NM 50: Ula Stępniak – Babeczki, wspierajmy się!

  • 00:47:38
  • 19 październik, 2021
  • 70,9 MB

Czy przynoszenie swoich wypieków do pracy w korporacji może przełożyć się na rozkręcenie własnego biznesu cukierniczego? 

W pewnym stopniu tak! 

Zaprosiłam do rozmowy Ulę Stępniak, właścicielkę pracowni cukierniczej „Słodki Muffin”, autorkę e-booków oraz twórczynię „Słodkiej konferencji” i „Słodkiego klubu”. 

Jakie błędy są często popełniane przez osoby startujące w branży? Jaka przyszłość czeka cukiernictwo? Na te i inne pytania otrzymasz odpowiedź w dzisiejszym odcinku! 

Zapraszam do słuchania! 

W odcinku “Ula Stępniak – Babeczki, wspierajmy się!” usłyszycie o tym:

  • czy „Słodki Muffin” to spełnienie jej marzeń,
  • jak rozwijała swoją słodką ofertę,
  • co dziś jest modne w cukiernictwie, 
  • jak doszło do rozpoczęcia jej działalności na rzecz kobiet,
  • jakie błędy popełnia się na początku biznesu cukierniczego,
  • czym jest „Słodki klub” i „Słodka konferencja”,
  • z czym mierzą się jej czytelniczki,
  • jakie wspomnienie najbardziej ją wzruszają,
  • jakie ma marzenia?

Jesteście tak samo głodni jak ja? Chętnie schrupałabym muffinową babeczkę! 

Wspaniale jest patrzeć na coraz większą ilość osób, które wykorzystują swoje doświadczenia po to, aby wspierać inne osoby w ich dążeniu do spełnienia w życiu, biznesie. 

Trzymam kciuki za Ulę i życzę samych słodkości! 

Linki dodatkowe: 

Więcej o Uli znajdziesz tutaj:

Podcast Napędzani Marzeniami dostępny jest też:

A jeśli spodobał Ci się ten odcinek, będę wdzięczna za komentarz i podzielenie się tym odcinkiem z innymi osobami, którym jego treść może być przydatna. Będzie mi też miło jeśli poświęcisz chwile i zostawisz krótką ocenę podcastu w iTunes – dzięki temu inne osoby łatwiej dotrą do tego podcastu.

Zapraszam Cię na spotkanie z Ulą Stępniak, właścicielką pracowni cukierniczej „Słodki Muffin”. Ula rozwija słodki biznes na wiele sposobów. Jest autorką e-booków, twórczynią „Słodkiej Konferencji” i „Słodkiego Klubu”. Wszystkie te inicjatywy mają na celu wspieranie innych kobiet w rozwoju słodkich biznesów.

Cześć, Ula!

Cześć!

Dzięki serdeczne, że przyjęłaś zaproszenie do podcastu Napędzani Marzeniami. Niedawno rozmawiałam z innym gościem o tym, że przedsiębiorczość i zakładanie własnej firmy to dla wielu osób spełnienie marzeń. Czy tak było w Twoim przypadku? Czy „Słodki Muffin” to jest spełnienie Twojego marzenia?

I tak, i nie – zupełnie niestandardowa odpowiedź. Natomiast faktycznie, kiedy się wyrwałam spod skrzydeł korporacji, to na tamten moment to było spełnienie marzeń. Ale też duże brzemię dla mnie, bo w ten biznes włożyłam wszystkie oszczędności swoje i swojej rodziny. Posiłkowałam się kredytem na kwotę pięciu tysięcy złotych, co przy działalności gospodarczej i w ogóle przy działce gastronomicznej jest naprawdę niewielką kwotą. Ja czułam taki ciężar, że to musi mi wyjść. Nie było drugiej opcji, nie było planu B. To musiało wypalić i koniec. Nie było innej możliwości.

Więc z jednej strony to było spełnienie marzeń, a z drugiej strony właśnie taka wielka odpowiedzialność. Zdaję sobie sprawę z tego, że osoby, które zakładają tę działalność myślą właśnie w ten sposób: „Bo ja się wyrwę, bo będę na swoim, bo będę teraz decydować o tym, co kiedy mogę robić” i oczywiście to jest zgodne z prawdą. To ja decyduję, czy w ciągu dnia robię zakupy czy wychodzę z córką na plac zabaw, czy stoję i robię torty, czy te torty robię od godziny 21.00 na przykład. Więc faktycznie to jest połączone jedno z drugim, spełnienie marzeń – tak, ale z drugiej strony jeszcze nie do końca.

Czyli – posługując się językiem cukierniczym – to była beczka miodu, ale z tą łyżką dziegciu.

Oj, zdecydowanie, zdecydowanie tak.

A czy to był taki skok na głęboką wodę? Bo powiedziałaś: „Kiedy zdecydowałam się wyjść z korporacji”. To było tak, że w którymś momencie doszłaś do wniosku, że okej, masz dość korporacji, rzucasz ją i zakładasz biznes cukierniczy, czy jakoś bardziej ewolucyjnie to przebiegało.

Na to się złożyło bardzo wiele czynników. Ja w tej korporacji faktycznie zaczynałam jako asystentka, doszłam do bardzo wysokiego stanowiska kierowniczego. Na tamten moment mi się wydawało właśnie, że jak już będę tą kierowniczką, to po prostu będzie tak cudownie, że nic więcej nie trzeba. Kierowniczka miała służbowy samochód, miała służbowy laptop, telefon i całkiem niezłą pensję. Ale okazało się, że za tymi wszystkimi cudownymi rzeczami stoi mnóstwo poświęcenia. Ja na tym kierowniczym stanowisku przetrwałam pół roku, więc biorąc pod uwagę to, jak długo dochodziłam do tego stanowiska, to w ogóle jakiś ułamek.

Ja w tej korporacji faktycznie zaczynałam jako asystentka, doszłam do bardzo wysokiego stanowiska kierowniczego. Na tamten moment mi się wydawało właśnie, że jak już będę tą kierowniczką, to po prostu będzie tak cudownie, że nic więcej nie trzeba. Kierowniczka miała służbowy samochód, miała służbowy laptop, telefon i całkiem niezłą pensję. Ale okazało się, że za tymi wszystkimi cudownymi rzeczami stoi mnóstwo poświęcenia.

