wtedy na filmach a ja nie, bo miałam firmę konsultingową. Mówili mi, że mam zrobić tak albo tak, albo kamerą tak operator ma zrobić – a ja wzięłam tablet i patrzyłam, jak ten operator kręci – popatrzyłam i powiedziałam „ale to nie jest mój film”. W końcu w jednym filmie trzymałam za ramiona tego operatora i mu pokazywałam, jakie ujęcia ma zrobić.

On to za chwilę zrobił i jak to zobaczyłam, pomyślałam: to jest właśnie mój film! Mocno trzymałam się tego, żeby to było to, co ja widziałam jako pierwsza migawka. Później miałam taki film, który częściowo jest animacją. Widziałam ten film jako pająk i chciałam, aby ona była najprostsza z możliwych. Tak jakby dziecko w przedszkolu coś narysowało i później poruszało kilkoma karteczkami. Żeby ten rysunek, ta animacja nie była mocniejsza niż przekaz.

Oczywiście wiele osób mi mówiło „co? Taki rysunek? Nie! Nie możesz lepszej animacji, tylko te dwa rysunki?”. I mówiłam: „tak, bo to jest najprostsze! Krócej nie można!”. I były osoby, które mówiły mi, jakich grafik powinnam użyć.

Cieszę się, że nie słuchałam. Znaczy – lubię słuchać tych wszystkich komentarzy, bo one mnie też budują. Ja to słyszę, mam w tyle głowy, ale jednak idę za swoim głosem.

Skąd wiesz, w którym momencie iść za swoim głosem, a którym momencie jednak ta rada od bardziej doświadczonych twórców może coś wnieść do twoich kreacji?

Bardzo dużo się uczę. W kinie spotkam wielu twórców i uwielbiam z nimi rozmawiać. Wszystkich uwag słucham – może nie daję po sobie poznać, że kogoś bardzo wysłuchałam, ale to robię i pamiętam. Cały czas później analizuję. Jak już coś robię, to daję sobie ten czas. Miałam swoją wizję, ktoś mi coś powiedział, więc jest zmiana tych klocków. Muszę się przespać, trochę przeanalizować i znowu to do mnie przychodzi. Może brzmi to komicznie, ale czuję, że to tak przychodzi! Słucham tego czegoś, co do mnie przychodzi i to tak mnie pcha tutaj!

Brzmi magicznie!

Ja tak funkcjonuję i nie umiem tego wytłumaczyć, ale jest mi z tym dobrze.

Nagrana jest Terapia Sercem, to jest 2018 rok, a temat filmu przyszedł do ciebie i ten pierwszy scenariusz to był 2016 rok. W którym momencie zrezygnowałaś z prowadzenia firmy i zdecydowałaś, że to już jest ten czas, że można tę drugą nogę odstawić na tę stronę sztuki?

Po powrocie z Cannes już czułam – rozmawiałyśmy, że film Heart Therapy zajął 2. miejsce na Festiwalu Filmowym w Cannes, właśnie w 2018 roku, w maju, w konkursie Nespresso Talents. To było takie zaskoczenie, że po takiej sytuacji jak mam siebie nie słuchać? I nie chcę, aby zabrzmiało to bezczelnie, że jestem taka zarozumiała. Ale myślę, że chciałbym moim dzieciom mówić i innym osobom. Bardzo polecam słuchać siebie! Bo my jesteśmy swoimi najlepszymi doradcami. W nas jest ta prawda i my siebie nie będziemy chcieli już oszukać, bo my na własną niekorzyść nie chcemy działać. Dla mnie tak – to jest dziś podstawa.

Bardzo polecam słuchać siebie! Bo my jesteśmy swoimi najlepszymi doradcami. W nas jest ta prawda i my siebie nie będziemy chcieli już oszukać, bo my na własną niekorzyść nie chcemy działać. Dla mnie tak – to jest dziś podstawa.

Jak wróciłam z Cannes, pomyślałam: „Co jeśli zrobiłam pierwszy film w życiu, odniósł sukces i już nigdy nie zrobię żadnego więcej?”. Bardzo szybko więc zrobiłam drugi. Ten też odniósł sukces i też drugie miejsce, bo to był unijny konkurs Kadr Na Pracę. Trzeba było pokazać zawód, który albo zanika, albo jest niewidoczny. I zrobiłam film o kontrolerce ruchu lotniczego, z moją znajomą, Agnieszką Łuś. Wtedy już poczułam, że nie mogę. Nie miałam już w środku niczego, co mogłoby poprawić dalej firmę konsultingową. I po 21 latach zrobiłam short cut. Nie wiedziałam, co będzie. Miałam jeszcze dzieci na wychowaniu. Jestem samodzielną mamą, więc to było wyzwanie, ale tak musiałam zrobić. Warto ryzykować, warto słuchać siebie, warto zaryzykować. Dzięki temu jestem gdzie jestem, jestem dyrektorką generalną kina Kinogram, najpiękniejszego miejsca dla twórców i kinomanów. Mogę się dalej rozwijać i nie byłabym tutaj, gdybym nie zaczęła robić filmów.

Jak to się stało, że zostałaś dyrektorką Kinogramu, bo domyślam się, że to nie było po prostu ogłoszenie, na które zaaplikowałaś? Mam takie wyobrażenie, nie znając nikogo, kto jest w tym świecie filmu, że jest to dość hermetyczne środowisko, jeśli nie ma się wykształcenia, nie wejdzie się w ten świat mając dwadzieścia, dwadzieścia-kilka lat, to potem to jest nierealne. A twój przykład pokazuje, że to jest realne!

Kinogram należy do Capital Parku, jest to fundusz inwestycyjny. To nie są osoby, które tworzą sztukę. Nie tworzą filmów, takich miejsc. To jest fundusz inwestycyjny, który tworzy przepiękne miejsca na całym świecie, głównie w Polsce, z którym my korzystamy, tak jak na przykład w tym przypadku jest to Fabryka Norblina i też Kinogram.

Miałam to szczęście, że zarząd Capital Parku znał mnie już wcześniej i widział moje filmy. Myślę, że to odegrało jakąś rolę. W momencie, kiedy to kino powstało, dostałam tę propozycję. Ale jest jeszcze jedna rzecz, która też dała mi tę szansę, bo jestem wielką fanką Moniki Bellucci. To też wynika z tego, że lubię sięgać po coś, co jest niemożliwe. Bardzo chciałam ją poznać i dwa lata temu – teraz jest grudzień, więc właśnie mija rok, jak miałam tę przyjemność poznać ją w Paryżu. Chwilę z nią rozmawiałam – i to zamieściłam na moich mediach społecznościowych, Anna Zoll Film. I jak dostałam tę propozycję, m.in. padło „słuchaj – tę Bellucci nam tu przywieziesz?”.

Myślę, że może moja determinacja do tego, żeby sięgać po niemożliwe i doprowadzać do tego też, spowodowało, że mam tę pracę.

Jest takie powiedzenie „action speakerem louder than words”, czyli działania mówią więcej niż słowa. Myślę, że pomimo tego, że nie słyszał od zarządu, że podobają im się twoje filmy, to swoimi działaniami tego dowodzą.

Kupuję to hasło, ponieważ zawsze jak się budzę, myślę „action!”.

Ostatnie Twoje słowo przed chwilą to było „action” właśnie, więc szybka zmiana miejsc. Jesteśmy teraz w innej części przestrzeni kina Kinogram. I właśnie o to kino chciałam spytać – bo to dużo więcej niż po prostu kino!