Z każdym tygodniem czułam, że to nie jest dla mnie i mój mąż, który też na początku wszystkim mówił: „Zobaczcie, moja żona jest kierowniczką, cudownie”, w którymś momencie zaczął mówić: „Ty wiesz, nie ma Cię ciągle w domu. Ty wychodzisz z domu, jak…” – wtedy mieliśmy tylko jedno dziecko – „…Szymon jeszcze śpi, a wracasz, kiedy on już śpi”. Kiedy odbierałam syna, pani w przedszkolu zapytała mnie, kim ja jestem, bo mnie nie znała i dla mnie to był taki szok. Jak to, ona mnie nie zna, przecież ja z nią koresponduję mailowo. Ale ona mnie nigdy nie widziała na oczy.

To były takie ziarenka, które się zbierały i w którymś momencie, kiedy dostałam impuls, który wyszedł bezpośrednio od mojego szefa, to bez chwili zastanowienia rzuciłam papierami i powiedziałam: „No to się pożegnamy”. To była decyzja, która gdzieś tam we mnie tak powolutku dojrzewała. Ale to, że rzuciłam pracę praktycznie z godziny na godzinę, to był impuls i ja tak mam całe życie. U mnie decyzje są faktycznie tak na pstryknięcie palcem.

A dlaczego akurat „Słodki Muffin”, dlaczego cukiernictwo? Bo opowiedziałaś o tym, dlaczego zerwanie z korporacją, a teraz ten drugi kawałek historii.

Tutaj ta korporacja też odegrała swoją rolę, bo jeszcze jak w niej pracowałam i właśnie ten wspomniany syn zachorował, starałam się urozmaicić w jakiś sposób jego dietę, żeby zaczął z powrotem jeść warzywa i owoce, bo przez chorobę po prostu przestał. Lekarz pediatra mi podpowiedział: „Niech pani spróbuje mu chociaż przemycić jakieś ciasto, jakieś muffinki niech mu pani zrobi”. Jak ja usłyszałam o tych muffinkach, to pomyślałam, że nawet mam blachę. Więc przyjechałam do domu, zaczęłam kombinować i zrobiłam muffinki marchewkowe, jabłkowe, jagodowe, a dziecko zaczęło jeść.

Blacha ma sztuk dwanaście, my zjedliśmy kilka, reszta zostawała, więc ja zanosiłam je do pracy, do tej korporacji i kilka razy usłyszałam, gdzieś w windzie ktoś mi szepnął, że: „Wiesz, Ulka, to dobre było, powinnaś to robić zawodowo”. I tak raz, drugi, trzeci, dziesiąty. Jak już rzuciłam tę pracę to się zastanawiałam, co dalej. Czy ja teraz powinnam szukać pracy w innej korporacji czy powinnam w ogóle zmienić jakiś obszar, a może w ogóle inna branża? I w którymś momencie zaświtała mi myśl: „A może coś własnego?”. To była taka krótka myśl, ale właśnie od tej krótkiej myśli do realizacji minęło zaledwie trzy miesiące i ja już po tym czasie szukałam lokalu na wynajem na swoją pierwszą pracownię. Więc szybko poszło.

Bardzo szybko. A te pierwsze muffiny były z Twojej głowy czy wpisałaś w Google: „przepis na muffin marchewkowy”?

Na początku tak. Na początku bardzo dużo patrzyłam, sprawdzałam, jakie są przepisy na naszym polskim podwórku, ale też na amerykańskim, bo kilka lat spędziłam w Stanach Zjednoczonych. Stamtąd też pamiętałam, że tam nie tylko były te muffiny, ale też cupcake’i, czyli babeczki dekorowane kremem, z jakimiś ozdobami z masy cukrowej na górze. Więc ja sobie wymyśliłam, że moja firma to będzie firma, która będzie robiła muffiny, ale zdrowe, czyli takie dla osób, które mają problemy żołądkowe, które mają alergie, nietolerancje pokarmowe i tak dalej. To było dziesięć lat temu i wtedy jeszcze w Polsce to nie było tak bardzo popularne jak teraz. Zresztą nazwa firmy „Słodki Muffin” właśnie stąd się wzięła, że ja sobie pomyślałam, że będę robiła tylko i wyłącznie te muffiny i nic poza tym. Jestem bardzo bezpieczna, tę działkę znam, robiłam swoje przepisy, wypróbowywałam na żywych organizmach i wiedziałam, że faktycznie osobom, które na przykład mają celiakię i jedzą moje produkty, te muffinki nie szkodzą. Więc pomyślałam sobie, że to jest fantastyczny pomysł na biznes.

Tylko tyle, że okazało się bardzo szybko, że Polska albo że mój lokalny rynek jeszcze nie potrzebuje takich produktów. Wręcz przeciwnie, szukają czegoś innego i to coś innego, to były personalizowane babeczki, na przykład na wieczór panieński, na urodziny. Ja, która nie miałam w ogóle doświadczenia z masą cukrową, zaczęłam bawić się tą masą cukrową i lepić te ozdoby, które na początku mi tak koszmarnie wychodziły, że jak teraz na to patrzę, to sobie myślę: „Jak ja mogłam wziąć za to pieniądze?”. Ale moi klienci byli tym zachwyceni, bo to było coś nowego i tego nikt w Warszawie nie robił. Ja byłam drugą osobą w Warszawie, która robiła takie rzeczy. Nazwa „Słodki Muffin” została, natomiast bardzo szybko zrozumiałam, że te muffiny to jednak niekoniecznie, a bardziej właśnie te cupcake’i.

Dobra, muffiny i cupcake’i, czyli kolorowe babeczki dekorowane masą cukrową – kojarzą mi się takie różowe z landrynkową posypką. To chyba jest stereotyp z amerykańskich filmów i faktycznie ja chyba je znam z przyjęć baby showerowych: piękne różowe albo błękitne. I to też nie był koniec, Ty poszłaś dalej, dalej rozwijałaś swoją ofertę.

Tak, dlatego że ja jestem takim typem osobowości, który ma mnóstwo pomysłów. Ja mam milion pomysłów na minutę, bardzo szybko się zapalam, żeby te pomysły robić i w trakcie brakuje mi już energii, żeby dokończyć, bo już bym chciała coś nowego, już w drugą stronę mnie niesie. Faktycznie, kiedy ja zaobserwowałam, że przyjeżdżają do mnie klienci, odbierają ode mnie te piękne babeczki i mówią na przykład: „Teraz jedziemy odebrać tort”, to myślę sobie: „Kurczę, a dlaczego nie ode mnie ten tort?”. Jak jeden i drugi klient na przestrzeni czasu mi mówi o tym, że szkoda, że pani tych tortów nie robi, to myślę sobie, że może czas się nauczyć.