Klik! Jesteśmy dokładnie w siedzibie gildii reżyserów u nas w kilogramie. Wcześniej byłyśmy w sali nr 1, czyli tej najmniejszej sali na 48 osób. A dookoła mamy w sumie 7 sal i za nami jest sala nr 5, czyli największa – 6 i sala nr 7, Asiu, za tobą, czyli sala, w której jest oryginalna statuetka Oscara, którą zdobył pan Jan A. P. Kaczmarek za muzykę do filmu Marzyciel. Jak to mówię – jesteśmy najprawdopodobniej jedynym kinem na świecie, które pokazuje każdemu, kto kupi bilet do sali nr 7 oryginalną statuetkę i można ją właśnie zobaczyć.

Kino jest na przestrzeni 3500 m, więc można powiedzieć, że jesteśmy wielcy. Ale jesteśmy też bardzo mali, bo mamy tylko 530 miejsc w siedmiu salach, więc te sale są małe, kameralne. Ta największa sala, o której mówię przy Foyer sceny, która jest za mną, jest na 112 miejsc, więc naprawdę jesteśmy mali, ale mamy dużą przestrzeń, bo mamy też Galerię Sztuki, której przekazaliśmy i dwie duże ścianki wystawowe, więc samo Foyer Galerii, czyli miejsce wspólne, gdzie wszyscy mogę spędzić czas to jest 120 metrów i można tam podziwiać sztukę, można korzystać z naszego baru, mamy największy bar w całej Fabryce Norblina, 14-metrowy, prowadzony przez Tomka Małka, mistrza świata. Nie ma nikogo na świecie, kto ma takie tytuły i tyle tytułów barmańskich.

Największa kawa, ale też fantastyczne drinki, bo mamy takie nasze iconic drinks i wszystkie drinki są specjalnie przygotowane dla naszego Kinogramu, czyli receptura niepowtarzalna! Serdecznie zapraszam, m.in. mamy popcorn i to jest tak, że dostajecie kubek popcornu – to było jedno z najczęstszych pytań, czy nasze kino będzie miało popcorn? Tak, mamy, ale nasz jest docelowo w 7, 8 smakach! Teraz był film truflarzy, mieliśmy popcorn truflowy!

A drink popcorn jest w mniejszym pudełeczku, nie tak jak w dużych kinach, ale w środku mieści się kubeczek z drinkiem! Pijesz, masz tę słomkę, która wystaje z popcornu. Bardzo miły drink, także serdecznie polecam!

Powiedziałaś, że kino jest małe, jeśli chodzi o liczbę miejsc, ale Kinogram jest wielkie, jeśli chodzi o koncepcję i intencję, bo właśnie dużo więcej niż kino! Wspomniałaś o galerii sztuki, o przestrzeni, o barze, ale to jeszcze nie wszystko. To się dzieje o gildii reżyserów polskich w siedzibie, w której siedzimy, ale to jeszcze nie wszystko. Dużo więcej dzieje się w tej przestrzeni fizycznej i w takiej tez przestrzeni kreatywnej. Wspomniałaś mi wcześniej, poza ekranem, poza rozmową, że kino pozwoliło ci zrealizować jedno ze swoich dużych marzeń.

Tak, wielkich! Generalnie chciałam powiedzieć to, że Kinga Nowakowska, członek zarządu Capital Parku miała wizję tego miejsca. Jest dyrektorką całej Fabryki Norblina. Chciała, aby to było miejsce, gdzie nie tylko pokazujemy filmy na dużym ekranie, ale żeby to było miejsce spotkań. Żeby działo się dużo dookoła sztuki. Żeby sztuka spotkała się z twórcami. Próbuję ją realizować, bo jest totalnie spójna z moją wizją w ogóle postrzegania świata i życia. To są te wartości – więc to, co tutaj robimy, to tak naprawdę łączymy różne sztuki. Sztuka filmowa jest to oczywiste, bo jesteśmy kinem, które wszystko gra, czyli mamy filmy na dużym ekranie, ale nie tylko filmy – mamy też koncerty na dużym ekranie, operę raz w miesiącu – jest to wieczór z operą. Teraz, 5.01 mamy Zemstę. Tak jak mówię – w każdym miesiącu jest jakiś wieczór z Operą, ale też może będzie Operetka, może będzie Musical, może teatr. Mamy też koncerty, będzie niedługo Festiwal – Kinogram Music Festival.

Fanatyczne, światowe koncerty, które były nakręcone. Są niedostępne dla każdej osoby, aby je zobaczyć. Już wiadomo – nie pojedziemy w niektóre miejsca, ale też bardzo trudny jest dostęp do tych materiałów, więc nie chcę zdradzać, ale będą to unikatowe filmy, pokazywane muzycznie i będą miały swoje premiery.

W Foyer sceny za nami, w każdy czwartek, piątek i sobotę mamy muzykę na żywo, więc przychodząc na film można tak naprawdę wcześniej spędzić tu czas. Jedno we Foyer sceny, w barze, mamy Foyer Galerii. Dużo osób przychodzi do nas w weekendy, ale nie tylko, żeby w ogóle spędzić u nas czas. Z kolei z mojej prawej strony jest przestrzeń wystawowa, plakatowa, zdjęciowa. Mieliśmy 26 plakatów Kurier Francuski, taki film Disneya. Fantastyczny – było stworzonych 26 plakatów i wszystkie były u nas wystawiane jako jedno z nielicznych miejsc w Polsce. Teraz mamy zdjęcia, Backstage Briana Adamsa, który zrobił przepiękną sesję do Kalendarza Pirelli i z kolei 6 stycznia wchodzi fanatyczna wystawa zdjęć Piotra Jaxy. To są wielkoformatowe zdjęcia, drukowane są na metalu. Wielkie formaty, które będą właśnie tam wystawione.

Będzie też spotkanie z Piotrem – fotograf, operator, współpracujący m.in. z Kieślowski i sam Kieślowski będzie na zdjęciach tutaj. To przepiękna wystawa, która objechała trochę Europy, a teraz przyjeżdża do nas. Nie mogę się doczekać, bo to tak unikatowa kolekcja, że sama nie wierzę trochę, że to się wydarzy!

Piotr do nas przychodzi i będziemy omawiać szczegóły. Kinogram to jest miejsce spotkań, bo tutaj są twórcy. Spotykamy się z operatorami, aktorami, scenarzystami, reżyserami, producentami, mamy gildię reżyserów w każdy poniedziałek o 19:00, takie spotkanie właśnie w sali oscarowej nr 7. Spotkania 1:1 albo reżyser sam opowiada o swoim filmie albo jeden reżyser pyta drugiego, więc najpierw jest film, potem rozmowa.

I najdłuższe rozmowy skończyły się prawie o 24:00. To są takie wartości bardzo dodane do kina, ale to jest taki unikatowy koncept. Chcemy mieć przede wszystkim nie tylko filmy na ekranie, ale spotkania z twórcami. Bo człowiek jest najważniejszy.

I takim dodatkowym formatem spotkań z twórcami jest też festiwal, o którym jeszcze nie powiedziałaś.

Dzięki temu, że Kinga mi zaufała i przedstawiłam jej koncepcję naszego własnego festiwalu, Kinga powiedziała: okej, rób!

Wiadomo, że na końcu zawsze muszą być cyfry, bo jesteśmy funduszem inwestycyjnym, więc na szczęście cyfry też się spięły bardzo dobrze, nie tylko to, że festiwal miał dość mocny zasięg, ponieważ mieliśmy zgłoszenia z czterech kontynentów, bardzo dużo bardzo ciekawych filmów. W większości oczywiście z Polski, bo jesteśmy w Polsce, ale festiwal, o którym mówię, to jest kino Kolkata International Film Festival, w skrócę KIFF.