I na początku oczywiście, jak ze wszystkim, ja się zaklinałam, że dobra, będę robiła torty, ale tylko urodzinowe, tylko takie malutkie, żadnych piętrowych, nie ma opcji. Oczywiście z czasem te malutkie już przestały mi wystarczać. Myślałam sobie, ile można robić tych kucyków Pony, ile można robić ten Psi Patrol, ile tych jednorożców. To może gdzieś głębiej, może zróbmy torty weselne na dwieście, na trzysta osób. Już robi wrażenie. Ale technicznie trzeba było tego wszystkiego się nauczyć. Technicznie złożenie tortu piętrowego to jest jedna rzecz, ale takie dobranie biszkoptów, kremów, które będą w tym torcie i które nie spowodują, że ten tort będzie wyglądał brzydko, beczułkowato i tak dalej, to jest zupełnie inna rzecz.

Ja się bardzo dobrze odnajduję w tej strefie kombinowania z przepisami, z dobieraniem tekstury, faktur, które mają być w środku, bo też nie lubię, kiedy ten tort jest taki, że wszystko się zlewa ze sobą, kiedy nie ma tego przeskoku, że tu biszkopt, tu krem, tylko wszystko jest takie mdłe, nijakie. Moje torty są takie, że tam jest wyczuwalne, że biszkopt jest taki, krem jest taki, jest prażynka, są jakieś owoce, są jakieś żelki, tam coś się dzieje w środku. Ci klienci się zastanawiają: „O co w ogóle chodzi? W życiu takiego tortu nie jadłem”. No i właśnie to jest to.

Dla mnie niesamowite jest to, że w cukiernictwie są mody i że te mody się zmieniają. Co dzisiaj jest na czasie?

Nawet ostatnio robiłam webinar na ten temat. Tak jak w każdej innej branży, modowej czy beauty, tak i w cukiernictwie są mody. Są one różne, nie tylko odnośnie wyglądu, ale też smaku. U nas w Polsce ten trend jeszcze wciąż raczkuje, ale ja myślę, że to będzie taki bardzo mocny trend, który wejdzie wkrótce, zaczyna być już w tej chwili widoczny, ale jeszcze jest malutki – chodzi mi o kuchnię roślinną. To wszystko, co możemy zaobserwować w restauracjach, w szeroko pojętej gastronomii, to w cukiernictwie w dalszym ciągu jest rzadko spotykane.

U nas w Polsce ten trend jeszcze wciąż raczkuje, ale ja myślę, że to będzie taki bardzo mocny trend, który wejdzie wkrótce, zaczyna być już w tej chwili widoczny, ale jeszcze jest malutki – chodzi mi o kuchnię roślinną. To wszystko, co możemy zaobserwować w restauracjach, w szeroko pojętej gastronomii, to w cukiernictwie w dalszym ciągu jest rzadko spotykane.

Wciąż jak mamy na weselu pięć osób, które są weganami, to cukiernicy mają z tym problem i sobie myślą: „To co ja im dam? Co ja zrobię? Śmietany nie, masła nie, jajek nie, to co?”. I ja myślę, że tutaj właśnie ten mocny trend roślinny dopiero będzie wchodził do Polski. To jest to, czym ja chciałam się interesować te dziesięć lat wstecz, a na co wtedy kompletnie mój rynek nie był przygotowany. Teraz coraz mocniej widzę, że faktycznie tak jest. Nawet jeżeli robimy zamówienie firmowe, gdzie mamy na przykład pięćset sztuk słodkości, to zawsze ileś tam procent jest tych roślinnych, więc myślę, że warto pójść w tym kierunku.

A kuchnia roślinna to także kuchnia warzywna? Czy także warzywa wchodzą w ten słodki obszar, czy za bardzo wyprzedzam czasy?

Troszkę wchodzą, mamy na przykład cukinię, buraka, który bardzo mocno stoi w cukiernictwie, tak samo fasola, tak czyli…

Właśnie, słynne brownie fasolowe.

Brownie fasolowe, tak. Więc to są takie elementy, które są wykorzystywane, marchewki są przecież takim standardem już. Natomiast ja myślę, że faktycznie będzie wchodził topinambur, który w tej chwili jest rzadki, ale myślę, że będzie święcił tutaj też swoje triumfy.

Obserwując Twoją drogę i zapoznając się z Twoją osobą, z Twoją historią przed naszym spotkaniem widzę, że bardzo dużo poza samym biznesem cukierniczym to działasz także na rzecz wspierania kobiet ogólnie w biznesie, w szczególności w biznesie cukierniczym. Jak do tego doszło?

Przez przypadek. Dużo rzeczy w moim życiu dzieje się przez przypadek, ale one później cudownie się ze sobą łączą. Byłam z moją rodziną na wakacjach i coś mi się stało w kręgosłup. Coś mi pyknęło w kręgosłupie tak, że nie mogłam się ruszyć i czekałam na fizjoterapeutę. Nie pamiętam, czy my wtedy byliśmy w Bośni, chyba w Bośni to było, ale było ciężko znaleźć fizjoterapeutę, który by przyjechał i postawił mnie na nogi. Leżałam w pokoju hotelowym i niewiele mogłam zrobić, więc wzięłam telefon i zaczęłam sobie podglądać Facebooka, co tam się dzieje w słodkiej branży.

Na Facebooku jest mnóstwo grup, które ja nazywam grupami tortowymi. To są grupy, które zrzeszają osoby, które lubią robić torty, w ogóle słodkości i na nich były różnego rodzaju porady albo pytania: „Poradźcie mi, co mam zrobić…”, „Mam taką i taką sytuację, jak uratować…?” albo „Jak wycenić…?”. Takich pytań było mnóstwo, natomiast rzadko kto tak na dobrą sprawę odpowiadał na nie. Raczej widziałam komentarze typu: „Wiesz co, to się w ogóle nie nadaje na sprzedaż, popraw to, to i to”, ale nigdzie nie było informacji, jak poprawić. Więc z nudów zaczęłam pisać: „Wiesz co, zrób to i to, tutaj zamień to, tutaj masa cukrowa i tak dalej”. Wszystkim tym, co wiedziałam i w czym potrafiłam pomóc, zaczęłam po prostu się na tych grupach dzielić.

I w końcu jednej administratorce takiej grupy nie spodobało się to, że ja aż tak mocno się udzielam i napisała do mnie wiadomość prywatną: „Słuchaj albo się uspokoisz, albo wypad”. I myślę sobie: „Tak? To ja założę swoją grupę” i założyłam. Nazwałem tę grupę: „Ula Stępniak – tajemnice słodkiego biznesu”. To było wszystko, co mi wtedy wpadło do głowy i od tak nazwałam tę grupę, na którą w ciągu jednego tygodnia przyszło ponad pięćset osób. I ja, w dalszym ciągu jeszcze lekko połamana, z tym swoim kręgosłupem, zaczęłam im odpisywać i udzielać różnego rodzaju rad.

Ta grupa bardzo szybko się rozrosła i zanim się zorientowałam, to tak na dobrą sprawę po wakacjach już miałam półtora tysiąca kobiet – głównie kobiet, bo panów można było na palcach jednej ręki policzyć – i te kobiety wszystkie pisały: „Ula, weź Ty nam powiedz, bo tak tutaj piszesz, fajnie, że nam odpowiadasz, tylko powiedz, jak założyć ten biznes, jak się utrzymać?”. Więc ja zaczęłam wydawać takie krótkie poradniki, nazwałam to „Post poniedziałkowy” i co poniedziałek pisałam taki mini artykuł na temat pozyskiwania klientów, otwarcia swojej działalności, co trzeba zrobić, gdzie pójść i tak dalej. Wkrótce zorientowałam się, że strasznie dużo czasu mi to zajmuje. Pomyślałam sobie, że nie dam rady tak dłużej, bo tutaj mam biznes stacjonarny, którego muszę pilnować, mam mnóstwo zamówień, nie mogę poświęcać tyle czasu, żeby tutaj jeszcze pomagać.

Więc pomyślałam sobie, że napiszę e-booka i opiszę w nim wszystko to, co wiem. Dziewczyny dostaną tego e-booka i tyle, i ja już będę miała problem z głowy, bo już im napiszę, jak one mają tę działalność otworzyć. Okazało się, że to jest tylko kropla w morzu. Jak napisałam tego e-booka, to nawet się nie spodziewałam, że takie jego ilości się sprzedadzą, mimo że cena na tamten moment wydawała mi się naprawdę wysoka. To był chyba pierwszy e-book, który widziałam z ceną powyżej pięćdziesiąt dziewięć złotych, a dokładnie kosztował sto czterdzieści dziewięć złotych. Pomyślałam sobie, że tam jest tyle wiedzy mojej, do której sama dochodziłam latami, że ja nie sprzedam tego za pięćdziesiąt złotych, stąd taka cena.

Okazało się, że dla nikogo to nie jest przeszkodą, że te sto czterdzieści dziewięć złotych to nie jest przeszkoda, jeżeli ja faktycznie wiem, że tutaj znajdę absolutnie wszystko. Recenzje były znakomite, więc to też było fajne, bo ja tego e-booka pisałam kilka miesięcy, po pracy, często nocami. Więc fajnie, tylko myślałam, że to będzie ten e-book i koniec. Natomiast okazało się, że właśnie nie, że dziewczyny potrzebują jeszcze tego, tego i jeszcze czegoś, więc w tej chwili nawet nie wiem, ile tych e-booków już mam, naprawdę. Napisałam ich kilka i chyba mam siedem e-booków z przepisami, o ile dobrze liczę, ale naprawdę nie jestem pewna. Jestem w trakcie pisania kolejnego e-booka z przepisami, więc to ciągle rośnie. A po drodze pojawia się mnóstwo innych rzeczy, pojawiła się „Słodka Konferencja”, pojawił się „Słodki Klub”, więc ta działalność się rozwija też.

Za chwilkę do „Słodkiej Konferencji” i klubu, ale rozumiem, że w tym pierwszym e-booku pisałaś o takich aspektach: jak zacząć, jak założyć firmę, jakie błędy popełnia się często na starcie i co zrobić, żeby ich nie popełnić, jak potem pozyskiwać klientów. Ja wychodzę z założenia, że błędy to jest coś super cennego i mam takie podejście, że lubię swoje błędy, bo jak je zauważam, to wtedy wiem, że coś mogę robić lepiej, czyli jest postęp i jest rozwój. Więc zamiast myśleć, jaka jestem beznadziejna, zrobiłam taki błąd, to nastawiam się, że super, odkryłam właśnie, że jest lepszy sposób na zrobienie czegoś. Jakie są najczęściej spotykane błędy przy zakładaniu biznesów cukierniczych, o których możesz opowiedzieć?

Wszystkim, którzy chcą otworzyć swój słodki biznes na początku opowiadam swoją historię, jak to właśnie zainwestowałam te wszystkie oszczędności swojego życia w lokal, który nie był mój, bo był wynajęty. Weszłam do tego lokalu, który naprawdę nie był w kiepskim stanie technicznym, ale pomyślałam sobie, że płytki mi się nie podobają, kolor ścian mi nie odpowiada, na suficie były takie lampy typu świetlówki, nie za fajne, więc zaplanowałam, że zrobię sobie tu fajny żyrandol. I w ten sposób zamiast w sprzęt, w lodówki, w świetny mikser planetarny, to zainwestowałam pieniądze w żyrandol, w skucie podłóg i położenie nowych, kompletnie nie myśląc o tym, że przecież ja mogę się wkrótce z tego lokalu wyprowadzić, a to wszystko tam zostanie.

Wtedy o tym nie myślałam i kosztowało mnie to po pierwsze kłótnie z mężem, który to wiedział, po drugie mnóstwo pieniędzy, które tam zostały w tym lokalu, bo faktycznie on mi starczył na niecałe dwa lata. On miał dwadzieścia pięć metrów kwadratowych i mnie się wydawało, że przy mojej skali biznesu nie potrzeba więcej. Bardzo szybko się okazało, że potrzeba więcej i ja w między czasie musiałam wynajmować inny lokal, żeby zrealizować zamówienie na tysiąc babeczek, bo w moim po prostu te babeczki by się nie pomieściły. Nie przewidziałam tego, nie przewidziałam rozwoju swojej firmy. To są właśnie takie błędy, że kobiety kierują się często tym swoim zmysłem estetycznym, gustem, to jest takie ładne, to warto zainwestować. Właśnie w ogóle nie myślimy o tym w kategoriach inwestycji, tylko właśnie, że mnie się podoba ten różowy, to ja wezmę ten różowy, mimo że jest dwadzieścia pięć procent droższy. Kierujemy się bardziej sercem niż rozumem, a mimo wszystko przedsiębiorczynie muszą myśleć rozumem, a nie sercem. To była taka trudna, twarda pierwsza lekcja.

To są właśnie takie błędy, że kobiety kierują się często tym swoim zmysłem estetycznym, gustem, to jest takie ładne, to warto zainwestować. Właśnie w ogóle nie myślimy o tym w kategoriach inwestycji, tylko właśnie, że mnie się podoba ten różowy, to ja wezmę ten różowy, mimo że jest dwadzieścia pięć procent droższy. Kierujemy się bardziej sercem niż rozumem, a mimo wszystko przedsiębiorczynie muszą myśleć rozumem, a nie sercem.