Wyruszyliśmy z tym festiwalem, ogłosiliśmy go 30.07, mieliśmy zgłoszony na takiej platformie, która zrzesza wszystkie festiwale na świecie film Freeway. Tam można było zgłaszać film i mieliśmy fanatycznych członków jury. Kasia Adamik, przewodnicząca Jury, Magda Łazarkiewicz, właśnie Piotr Jaxa, Dariusz Jabłoński i Joanna Kos-Krauze. 30.11 znowu w sali nr 7, bo jest to bardzo prestiżowa sala, mieliśmy zakończenie, rozdanie nagród i wręczyliśmy nagrody, przepiękne, nasze autorskie statuetki.

Każda statuetka wygląda jak dzieło sztuki, więc myślę, że poza nagroda pieniężną, którą otrzymały pierwsze trzy osoby, to jest to fajna wartość!

Co bardzo ważne – w listopadzie, zanim ogłosiliśmy pierwszą trójkę, mieliśmy tę galę rozdania nagród, w foyer sceny na tych dziewięciu ekranach wyświetlaliśmy pierwszą piętnastkę.

Jest taki film, który został zgłoszony na nasz festiwal, tytuł „Sukienka”. I chciałam powiedzieć, że był u nas w pierwszej piętnastce. Niestety nie dostał pierwszej angory, ale jest na short liście do Oscara! Bardzo mocno trzymamy kciuki i podziwiam. Bardzo wzruszający film, totalnie złapał mnie za serce. Pięknie pokazany!

Czy można te filmy jeszcze gdzieś tutaj obejrzeć? Albo jest dostępna lista?

Zakończyliśmy nasz Festiwal 30.11. Filmy były ogłoszone, więc myślę, że co niektóre na YouTube czy na kanałem Vimeo będzie można zobaczyć, ale tutaj nie chciałabym się wypowiadać za każdy film.

Poszukamy i postaramy się podlinkować!

Zobaczcie „Sukienkę”! Trzymajcie kciuki! Cała Polska trzyma kciuki.

Ania, to jakie kolejne marzenie przed Tobą? Czy to jest to marzenie związane z czarną perłą, którą widzę na Twojej szyi, czy…?

Przewrotnie tak, ale w trochę inny sposób.

Wracając do początku rozmowy – krótko po czterdziestce zrobiłam sobie kolejny tatuaż. Wszystkie, które mam są związane bardzo ze mną. To jest mój plan podróży. Miejsca, do których chciałabym bardzo dotrzeć. Nikt tej ręki mi nie odsunie, więc mam zamiar realizować po kolei te marzenia. Przy czym tu jeszcze bardzo ważne – trzeba marzyć. Robię to cały czas i namawiam do tego wszystkich. Ale jest pewien mały psikus z marzeniami, ponieważ nie wszystkie powinny się zrealizować. I to jest właśnie ich magia dla mnie.

[…] trzeba marzyć. Robię to cały czas i namawiam do tego wszystkich. Ale jest pewien mały psikus z marzeniami, ponieważ nie wszystkie powinny się zrealizować. I to jest właśnie ich magia dla mnie.

Są marzenia, które dają mi skrzydła, totalny high! Jestem totalnie pochłonięta niektórymi marzeniami, żeby do nich dojść, ale po drodze życie pokazuje mi coś, co skieruje mnie troszeczkę inaczej, nie mówię, że zupełnie w drugą stronę. Ale to nieraz jest prawie w bok! I okazuje się, że właśnie o to chodziło, bo gdyby to marzenie spędziło się tak szybko i tak jak bardzo chciałam – to dochodzenie do marzenia jest cudowne! Ale często właśnie miejmy oczy otwarte, bo to dochodzenie do spełnienia się marzenia pokazuje nam tę największą wartość naszych marzeń i troszeczkę małej modyfikacji. Też nie znaczy, że ja dokładnie w te miejsca pojadę, z każdym miejscem mam związany jakiś plan podróży z kimś, ale jestem bardzo otwarta na modyfikacje.

Przede wszystkim chcę podróżować i chcę przeżyć te rzeczy, które tam mam opisane na tym tatuażu.

Zdradzisz jakiś przykład?