W jednej książce spotkałam się z takim podejściem, że ważne, by mieć w sobie i to serce, i rozum, a idealna proporcja to czterdzieści dziewięć procent dla serca, pięćdziesiąt jeden dla rozumu.

To by było pięknym podsumowaniem faktycznie.

Zapamiętałam to i jest to ze mną. E-booki, kolejne e-booki, a potem „Słodka Konferencja” i „Słodki Klub”. Co to są za twory, że tak mogę zapytać?

„Słodka Konferencja” to był pomysł dziewczyny, z którą współpracuję. Ona ma tendencję do zauważania różnych rzeczy, których ja nie widzę. Na przykład mówi: „Słuchaj, Ula, czy Ty widzisz te wszystkie pytania, nie tylko do Ciebie, ale też do innych osób? Ty nie potrafisz pomóc na przykład w kwestii fotografii”. Ja się na tym nie znam, owszem byłam na kursie fotografii kulinarnej, ale to na moje własne potrzeby i nie jestem ekspertką od ustawiania światła. Tych pytań faktycznie było całkiem sporo i właśnie Magdalena Sadowska, z którą współpracuję na co dzień, która zajmuje się moją stroną internetową, mówi: „Słuchaj, może warto zastanowić się nad tym, co z tym zrobić?”. Wpadła na pomysł zorganizowania właśnie takiej konferencji.

Na początku myślałyśmy sobie o tym, że dobra, to wynajmiemy jakąś małą salkę, zaproszę kilka zaprzyjaźnionych osób, między innymi właśnie Kingę Wójcicką, która jest świetną fotografką kulinarną i zrobimy taką mini konferencję. Może przyjedzie dwadzieścia osób, może trzydzieści, może pięćdziesiąt – zobaczymy, ale może warto spróbować. Pomyślałam sobie, że faktycznie może by było coś w tym fajnego, bo oprócz tego, że te dziewczyny mogłyby się czegoś nauczyć, to mogłyby spędzić ze sobą trochę czasu, wymienić się doświadczeniami i porozmawiać, zobaczyć się na żywo, bo one się znają z Internetu bardzo często, a na żywo nie mają okazji. Więc pomyślałam sobie, że dobra, to stwórzmy im taką okazję.

Natomiast okazało się, że zainteresowanie jest na tyle duże, że z tego – w mojej głowie – małego przedsięwzięcia, wyszło trochę większe. Na „Słodką Konferencję” przyjechało ponad sto pięćdziesiąt osób, nie tylko z Polski, co mnie w ogóle ścięło z nóg, ale również z Europy, bo była dziewczyna z Holandii, z Francji, z Anglii. Powstała grupa na Facebooku „Słodka Konferencja – uczestnicy” i tam dziewczyny się właśnie przed konferencją umawiały dzień wcześniej na jakąś kolację, na drinka, pisały, gdzie mieszkają, w którym hotelu, żeby się spotkać. I pomyślałam: „Kurczę, ale super, właśnie o to chodziło”.

Na konferencji były prelegentki z różnych obszarów, była sprzedaż i był PR, marketing, była właśnie fotografia kulinarna, była trenerka mentalna i ja – był naprawdę dość szeroki przekrój w ciągu jednego dnia i dziewczyny wychodziły z tej konferencji z takim poczuciem wow. Po pierwsze mega inspiracja, po drugie taki kopniak do działania i wiara we własne siły. Jej się udało i jej, to może mnie też się uda. Może ja też przestanę wreszcie robić te torty w swoim zaciszu domowym, tylko właśnie się odważę i spróbuję. Mnóstwo osób po konferencji do mnie pisało, że: „Słuchaj, dzięki konferencji się odważyłam, dzięki konferencji uwierzyłam, że potrafię, dzięki konferencji założyłam działalność”. I sobie myślę, że dobra, dla takich chwil warto było zasuwać kilka tygodni, żeby tę konferencję przygotować, żeby później słuchać właśnie takich super rzeczy.

To była pierwsza konferencja, potem odbyły się kolejne trzy, dobrze liczę? Czy trzecia teraz?

Była jedna konferencja stacjonarna i dwie konferencje online. Ta konferencja stacjonarna tak na dobrą sprawę odbyła się tuż przed wybuchem pandemii w Polsce, więc ja tak rzutem na taśmę jeszcze zdążyłam ją zorganizować. Ona była pod koniec stycznia, natomiast w marcu już był pierwszy lockdown, więc naprawdę miałam ogromne szczęście. Dwie kolejne konferencje odbyły się już online, z czego ta ostatnia miała jakiś rekord osób, które w niej uczestniczyły. Powiem szczerze, że tak jak jestem przyzwyczajona do live’ów, szkoleń, webinarów, gdzie na żywo mam powiedzmy dwieście, trzysta osób i to już jest takie fajne, tak jak zobaczyłam na liczniku dwa tysiące sześćset, to głos mi się załamał w którymś momencie.

Nawet chyba na początku przeprosiłam i powiedziałam, że jestem bardzo stremowana i w ogóle zestresowana, bo się nie spodziewałam, że tyle osób przyjdzie. I fajnie chyba, że ja mówię takie rzeczy, że nie zamykam się. Faktycznie gardło ściśnięte, ale myślę, że fajnie, że ja po prostu mówię to, co w danym momencie we mnie siedzi, bo w ten sposób odbiorcy, którzy mnie słuchają, wiedzą, o co chodzi i mówią: „Ula, no daj spokój, no przecież kto, jak nie Ty”. I jak ja tak przeczytam pierwszy, dziesiąty taki komentarz, to biorę głęboki oddech i dobra. Już później jest tylko z górki i zawsze jest dobrze, ale faktycznie ta liczba zrobiła na mnie takie naprawdę duże wrażenie.

Myślę, że wiedzą, o co chodzi, ale też dzięki temu mają takie poczucie, że nie tylko oni się stresują, że Ty – osoba, która osiągnęła sukces w tym biznesie cukierniczym, zgromadziła wokół siebie taką społeczność – wciąż z różnymi wyzwaniami się borykasz. Myślę, że to daje im taką wiarę, że skoro one też mają wątpliwości, różne trudności, to jest szansa, że dadzą radę.

To, co mnie się tak bardzo podoba, nie wiem, czy to jest dobre słowo, ale z tego, co opowiadasz i przeglądając posty zauważyłam, że nie widać tej konkurencji, bo branża też jest taka, że funkcjonuje na zasadach takich lokalnych. Rozwijając swój biznes nie stajemy się konkurencją dla koleżanki, bo ona jest może kilkaset, kilkadziesiąt, nawet jak mieszka w Warszawie, to kilka kilometrów dalej, to już jest inna dzielnica, więc też ma innych klientów. Super, że taka społeczność kobiet powstaje. I tu mam pytanie, jakie widzisz najczęstsze wyzwania, nawiązując do tego, o czym była przed chwileczką mowa. Z czym kobiety w swojej głowie się mierzą i co powoduje, że trudno im podjąć decyzję o rzuceniu korporacji i zajęciu się cukiernictwem full-time? Bo domyślam się, że sporo tych dziewczyn, to są osoby, które po godzinach w weekendy pieką, gotują.

Niestety – i to mówię właśnie z takim podkreśleniem, że niestety – bardzo często kobiety mają problem z uwierzeniem, że faktycznie one potrafią. Ja z takim problemem do końca chyba się nie borykałam, bo – tak jak wspomniałam na początku – ja po prostu doszłam do wniosku, że okej, robię taki biznes i on musi mi wyjść. Ja nie zakładałam, że on mi nie wyjdzie, że jak nie wyjdzie, to co ja wtedy zrobię, tylko ja założyłam, że on mi wyjdzie i koniec. A bardzo często właśnie spotykam się z tym, że kobiety nie mają takiego myślenia, tylko mają myślenie, że co ja zrobię, jak mi nie wyjdzie, a co będzie, jak coś tam, a co będzie, jak nie zarobię. Ja w ogóle nawet przez minutę nie pomyślałam, co będzie, jak nie zarobię, tylko właśnie myślałam, że ja muszę zarobić.

Ja pierwszych klientów zdobywałam, wyszarpywałam wręcz, jak jakaś lwica, walczyłam. Jest teraz taki moment w mojej firmie, że nie mam reklam, nie mam banerów, nie muszę tego wszystkiego mieć, bo i tak mam tyle pracy. Ludzie mnie znają, bo polecają sobie wzajemnie, poczta pantoflowa działa, więc ja nie mam takiego problemu. Natomiast na początku ten problem, jak zdobyć klienta, jest ogromny. I ja mówiłam, i do tej pory to mówię swoim dziewczynom, dziewczynom w swojej grupie, że jak Ty zakładasz swój biznes, to nie siedź i nie czekaj z założonymi rękami, że ten klient przyjdzie do Ciebie i Cię znajdzie i powie: „Pani Agnieszko, pani Moniko, pani Małgosiu, czy zechce pani…?”. Nie, to Ty masz go znaleźć, to jest Twoje działanie, to Ty musisz pójść i pokazać temu klientowi, co masz mu do zaoferowania.

Natomiast na początku ten problem, jak zdobyć klienta, jest ogromny. I ja mówiłam, i do tej pory to mówię swoim dziewczynom, dziewczynom w swojej grupie, że jak Ty zakładasz swój biznes, to nie siedź i nie czekaj z założonymi rękami, że ten klient przyjdzie do Ciebie i Cię znajdzie i powie: „Pani Agnieszko, pani Moniko, pani Małgosiu, czy zechce pani…?”. Nie, to Ty masz go znaleźć, to jest Twoje działanie, to Ty musisz pójść i pokazać temu klientowi, co masz mu do zaoferowania.

Więc ja na początku, nawet jak nie miałam klientów, to szłam do pracy na osiem godzin i przez te osiem godzin wysyłałam maile do firm, pisałam posty na Facebooku, prowadziłam swój fanpage, rozsyłałam oferty, prosiłam znajomych, którzy pracowali w korporacjach, w różnych miejscach, że: „Słuchajcie, jak będziecie potrzebowali słodyczy firmowych, to ja jestem. Tutaj bardzo proszę, a na hasło…” – pisałam do kolegi Mariusza – „…to na hasło Mariusz macie pięć procent rabatu”. Więc ja nie robiąc ani jednej babeczki przez te osiem godzin, byłam w pracy przez osiem godzin. I te pierwsze miesiące mi upłynęły na tym, żeby szukać tych klientów. Natomiast mam takie poczucie właśnie, że dziewczyny boją się tego, że założę swoją działalność i klient mnie nie znajdzie. Ja właśnie cały czas próbuję to odwrócić. Na początku to Ty masz znaleźć tego klienta.

Wydaje się, że takie myślenie nie zużywa czasu, a zużywa. Takie zamartwianie się i myślenie, a co, jeśli mi nie wyjdzie, zużywa czas i energię. Z drugiej strony, jak ja przypominam sobie swoje początki w biznesie, to wybrałam taką drogę bardzo ewolucyjną, bezpieczną, łączącą na początku etat z prowadzeniem własnej firmy i to przez dobrych kilka lat tak naprawdę. Więc potrafię sobie wyobrazić właśnie albo inaczej, ja sobie nie potrafię wyobrazić siebie, nawet dziś, mając te doświadczenia, które mam, że nagle podejmuję jakieś nowe wyzwanie i myślę sobie, to mi musi wyjść, po prostu to mi wyjdzie. Ja wiem, że mam taką konstrukcję, że ja potrzebuję tego planu B, z drugiej strony on mnie nie przeraża, ja podchodzę racjonalnie. Myślę sobie, że okej, to jest ten mój plan A i robię wszystko, żeby on wyszedł, podejmuję działania w oparciu o konkretny plan, ale ta myśl o tym, że mam plan B, mnie uspokaja.

Bardzo dobrze to rozumiem, bo ja generalnie pochodzę z rodziny, gdzie moi rodzice oboje pracowali na etatach. Tata jest nauczycielem, pracuje w budżetówce, moja mama też całe życie była urzędnikiem państwowym. W momencie, kiedy oni usłyszeli, że ja biznes sobie wymyśliłam i to jeszcze jakieś tam babeczki, to mimo że bardzo starali się mnie wspierać, to słyszałam takie bardzo nieśmiałe głosy: „Ulu, a co będzie, jeśli…”, a ja mówiłam: „Mamo, ale nie ma, co będzie jeśli. Nie, to po prostu wyjdzie”. „No dobrze, dobrze, ale masz jakieś oszczędności, tak?” Więc ja doskonale to rozumiem i też widzę mnóstwo kobiet, które właśnie mówią, że: „Dobrze, to ja pracuję i na etacie” i mówię okej, jeżeli będziesz się czuła z tym bezpieczniej, to bądź na tym etacie i rozdziel sobie tę pracę.