Mogę zacząć od początku! Napisałam to w różnych językach – nie powiem o wszystkim miejscach – ale takie najważniejsze, to Rapa Nui, czyli Wyspy Wielkanocne. To jest najdalsza destynacja i najtrudniejsza. Mamy na przykład Kostarykę, to jest takie miejsce, do którego chciałabym polecieć z moimi dziećmi, ponieważ tam jest jedyny przytułek dla leniwców i chciałabym tam dotrzeć.

Ale teraz zbliżamy się do tego największego marzenia. To jest coś, co teraz zaczyna mnie znowu pchać. Realizuję siebie i wydawałoby się, że już wszystko fajnie, mam teraz naprawdę mnóstwo pracy, a znowu zaczynam odczuwać tutaj takie coś. Gdzie mnie zaprowadzi? Zobaczymy. Ale mam na przykład Galapagos i Blue Hole, Belize. To są miejsca, gdzie bardzo chcę nurkować – ja nurkuję, ale za mało. Odczuwam stały niedosyt tego nurkowania i moim marzeniem jest od bardzo dawna, a teraz coraz mocniej czuję to w sobie. Zobaczymy któregoś dnia, czy mnie to popchnęło w tym kierunku.

Marże o nurkowaniu i pływaniu z wielorybami. Już pływałam z delfinami i wiem czym to smakuje, ale moim marzeniem są wieloryby.

To ma być Pacyfik. I zobaczymy! To jest moja odpowiedź. Dlatego to się wiąże z Czarną Perłą, z tym tatuażem. Ta Czarna Perła jest Tahiti, więc to wszystko się łączy i myślę, że Czarna Perła to nie będzie finalnie film, tylko to będzie mój film podwodny? Co tam na nas czeka? Myślę, że ciągnie mnie pod wodę i czuję, że jest tam dużo takiego spokoju i prawdy. I jeszcze więcej natury, takiej nieskażonej. Innej niż mamy tu na lądzie.

Bardzo kibicuję, ogromnie trzymam kciuki za realizację tego marzenia. I chciałam tak na koniec naszej rozmowy zapytać, czy jest jakaś myśl, przesłanie, coś, co chciałabyś, żeby nasi słuchacze, widzowie zapamiętali, usłyszeli? Wszystko w duchu tego, że marzenia warto mieć, warto podążać drogą ku ich spełnieniu. Tak jak mówisz, nie sam fakt spełnienia jest ważny, ale ważna droga.

Czy w tym duchu coś jeszcze chciałabyś dodać?

Mogłabym te trzy punkty najważniejsze, które już Wam przekazałam. Jedno to dążenie do tego, żeby jak najwięcej móc, ale jak najmniej musieć.

I to jest ten balans, który każdy z nas kieruje swoim życiem i tutaj jest ten drugi punkt. Słuchać siebie. My jesteśmy swoimi najlepszymi doradcami. To jest taka wiara w siebie.

To się też wiąże z miłością do siebie. Zróbmy to zatem – wtedy świat nas pokocha i nasze marzenia też się będą spełniać.

Trzeci punkt – powinniśmy marzyć. Każdego dnia – action! od rana – i nie zapominać o marzeniach. Bo to nas buduje i tego nam nikt nie odbierze. To będzie zawsze w nas, co zbudujemy. Na koniec będziemy zawsze o tym myśleć.

Wielkie dzięki za rozmowę! I do zobaczenia na dalszej drodze realizacji twoich, moich marzeń!

Asiu, tobie życzę dużo sukcesów, bo robisz tak piękne rzeczy i dzięki tobie moje marzenia też się spełniło, jak płyta Heart Therapy powstała. Za ciebie bardzo mocno trzymam kciuki i mam nadzieję, że może następne nasze spotkanie będzie w Kinogramie na kawie i nie tylko, ale któregoś dnia mam nadzieję, że opowiem ci jak nurkowałam z wielorybami i pokażę ci film!

Bardzo ci dziękuję! I nie mogę się doczekać!

Dziękuję bardzo!

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Scroll to top