Tylko tez tu jest takie ryzyko, że można faktycznie wpaść w pułapkę tego, że ciągle jesteśmy w pracy. Wracam z pracy i jestem w drugiej pracy. Jak jestem w pracy numer jeden, to i tak mi dzwonią klienci z pracy numer dwa, więc gdzieś się to zazębia i jest takie niebezpieczeństwo, że możemy bardzo szybko po prostu być zmęczone. Ja mam taki charakter, że po prostu idę na głęboką wodę, rzucam się i sprawdzam, czy nie utonę. Ale rozumiem to, że ktoś potrzebuje takiego hamulca bezpieczeństwa i naprawdę właśnie w taki sposób doradzam też dziewczynom. Jeżeli będziesz się czuła bezpieczniej, to zostań na tym etacie.

Zawsze też myślę, że można postawić sobie czy przyjąć jakieś założenie, że jak w miesiącu zdobędę, nie wiem, pięciu klientów, to już poczuję się na tyle bezpiecznie, że wtedy ten etat rzucam. Mówiąc językiem biznesowym, można sobie zaplanować kamienie milowe w rozwoju.

Tak, więc tutaj mamy jedną rzecz. Druga rzecz, której kobiety bardzo się boją, to jest uwierzenie – teraz cytuję dziewczyny – „że ktoś mi tyle zapłaci za tort”. W dalszym ciągu w ich głowach jest to, że to jest tylko tort i przecież każdy potrafi to zrobić. Okazuje się, że nie każdy potrafi zrobić, że naprawdę są osoby, które potrafią przypalić wodę na herbatę, a zrobienie babeczek czy tortu, to jest wyższa szkoła jazdy. A w dalszym ciągu dziewczyny uważają, że skoro im to wychodzi tak bardzo naturalnie, że mają do tego dryg i to jest całkiem fajne, to że przecież powiedzą sto dwadzieścia, to będzie super, bo za składniki zapłaciły stówkę. A że ona spędziły przy tym torcie pięć godzin i te dwadzieścia złotych to w ogóle jest nic, one już na to nie patrzą.

Więc ja też tutaj duży nacisk kładę, żeby uczyć, jak prawidłowo wyceniać, bo fajnie jest żyć w zgodzie z konkurencją. To jest to, o czym wspomniałaś, że konkurencja jest super, ale nawet najlepsza konkurencja, czyli najlepsza osobowość, jeśli nam się trafi dwieście metrów od nas, a będzie zaniżała drastycznie ceny, to my takiej konkurencji nie polubimy. Czasami mam opłaty w miesiącu na poziomie trzech tysięcy plus ZUS, plus wynajem – to wszystko rośnie. Im więcej piekarnik chodzi, im więcej klimatyzacja chodzi w pracowni, tym te koszty są przecież wyższe. Zawsze się zastanawiam, jak ktoś na przykład jest w stanie zarobić na siebie, na to wszystko, sprzedając tort za sto dwadzieścia złotych, gdzie same składniki tyle kosztują.

Nie jestem w stanie tego zrozumieć i się zastanawiam, że może robi to ze śmietany roślinnej, która jest po prostu dużo tańsza. Jak słyszę, że ktoś mówi: „Nie, wiesz co, tam jest wszystko naturalne” to myślę sobie, że to jest niemożliwe, ktoś po prostu nie przeliczył tego, ile to kosztuje. Więc wycena, to jest jedna rzecz. I często dziewczyny mówią na przykład: „Ja teorię wycen znam, ale boję się klientowi podać cenę, boję się, że on jej nie zaakceptuje, że pójdzie do konkurencji”. Pytam się: „No dobrze, ale podałaś tę cenę i usłyszałaś odmowę?”. „No nie, bo się boję.” Okej. Więc tutaj pracujemy nad pewnością siebie, to są kolejne drzwi, które musimy otworzyć, żeby poskładać to wszystko w całość.

To jest niesamowite właśnie, jak my bardzo sobie same utrudniamy życie.

Tak.

A wracając do cukiernictwa i Twojego biznesu, bo tak chciałam Cię podpytać o kilka ciekawostek. Jaki projekt cukierniczy, bo chyba tak to mogę nazwać, wspominasz z największym sentymentem?

Z największym sentymentem wspominam chyba tort dla Paula McCartneya, mimo że to były moje początki tortowe i mimo że w tej chwili ja bym zrobiła ten tort zupełnie inaczej. On naprawdę byłby dużo ładniejszy, smaczny był, to wiem, ale wizualnie byłby dużo ładniejszy. A mimo wszystko to był taki moment, że pomyślałam sobie: „Kurczę, będę miała co wnukom opowiadać przy kominku, bo to jest człowiek legenda”. To, że ja dostałam takie wyróżnienie, żeby przygotować ten tort, mimo że w dramatycznie krótkim czasie, bo miałam na to dwadzieścia cztery godziny razem z dostarczeniem na Stadion Narodowy i to się udało, to jest chyba moja największa duma.

Z największym sentymentem wspominam chyba tort dla Paula McCartneya, mimo że to były moje początki tortowe i mimo że w tej chwili ja bym zrobiła ten tort zupełnie inaczej. On naprawdę byłby dużo ładniejszy, smaczny był, to wiem, ale wizualnie byłby dużo ładniejszy. A mimo wszystko to był taki moment, że pomyślałam sobie: „Kurczę, będę miała co wnukom opowiadać przy kominku, bo to jest człowiek legenda”. To, że ja dostałam takie wyróżnienie, żeby przygotować ten tort, mimo że w dramatycznie krótkim czasie, bo miałam na to dwadzieścia cztery godziny razem z dostarczeniem na Stadion Narodowy i to się udało, to jest chyba moja największa duma.

Było mnóstwo różnych takich fajnych momentów, kiedy ja naprawdę czuję się doceniona, kiedy klienci wracają, kiedy opowiadają, co się działo, jak kawałki tortu były rozchwytywane. Pamiętam taką sytuację, kiedy para młoda zadzwoniła w poniedziałek po swoim weselu, bo chcieli przyjechać, umówić się na przekazanie patery. I pytam się, czy wszystko się udało, czy było w porządku, czy zgodnie z oczekiwaniami i usłyszałam: „Wiesz co, Ula, tortu zabrakło”. Zmroziło mnie, bo byłam przekonana, że zrobiłam taką liczbę porcji, jaką oni zamawiali. Myślałam, że się pomyliłam, po czym się okazało, że tort został rozkrojony i goście weselni podchodzili po dokładkę. Po prostu to wszystko zostało zjedzone i jak ktoś już po tę dokładkę przychodził na przykład trzeci raz, to już nie było. Więc myślę sobie, okej, dobrze, to nie ja popełniłam błąd, tylko po prostu tak bardzo im smakowało. Więc to są takie naprawdę bardzo fajne momenty.

A jaki jest Twój ulubiony słodycz czy smak tortu?

Nie mam jednego ulubionego. W tamtym sezonie bardzo mi smakował tort Bailey’s, mimo że alkoholu nie nadużywam specjalnie, ale ten smak bardzo mi odpowiada. W tym roku bardziej owocowe smaki jednak mi podchodzą i na przykład połączenie pistacji z odrobiną soli, z maliną, z białą czekoladą, w tę stronę trochę idę. To wszystko się zmienia i myślę, że to dobrze. Jakbym ciągle tylko trwała przy tych swoich ulubionych, to moi klienci mieliby bardzo nudno, a tak to mają co sezon kompletnie nowe menu.

A czy masz jakiś składnik, smak, który jest Twoim odkryciem, coś nieoczywistego?

Chyba, chyba… A nie, mam! Okazało się, że bardzo dużo zmieniają takie drobne dodatki, na przykład dodatek pieprzu syczuańskiego albo dodatek odrobiny soli bardzo zmienia smak. Wcześniej trzymałam się sztywno tego, co u kogoś podpatrzyłam albo wyczytałam w książkach, bo przecież jak ktoś napisał książkę czy prowadzi program kulinarny, to na pewno wie. I przez przypadek odkryłam, że właśnie takie dodatki jak płatki chilli bardzo dużo zmieniają. To są takie drobne akcenty, nie do końca oczywiste. Ja czasami nawet nie piszę, jak opisuję smak danego tortu, że on jest z dodatkiem soli czy chilli, bo zauważyłam, że to klientów odstrasza: „Ojeju, jak tutaj mamy płatki chilli, to pewnie będzie ostre, dzieci nie zjedzą”. Nie, tu chodzi o to, że jak później jemy ten tort w całości, czyli mamy i biszkopt i krem i tam się dzieją różne rzeczy, to ten naprawdę drobniutki dodatek nic nam nie zmienia, jeśli chodzi o odbiór. To nie powoduje, że tort jest ostry, tylko to jest taka mała kropka nad i, takie dopełnienie właśnie tego smaku.

Jeśli chodzi o dopełnienie naszej rozmowy – bo myślę, że mogłabym rozmawiać z Tobą bardzo długo, ale już się robię głodna pod wpływem tego, o czym opowiadasz – to chciałam Ciebie zapytać o Twoje marzenia cukiernicze, ale także wszelkie inne, którymi chciałabyś się podzielić.

Z tym marzeniami to, powiem szczerze, będzie ciężko.

Niemożliwe.

Tak, ja od razu wytłumaczę, dlaczego. Złapałam się na tym, że jak myślę o czymś w kategorii marzeń, to mam wrażenie, że to jest coś, czego nie da się osiągnąć. Więc wolę myśleć o czymś w kategorii celu, że ja mam taki cel i dążę do tego, żeby ten cel osiągnąć. W kategorii marzeń, to ja sobie mogę pomyśleć o tym, że chciałabym na przykład pojechać na wakacje do Wietnamu. Dlaczego w kategorii marzeń? Dlatego, że oboje moich dzieci ma potworne uczulenie na różnego rodzaju owady, użądlenia i tak dalej, więc raczej ich tam nie zaciągnę, przynajmniej w najbliższym czasie, dlatego to w kategorii marzeń.

A jeżeli chodzi o takie cukiernicze rzeczy, to ja mam taki cel, to nie jest moje marzenie, tylko to jest mój cel, żeby wszystkie kobiety, które nazywam pieszczotliwie babeczkami, po prostu się na co dzień wspierały, żeby były dla siebie miłe, życzliwe, żeby właśnie bardziej myślały o sobie w kategorii „moja tortowa przyjaciółka” niż „moja tortowa konkurencja” i myślę, że jest to do zrobienia. Właśnie takie malutkie kroczki, jak „Słodka Konferencja”, moja słodka grupa na Facebooku, Słodki Klub, pokazują mi, że faktycznie są takie grupy osób, które mają ten sam cel, który mam ja i myślę sobie, że to bardzo dobrze.

Bardzo Ci dziękuję.

Dziękuję.

To jest piękne marzenie, kibicuję. Dodam jeszcze dwa słowa odnośnie do tego, co powiedziałaś, bo myślę, że to jest bardzo ważne. Z kolei moim marzeniem jest inspirować jak największą liczbę osób, motywować, zachęcać do tego, żeby wierzyły, że marzenia to właśnie nie jest coś ulotnego, że to jest coś, co da się osiągnąć, coś, co można przemienić właśnie w cel, dopisać do tego plan realizacji i je spełnić. Myślę, że ludzie dzielą się czy też interpretują słowo „marzenie” na dwa sposoby. Niektóre w domyśle jako cel, a dla innych to marzenie jest bardziej ulotne, nawet nie podejmują tego kroku, żeby je przekuć w cel. Także bardzo Ci dziękuję, że o tym opowiedziałaś. Życzę Ci tego, żebyś do tego Wietnamu kiedyś pojechała oraz realizacji tego marzenia babeczkowo-cukierniczo-społecznego.

Dziękuję.

Trzymam kciuki, podlinkujemy media społecznościowe Uli, żebyście wszyscy mogli śledzić jej poczynania i inspirować się kulinarnie. Dzięki wielkie!

Dziękuję za zaproszenie.

Po czym poznaję, czy rozmowa była udana? Jeśli czuję, że chciałabym wejść do świata mojego gościa, to właśnie tak jest. W tym wypadku bardzo czuję, że chciałabym wejść do świata Uli, jestem głodna i mam ochotę na „Muffinową” babeczkę. To tak pół żartem, pół serio, a bardziej serio, to ogromnie się cieszę, że jest coraz więcej takich osób jak Ula, które wspierają inne kobiety w rozwijaniu skrzydeł, w szczególności biznesowych oraz że jest coraz więcej kobiet, które aktywnie nad rozwijaniem swoich własnych skrzydeł pracują. Trzymam kciuki za Was wszystkie i będę wdzięczna za wsparcie rozwijania także moich skrzydeł. Jak możesz to zrobić? Komentując, udostępniając albo dając kciuki pod tym podcastem, na Facebooku, Instagramie, YouTubie czy w aplikacji podcastowej. Za to wszystko będę ogromnie Ci wdzięczna.

Trzymaj się ciepło i do usłyszenia już wkrótce w kolejnym odcinku.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Scroll to top